Let me take you on a trip ...
sobota, 06 lutego 2010
zaprosili


     Odpoczywam więc domowo, po paru dniach mam nawet wrażenie, że się nudzę, bo spotkania z girls nie wypaliły, z boys też cienko, nitka biała mi się skończyła i nie mogę dokończyć haftu, najlepiej w te ferie wychodzi mi spanie, takie spokojne i odżywcze i nawet głupawe sny mi odpuściły. Pod koniec tygodnia idę sprzątać dziuplę (niesamowite, jaki kurz i sadza osiada w mieszkaniu, w którym nikt nie mieszka, ale tak to jest jak się wyjmuje mopa raz na pół roku), potem do tesko i robię zapasy arabiki, liptona i innych produktów na nowy semestr, wracam do domu, patrzę a na fonie nieodebrane połączenia i wiadomość na poczcie, czy to jeden z moich szalonych netowych fanów mnie zapragnął - myślę sobie, odsłuchuję, otwieram buzię z zadziwienia i tak mi już zostaje na cały wieczór. Dobrze, że mam to nagrane, bo nie uwierzyłabym.

     Pani z ambasady usa zaprasza mnie na interview!!

     Chwila radości, a potem już tylko panika, cóż ja powiem przed szanowną komisją Fulbrighta, ja pikolę potwierdzić, nie potwierdzić że przyjadę?? Jechać po pięć godzin w jedną str Intercity na kwadrans rozmowy (przysłali mi grafik przesłuchań, trwa to 15minut, nic więcej), a ja fatalnie wypadam na takich castingach, bardzo się denerwuję, nie umiem się sprzedać.. Słabo mi na samą myśl, że miałabym nadawać przed grupą amerykanosów. Przede mną ma być np babka z wielkiego miasta o angielskim nazwisku, pewnie żona angola, jaki ona musi mieć akcent, nie mam szans.. A jednocześnie wiem, że to wielka piękna okazja .. oooh.. i nuda feryjna znika jak ręką odiął.. Chodzę cała podekscytowana. I cierpię, bo znam swój speszony styl. I głowię się, o co mogą mnie zapytać, co można opowiedzieć w tak krótkim czasie, bardzo niewiele, więc może to i tak już ustawione, a casting musi się odbyć? A jeśli nie ustawiony, to w sumie chcą tylko nas zobaczyć, posłuchać, ocenić po wrażeniu pierwszym? Tym bardziej mnie to paraliżuje... Nigdy tego nie zrobiłam, ale tym razem walnę se chyba drinka na dworcu centralnym, bo na trzeźwo tam nie pójdę, aaaa!! Help. Jak się przygotować?? Jak podejść? Znacie jakieś na to sposoby? Wizualizować, że komisja jest naga, a ja jestem panią wszechświata? Wiem, że nastawienie powinno być amerykańsko pozytywne, ale ja czasem jak za bardzo wyluzuję, to też źle wypadam. Casting za parę dni, mam wolne, mogę się dyskretnie przejechać do stolicy nie zwalniając się z pracy i nie mówiąc nic Szeryfowi (choć pewnie należy mi się od niego delegacja), ale tchórz jestem i nerwus. Nic jednak samo z nieba nie spadnie. Tym bardziej zza oceanu .. :)

     Och, co ja narobiłam, wysłałam ten wniosek dla jajek!



12:46, confetti
Link Komentarze (8) »
środa, 03 lutego 2010
za-ćma



     Odpoczywam sobie. Oczywiście domowo. Przesortowałam testy z półrocza, sprzątam, wyszywam (brakło w mieście muliny białej i muszę zapolować na nią w regionie), czytam, lepię z Mami pierogi ruskie, z jagodami i z serem, a potem jemy je przez 3 dni. Jak również wypiekamy w domu chleb (wkrótce i na zakwasie), robimy skwarki i wcinamy owe pieczywo ze smalcem, pyycha! Prawdziwy slow food. I slow flow!

     Nagrałam sobie fajną damską płytkę i śpiewamy razem co rano, tzn lejdis pięknie, ja wściekle fałszuję ale fun jest. Głosy od Nelly Furtado po Lady Gagę, podejrzewam nie wszystkie pliki zdobyte legalnie, ale co tam, Madonna śpi na dollarach, Whitney H. ponoć znowu nabywa za $$$ używki = ja się do jej nałogu dokładać nie będę! Utwory same energiczne, polecam, ścieżkę będę podawać na końcu pod postami i przez jakiś czas. A jakie są Wasze ulubione damskie dynamiczne głosy?

     Dużo śpię, nie zarywam nocy jak w czasie Xmas. A na pewno o wiele mniej siedzę przy kompie, więc odkładam póki co obiecane kiedyś plotki-notki na potem. Zauważyłam bowiem ostatnio, że po ślęczeniu przy moim starym monitorze mam niepokojące zaćmienia w prawym oku, mrugam, mrugam i nie mogę się pozbyć takiej jakby mgły sprzed siebie, brrr, wystraszyłam się okrutnie, robię terapię kroplami świetlika, na necie otwieram pocztę i zaraz znikam. Może to oznaczać mniejszą/skromniejszą działalność na blogu, ale niestety. Dziś zamówiłam sobie też modne oprawki do okularów "poza dom", co miałam od dawna postanowione ale teraz to przyspieszyłam. Powinnam, a nie nosiłam (bo źle wyglądam, bo zniszczy mi się nos itp) okularów męcząc bardzo oczy ciągłym mrużeniem i zoomowaniem, na co girls i sami uczniowie zwracali mi czasem uwagę. Dziękuję za troskę, teraz o wiele łatwiej wyłowię każdą jedną ściągę na sprawdzianie :)


     Patrzyłam jak urzeczona na pracę takiej pani optyk, cichutko ma , ciepło, ubrana elegancko, klient raz na pół dnia .. aah, poezja. Ona westchnęłaby na to, że mam 2 weeksy ustawowo wolne, a ja dalej czuję się jak przejechana walcem po ostatnich tygodniach. Chodzę po własnym mieście, jakbym wróciła do świata żywych z poligonu :)


     Dużo i dobrze śpię a sny mam surrealistyczne. Jak zawsze, gdy mam wolne nagle wraca mi zdolność śnienia lub snów zapamiętywania. Śnią mi się dziwne miejscowości, złoto-czerwona jesień, niemowlęta, śni mi się, że idę na nauczanie indywidualne, a matka ucznia wciska mi w podzięce na koniec mięso na obiad, które później okazuje się być .. wielką nogą ptaka typu żuraw itp. To pewnie po tym, jak pierwszy raz w tym roku trafiłam na rodzinę, która wspaniale mnie przyjęła na domowe nauczanie, a oprócz masy uprzejmości pierwszy raz w życiu zapytano mnie czy nie napiłabym się herbaty. I dostałam, z cytryną! A kiedyś to nawet wspaniałego, chrupiąco-kruchego krokieta!!! Nieomal padłam z wrażenia! Nie mówię, że nauczyciela w domu trzeba witać na czerwonym dywanie, ale do tej pory czułam się na tych wizytach jak zło konieczne usadawiane w cuchnących kuchniach, przy klejących obrusach, a rodziców nawet nie widziałam na oczy. A tu zmiana, która odbiła się (pozytywnym) ale jednak piętnem na mej podświadomości! No i śnił mi się kurka mać Matt biorący prysznic, ale tak było porno i duszno, że nic ciekawego z pokoju jakby hotelowego nie widziałam. I tu urywam, czas przeznaczony na sesję minął. Idę dalej leżeć na kanapie i oglądać tivi. Dziś wstrząsający serial psychologiczny barwy szczęścia. Uwielbiam przecudnie nieposkromioną fantazję pani Łepkowskiej.

---
     1. nelly furtado - do it (świetna piosenka, która trwale kojarzy mi się z wyjazdem do Londynu sprzed trzech już równo lat, oo)

19:56, confetti
Link Komentarze (2) »
niedziela, 31 stycznia 2010
z pracy na bal i odwrotnie


     Poprawa nastroju bo oto nadejszły upragnione, wytęsknione ferie! Teraz każdy se może obliczyć z jakiego rejonu Polandii jest Confetti, tak jakby to jeszcze było tajemnicą ;)

     Ferie powitałam wczoraj sennie i ospale z racji PMS, a i w piątek była balanga firmowa, a po niej zasępienie. By na nią dotrzeć musiałam uciec z zajęć na zaocznych, bo chujek to nadal, że zaczęły się równo na pół godziny przed imprezą, a w porze gdy Molli czekała już na mnie autem pod bramą szkoły. Miałam już ubaw odpuścić, bo jestem w sumie dosyć pilny obowiązkowy okaz wykładowcy, nigdy się nie spóźniam, a tym bardziej nie uciekam z zajęć, ale Molli mnie namówiła do grzechu, zaoferowała transport = jak mnie ktoś podkabluje i jak mnie zwolnią - będzie na nią ;) Ona też kiedyś uczyła w tej szkole i nie miała oporów w zwalnianiu uczniów, ja miałam wielkie, wpadłam sploszona z torebką koktajlową, sprawdziłam obecność i tyle mnie widzieli. Teoretycznie mogłam lekcje zrobić i przybyć później, bo sporo osób się spóźniło, ale nie miałabym się z kim zabrać no i nie cierpię wchodzić jak wszyscy już są. Ryzyk fizyk.

     Balecik bdb, więc wagarów nie żałuję. Molli to ta dziewoja co się z nią kiedyś na pierwszej wyjazdówce z nowej firmy spiknęłam, teraz raz ją zapytałam o podwiezienie i już spokoju mi nie dała zachęcając bym nie rezygnowała z imprezy przez 2 godz zajęć. Bawiłyśmy się razem świetnie, a i pogadałyśmy od serca, bo padło pytanie, które przewidywałam: co się takiego stało, że nie rozmawiacie z Liną? Sama jej o tym kiedyś wspominałam, więc nie było to wścibstwo, a wręcz czekałam na to, bo wiem, że M. zna wszystkie ploty i lubi sprzedawać newsy, więc niech pośle w teren moją wersję. Choć zarzekała się, że nie ma zamiaru. I w ogóle spoważniała i dojrzała odkąd ma małą córcię. A jednocześnie ma do niej b zdrowe podejście, nie wisi na fonie instruując dziadków, nie zaczyna i nie męczy tematu niemowląt póki się go nie przywoła, lubi się bawić i wyjeżdżać, no i bardzo szybko wróciła do pracy po urodzeniu. (Temat jateżchciałabymmiećdziecko.pl rozwinę w osobnym wpisie wkrótce). Wiedziałam jednak, że nie będzie na zabawie siedzieć do rana i dlatego to ją pytałam o podwiezienie. Zanim co pojadłyśmy i poskakałyśmy wybornie, były duże pyszne kotlety, krokiety, barszcz, rybki, grzybki i sałatki = obfity staropolski stół, nie jak to ascetik menu na dzień edukacji. Niestety, młodzi zawsze siadają razem i jak ostatnio znów Lina siedziała ledwie dwie osoby dalej, niby jest dla mnie transparentna, ale ciągle mi się wydaje, że wszyscy na nas patrzą w takich chwilach i mają ubaw z tej chorej sytuacji, no cóż, po prostu wstyd, ale czemu to JA mam się wstydzić? Molli przyznała, że to się rzuca w oczy, bo kiedyś byłyście takie nierozłączne.

     Na tej ostatniej b eleganckiej imprezie L. też siedziała ledwie osobę dalej i wtedy przed toastem popchnęło mi się kieliszek szampana stojący na złączeniu stołów, bynajmniej nie na nią, ale dziewczynę obok lecz L. to widziała i przez pół imprezy byłam po prostu chora ze wstydu, ta laska obok świetnie się zachowała kwitując wszystko serią żartów, ale mnie mdiło na myśl, że L. pomyśli sobie o mnie jako totalnej ciamajdzie z jej chorą bezpodstawną wyższością, tak, taka głupia rzecz była w stanie wprowadzić mnie w paranoję. A teraz na imprezie po obiedzie zdarzyła się cudowna rzecz, L. odfiokowana jak stróż w boże ciało, nagie ramiona, ą ę, small talki dookoła (ona co ust do ludzi kiedyś nie otwierała) i nagle to jej fantastycznie rozlał się szerokim łukiem kielich czerwonego wina, ooh, nieomal doszłam rumiana obserwując z boku akcję z bezradnym wycieraniem, tyle jej szczęścia, że babka obok wyszła, bo całe krzesło było mokre. Tak oto prymitywne mam myśli i satysfakcję jak podwija jej się noga. A to tylko glupie rzeczy, które mogą zdarzyć się dosłownie każdemu. Czasami jak tak mi się cała historia odnowi (a tak było po rozmowie z Molli) to myślę, ze fakt pipa jestem, ale dlatego, że się nigdy porządnie nie zemściłam, bo zemstą się brzydzę jak mało czym. A może po prostu nie mam odwagi? Gdy wychodziłyśmy z M. z imprezy podchmielona jeszcze rzuciłam do niej konspiracyjnie, ty,a może zwinę L. kapotę z niestrzeżonej szatni i będzie lecieć se pół goła przez mróz? Żartowałam ofkors i to tylko potwierdza jak skrajnie obrzydliwe uczucia wywołuje we mnie ta lala. Moje szczęście więc, że nie mam już z nią kontaktu !

     Musiałam wyjść z impreski o przyzwoitej porze, bo z rana robiłam exam na zaocznych = nie mogłam sobie przyjść zielona i skacowana, bo to już na pewno by doszło do szefa instytucji :) Musiałam też niestety w tak piękny dzień słoneczny oblać parę osób, (nie szampanem, jedynką!:) no ale jak się ktoś po semestrze nie umie nawet przedstawić (!!!!) to sory gregory. Po południu położyłam się i spałam, wstałam, umyłam się i poszłam spać .. Cudownie i do bólu na kilkanaście wreszcie godzin, nie ledwie 5.

     -- historie z examu, znowu o Macie, raport z odpoczynku - wkrótce ---

     stay tuned !


18:44, confetti
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 stycznia 2010
scissor sister


     Wysłałam wniosek do ambasady USA w ostatni dzień zgłoszeń (wygląda na to, że uznaję tylko celowanie w sam deadline, wcześniejszy termin równa się dla mnie nadgorliwość gorsza od faszyzmu, a i adrenalina nie ta sama), a już nastepnego pani koordynująca wysłała mi kompromitującą notkę, że .. pomyliły mi się programy i zaaplikowałam na wyjazd dla akademików, nie prostych profesorów ze szkół średnich. Kazała mi poprawić nagłówek i szybciutko odesłać, co mnie zdumiało, że od razu nie wyrzuciła tego do kosza. Cośtam zmieniłam, ale nie wiem czy dobrze bo już się nie odezwała.

     Po takim fopa to na pewno nie mam szans, a szkoda, bo niby nie nastawiałam się, ale coś mi się te Stany wbiły w głowę, normalne, że jak człowiek pisze wniosek to wizualizuje sobie całą akcję, pomarańczowe taxówki, Statua machająca do mnie, piękni lśniący czarnoskórzy mężczyźni mmm, jak nie ten to inny muszę znaleźć sposób i pojechać tam.. Oglądam sobie i słucham z tej okazji Fragma - Forever And A Day (Radio Edit), same zobaczcie dlaczego. Fajna, prosta nutka i boleśnie kiczowy teledysk, ale mnie łapie aż nadto!

     T. po problemach w pracy ma niby awarię peceta i nadal mało co pisze.. Co więcej .. odłączył sobie neta z komórki, co go pono tylko dla mnie kiedyś zainstalował, aby oszczędzić 150$ miesięcznie.
Nie żebyś nie była tego warta.(Oh yeah!) Udałam, że spięłam się, że wiszę mu tyle kasy, ale dowiedziałam się, że łatwo mu to mogę wynagrodzić. Jak przyjedzie. Hehe, tu się nie stresuję, bo prędzej mnie ta Statua wymaca niż on :))

     Odliczam godziny do ferii, ale twardo idę jako drwal karczujący las do przodu, robię examy na zaocznych, stoję nad udręczonymi słuchaczami jak gestapowiec z pałką, nie daję ściągać, pani to jest kosa mruczy zrezygnowany koleś o wyglądzie i mentalu kibica ze stadionu, szkolę się, kwitnę u zastępcy Szeryfa z okazji praktyki (
proszę to przemyśleć - dla opiekuna taki wyjazd to prawie jak urlop), tiaaa urlop, sam niech se leci na taki urlop. Pracuję znowu do późnej soboty.

     Na semestralnej naradzie siedzę z kwiatem młodszej części grona, żartuję z nimi, wypytuję Miss S o wylot do Afryki (w zeszłym roku była ciężko chora, w tym latać będzie jakby nic co trochę, zonk), po naradzie mijam grupę, w której stoi Matt i przygląda mi się długo i z daleka, omijam jego wzrok, ale w końcu muszę spojrzeć, rzucam urocze cześć i płynę dalej i wzdrygam się cała w środku, blee. Wieczorem piję winko z Melią w jej pięknym mieszkanku, bawię się z jej świnkiem, wracam przez zaspy i w mrozie, ale coś czuję, że rozklejam się znowu w środku, rozmazuję wieczorem na dobre, zagryzam palce w zębach, wbijam nożyczki w uda. Taki ze mnie naprawdę za kulisami cienki jest drwal, cienki bolek :)



      Wszystko jest doskonale, to tylko comiesięczny spadek hormonów szczęścia, jestem tego więcej niż pewna, czuję to wręcz fizjologicznie. Daję sobie rękę za to swoimi ostrymi, stylowymi nożyczkami uciąć.


      Ciach, ciach i od razu lepiej.




18:02, confetti
Link
niedziela, 24 stycznia 2010
T1/T2/100dni


     Gardło jako tako. Okazuje się, że poza pracą nie ma za wiele o czym pisać :))

     Na studniówce nie byłam. Jak raz człowiek zdecyduje się nie pójść to potem każdego następnego roku b. łatwo jest się nie zapisać plus tendencja o dziwno wśród nauczycieli narasta imprezę tę olewająca. Nawet nie połowa grona na balet dobiła, niewielu młodych, a i czołowe bywalczynie salonów typu Nokia czy inne też się nie zjawiły. Nie mnie analizować ogólne powody, mówi się o lekceważącym stosunku maturzystów do naszego w balandze uczestnictwa, niektórzy nie dostali zaproszeń itp, za partnera trzeba sporo zapłacić, a sam wieczór ma być 100% na trzeźwo, co wielu osobom towarzyszącym grona się nie widzi, bo to głównie grono nie pije, a młodzież jak zwykle spod stolików ukradkiem tak. = Żadna fun. Wielu nauczycieli woli iść na porządnego (co nie oznacza, że zakrapianego!) Sylwestra niż sterczeć na tej dziwnej imprezie. Trochę mnie osobiście ubawiło po pas, że takie okazy jak Lina i Miss S. na studniówkę owszem się wybrały, ale.. razem, bez mężów (mężusiowie umówili się na pifko w domu). Moim powodem nieprzybycia nie był bynajmniej brak męża, ale gdybym miała godnego partnera i ochotę, to bym tej stówki opłaty za niego nie żuliła!!

     Nie mam żadnych specjalnych przyczyn, dla których nie szłam. A może mam ich sto. Ja po prostu jestem z tych co na 100dniówki nie chodzą i czują się z tym super i kropka.

     Pracy tyle, a w tzw międzyczasie coraz ciekawiej pisze mi się z panem, o którym było już wcześniej, tym co sama doń zaklikałam, rówieśniku Tediego i o imieniu jak T, czyli nazwijmy go roboczo T2. Możecie uznać mnie za starą netową podrywaczkę, ale to niesłuszne uproszczenie. W moim wieku/sytuacji/mieście/branży net to praktycznie jedyny sposób by do kogoś zagadać lub nowy sygnał odebrać. Nie szaleję na 15tu portalach, a ledwie na dwóch a i to z przerwami, bo mam odrzuty. I nawroty tam bywania. Nie jest to bowiem takie łatwe by z kimś rozwinąć ciekawą rozmowę i poczuć te same fale. Jak to w życiu.

     Tym razem znów jakby chwyciło. Znów, bo po drodze przewinął się ostatnio Jan, ale to był tylko wypadek przy pracy:P Nigdy więcej nie chciałabym powtórzyć tak szybkiej a pustej akcji. Nie żeby tam trauma albocoś, ale po prostu dla marnych numerków nie chce mi się palcem ruszać. Zamierzam się pilnować, a może nawet deko bardziej szanować :)

     T2 dobija 50tki, 3 lata po rozwodzie, 2 córki, pasjonat, czym się zajmuje już pisałam, dużo pracuje, ciągle wyjeżdża, chodzi do kina, lubi muzykę, pisze (!!) książkę, ale nie do szuflady tylko ma umowę z wydawcą, czyli na oko interesujący człowiek. Etap fascynacji artystami mam za sobą, wręcz ich unikam by nie trafić na świra, egzaltanta, czy męczennika co cierpi za miliony. T2 póki co nie brzmi na takiego. Brzmi, powiem Wam, .. fantastycznie! Bo oto ja czajnik wobec obcych z neta, w ostatnim szalonym czasie po prostu mu oddzwoniłam po dwóch nieodebranych połączeniach (oczywiście był to nr inny niż podawał) i usłyszałam. Jego niby udającego .. gościa ze skarbówki, haha, uśmiałam się, bo od razu się domyśliłam, że to on. Głos ma zaiste aktorski, ciepły, mocny, głęboki, bardzo uprzejmy. Aaah .. 


     Pisze konkretnie, ciut poetycko lecz nigdy przesadnie, czasem jakby z małą wiarą w siebie i żalem do przeszłości, ale twarda jestem, nie robię za tanią pocieszycielkę. Interesuje mnie tylko tu i teraz. A teraz on jest bardzo, bardzo spragniony kobiety, od czasu rozwodu rzucił się w wir pracy i ponoć z nikim się nie zadawał, ale kto go tam wie. No i bingo, trafił mu się mocno podatny grunt, bardzo, bardzo spragniona stara panna ;) Miałam po tych telefonach parę dni hopla na jego punkcie, ale potem dosłał więcej zdjęć i zdał mi się być na nich dość .. sędziwy, więc wytonowałam. Pytając sama siebie: Confetti, czego/kogo ty w końcu chcesz, młodzieńca w dojrzałej skórze czy mało dojrzałego starca? Co w sumie wychodzi na jedno i to samo, hehe ;) Luz, nie czas się nad tym zastanawiać, spotkamy się, zobaczymy. Ale ciekawe jest to, że już raczyłam wysmarować taką notkę na jego cześć ..


      T. tymczasem .. miał znów niby wielkie finansowo-prawne kłopoty w firmie i zamilkł nieomal na dobre. Ja też się mało odzywałam z racji wielu zajęć i T2 = nasz „związek” mocno się nadwątlił .. Może to i dobrze.. Jeśli nie nadjedzie jak obiecywał w czasie moich ferii, to ja na to kładę. Niby co mi zależy, skoro to i tak tylko netowe pisanki z nim, ale jednak .. jakoś tak mnie zdalnie urabiał, że miesiącami nie interesował mnie nikt inny. Czas w miejscu nie stoi, a ja potrzebuję kogoś tu i teraz.


     Nauczyłam się zdrowego egoizmu w pracy, teraz kolej na inne sfery. O!



14:25, confetti
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 stycznia 2010
gardłowa sprawa


     Można to nawet polubić. Ciągłe mocowanie się z sobą, czasem, zadaniami, ćwiczenie wydajności, szybkości, kreatywności, można. Skutków ubocznych uniknąć - nie. W zeszłym tygodniu byłam przekonana, że mam nieustający rozległy zawał (czułam uporczywe palenie w jędrnym biuście), z braku czasu przestałam też jeść przed 16tą. Kiedy z biegiem dnia przestałam odczuwać głód celowo nadal odmawiałam sobie jedzenia, by ćwiczyć wolę, karać się, dręczyć brakiem nasycenia. Nie ma to nic wspólnego z anorektycznymi akcjami dla odchudzania się, lecz skoro przy okazji ubyło mi już 2 kilo - bardzo ucieszyłam się, niech mam coś z tego, luz w spodniach.

     A dziś, pierwszy raz w karierze, straciłam głos. Mam tego pecha, że pracuję w innym budynku niż główny i trzeci, gdzie jest moja druga szkoła = co rusz galopuję w śniegi i mrozy przez podwórka od jednego sekretariatu do kolejnego wcześniej zgrzana lekcjami w bardzo dusznej sali. W efekcie co trochę łapie mnie chrypa i katar co na ogół sprawnie zaleczam, dziś czując się niewyraźnie ucięłam po pracy komara, wstałam, mówię coś do rodziców i .. nie słyszę się, nikt mnie nie słyszy. Patrzę - gardło dziwnie przekrwione. I tak całe popołudnie - ani słowa, bo ból niesamowity. I śpiewam sobie na rybkę. Nie ma jednak mowy o L4, bo i jutro praca, od poniedziałku exams na zaocznych = nawet na czworakach, ale muszę się tam pojawić, bo potem w życiu nie wcisnę się z nowym terminem w grafik. Spokojnie dałabym radę do ferii, a tu infekcja gardła obniża mi nastrój+wydajność jak mam nadawać średnio po 7-8 godzin dziennie. Grr..

     Racja, miało nie być o pracy. I może nie będzie.

     W następnym wejściu :)

---

     a śpiewam Kasię Stankiewicz - Run. z Londyńczyków. bdb song


22:39, confetti
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 stycznia 2010
piąte przez dziesiąte

     Tak mnie ten tydzień sponiewierał, że ledwie siedzę! I z tej okazji w sobotni wieczór walnęłam sobie redsika i zaraz kładę się spać (burp).

     Po pierwsze primo z wnioskiem Comeniusa na wakacyjny wyjazd do UK walczyłam i wysłałam rzutem na taśmę wczoraj = w ostatni dzień zgłoszeń. Dość późno się za to zabrałam i zrozumiałam, że nie umiem chyba pracować pod tak szaloną presją czasu by wysmarować taki dokument w dosłownie kilka popołudni. Sam bajer merytoryczny spłodziłam w jedno, ale potem zaczęły się schody bo mój antyczny kompi nie czyta najnowszej wersji PDF = nie mogłam wysłać tego z domu online = musiałam zostawać po godzinach w pracowni inform by wklepywać dane i stamtąd też słać i drukować papiery. Nie wiedziałam, że o dofinansowanie starają się też nasze germanistki i na ten sam deadline celują = z tej okazji akurat mnie musiało braknąć po drodze papieru i tuszu, ale nic to, sam Szeryf mi udostępnił swej luxusowej drukarki i dokumenta miałam śliczne. Na pewno nie dopieściłam tego tak, jak mogłabym to zrobić w domu, ale grunt, że poszło!

     Germanistkom było razem znacznie łatwiej, bo robiły praktycznie jedną wersję wniosku ("albo wszystkie jedziemy albo żadna"), ja sama musiałam dodatkowo przeliczać funty na euro itp, ale w sumie z kim miałam współpracować? Polowa lasek z zespołu ma małe dzieci i nie pojedzie, Miss S wybiera się na praktykę, Liny nie chcę znać. Ale dlaczego miałoby to MNIE ograniczać? Bardzo zmobilizowała mnie ta babka fanatyczka projektów, co w zeszłym roku wkręciła mnie w projekt z delegacją. Sama nie może jechać, bo ma karencję, ale bardzo mnie zachęcała do wysiłku. Nie wiem dlaczego, ale ona zawsze rozmawia tylko i wyłącznie ze mną z anglistek, powiem więcej, ona chyba na mnie leci:) Co trochę do mnie sama wydzwaniała z pomocą+raz w szkole wcięła mi się w rozmowę z kimś, położyła mi rękę na biodrze i .. 3mała ją serio za długo! :) Gdyby nie to, ze kobita ma rodzinę, a co lepsze, kiedyś uczyłam jej synka - coś bym se pomyślała! Ale nie myślę, bo naprawdę mi pomogła;) I Anja, i jeden informatyk .. I matula moja swoim poczciwym wsparciem i nawet Bratek .. Nie sądzę, by ktoś o zdrowych zmysłach przyznał mi te ogromne pieniądze o jakie wnioskowałam, ale jeśli się uda - każdemu stawiam kolejkę!

      Czuję, że zaskoczyłam swoją inicjatywą szefową zespołu, a jak wspomniałam jej o USA to całkiem ją zatkało. Wiem, że nie mam specjalnie szans, ale będę atakować, będę chodzić do szefów, dość siedzenia w budynku C. Dosyć oglądania się na innych, liczy się tylko to, co sama se załatwię i wypocę. Dla siebie oczywiście. Tego właśnie nauczyła mnie praca w tej firmie. Poza tym .. nie chciałabym mieć tak smętnych wakacji jak ostatnie .. Przyznam się Wam dziś, że ostatni lipiec przekisiłam się przy kompie rozmyślając o mazgajowatym kulfonie z pracy .. Zamiast opalać się topless na Ibizie .. Skoro nie mam z kim wyjeżdżać, załatwię sobie inne formy letnich podróży. Nie obawiam się latać sama, przeżyję szkolenia i wycisnę z tego dla siebie co najlepsze. Jeśli się uda ofkors.

     Po drugie Szeryf i jego zastępca wzięli mnie obaj na dywan i .. znowu złożyli mi ofertę udziału w praktyce zagranicznej w następnym roku kalendarzowym .. Mając na głowie wiele innych spraw jakoś słabo to mną wstrząsnęło i zrezygnowana .. powiedziałam, że nie odmawiam, co oznacza dla mnie nie tyle przywilej wyjazdu, co trud pilotowania całej akcji, masę tłumaczeń, zamawianie lotów itd. Dali mi jeden dzień na decyzję, a ja od razu wiedziałam/wiedzieli, że nie mam wyjścia, nie mam asów w rękawie, nie mam DZIECI, nie mam nikogo, nie mam ani jednej rozsądnej wymówki, a nie wypada tak ot odmawiać po raz drugi .. Nadal mam ogromną awersję do praktyk, w tym momencie było mi jednak wszystko jedno. Wiem, że wcześniej proponowali to babce, która ma dzieciaki, facetowi, co niby ma chorą .. matkę i nie zna języka .. = wiedzieli, że muszę się zgodzić. Bo tym razem znam tę klasę, nie są to wakacje .. = Czemu Confetti miałaby nie jechać? Nie myślę dziś o tym .. Ok, zajmę się obsługą językową projektu, bo Miss S ciągnie już inny, a .. potem coś wymyślę .. Jako urodzona tchórzofretka. Tak, tak. O siebie się nie boję, ale odpowiedzialność za innych to co innego .. A jest się czego obawiać .. jadą z kolei prawie same uczennice, kraj jest południowy .. niech mi je tam jacyś latinos zbałamucą i co?? Zawsze uważałam ubezpieczanie się od ciąż podopiecznych za szczyt absurdu .. a teraz - miałabym to faktycznie zrobić?? Swoją drogą, co ja za szkołę wybrałam, w żadnej innej w regionie językowcy nie mają tyle pracy i projektów co tu ;)

      Po trzecie byłam na zebraniu w szkole zaocznej i nic a nic nie kumam z nadciągającej sesji egzaminacyjnej!! Szef instytucji jest jakoś tak beztrosko zblazowany, mówi chyba szyfrem, wszyscy dokoła wiedzą o co biega, tylko ja jako nowa ni w ząb i .. wstyd było mi się zapytać. Muszę się umówić do niego na audiencję, bo w życiu nie wymyślę examinów.

      Po czwarte i najgorsze wystawianie ocen.. Aaah, 3majcie mnie bo pęknę!! Znowu parę nerwowych akcji, które zatrzęsły mną w posadach, bezczelność uczniów, którzy śpią parę miesięcy i budzą się dosłownie na dwie ostatnie lekcje znowu mnie zaskoczyła i wyprowadziła z równowagi. Im jestem bardziej wypalona, tym gorzej znoszę takie historie i może za bardzo spalona, by ich uniknąć .. nie wiem.. Są takie semestry kiedy udaje mi się to gładziutko, ale to był wyjątek. I kolejna nauka na przyszłość .. grrr ...

      Po piąte dosyć o pracy, w następnym wejściu historie bardziej prywatne :)

      Stay tuned!


21:35, confetti
Link Komentarze (9) »
czwartek, 07 stycznia 2010
paperwork

     Tak mi weszło ostatnio w krew stukanie tu, że znowu jestem. Mimo iż aktualnie obok mam pootwierane pliki zgłoszeniowe do USA i do Anglii, pod lewym łokciem wypociny maturzystów, a pod prawym młodszych uczniów. Coś mi esej z bajerem do Stanów lichutki wyszedł, brakuje mi, kurza stopa, polotu i wyszukanego słownictwa.. Może źle mi się pisze bo faktycznie nie mam żadnych extra osiągów, a z pustego i Salomon nic? Wstawkę o prawdziwym powodzie mego zainteresowania tematem (tj. o Tedim) niestety muszę sobie darować, choć to bankowo przykułoby uwagę szanownej komisji :)


     T. niby był w tym tygodniu w Dublinie. Niby, bo .. sama nie wiem. Jakoś wyjątkowo słabo przeżywał ten wyjazd w porównaniu do wizyty sprzed roku, mało stamtąd pisał, miał dzwonić, a ledwie klikał, by w końcu stwierdzić, że jest z .. córką i stąd mała komunikacja i zamilkł = nie wiem, czy wrócił do siebie, czy gdzie lata? I czy/kiedy dotrze do Polski? Haha, czyli z córą go żona do Europy wysłała?? Sprytna bestia... Coś czuję, że popsuło mu to pewne plany. Ale nie dobijam się, nie pytam.. Niby tak czekam na niego, ale jak sobie pomyślę, że miałabym go zobaczyć, to aż mnie mrozi z nerwów = wolałabym odsunąć to/odwołać, choć wiem, że tego nie zrobię. Z drugiej str czuję, że spotkanie oznacza rychły koniec tej historii, bo jak długo można tak pisać i co, spotykać się raz na kilka lat? Innej wersji nie mogę się spodziewać. Ale dzielna jestem, przećwiczyłam to z Janem i wiem już, że miłość nie jest zasadniczym warunkiem gorących spotkań damsko-męskich.


     Wobec powyższego nagle stwierdziłam, że skoro ta i tak nieprzyszłościowa historia może dobiec końca muszę złowić kogoś nowego, w realu marne szanse (jak to mówią Francuzi), nawet na necie nie mam nikogo w zanadrzu, z nikim nie udało mi się skumać. W święta namierzyłam na normalnym więc krajowym portalu (nie dla deviantów) dokładnie i z premedytacją rówieśnika T. i jak się okazało pana o polskim odpowiedniku imienia T. Fajnie nam się pisze, facet ma styl konkretny, ale z fantazją. Szybko przyłapałam się na tym, że równie chętnie czekam na jego wiadomości jak od T.. A może bardziej? Profil miał b skromny, a okazało się, że jest przedsiębiorcą-artystą, ma firmę + jest też aktorem, o. Gra w teatrze w X. Z wyglądu bynajmniej żaden jednak George Clooney, hm, nie no ok., lata swoje ma, a takie lata wybrałam.


      Jedno mnie zastanawia po prawie dwóch latach pisania ... jak wygląda T? Tedi nigdy nie przysłał mi w miarę aktualnego zdjęcia. Zawsze jakieś sprzed paru wiosen, a to zimowym odzieniu (czapa i szalik po nos), a to z daleka. Błagałam, fochałam, prosiłam, groziłam, by dostać coś nowszego za moje śmiałe pozy= ostatnio wysłał znowu fotę sprzed paru lat wielkości, kurka mać, znaczka pocztowego. Jak se powiększyłam, to wyszedł mi z tego jeden wielki niewyraźny pixel. Bo nie lubi swoich zdjęć, bo się postarzał, bo przytył itp., słabe wymówki. Taki śmiały gość i ma komplexy? A co jeśli jest serio obrzydliwy? Fantastycznie :) Eeeh, ja to mam problemy!


      Lepiej wracam do papierów na biurku.




18:16, confetti
Link Komentarze (2) »
niedziela, 03 stycznia 2010
ogłoszenia parafialne


    

     No i minęła świąteczna laba, spanie do 10tej, objadanie się smakołykami, lewitowanie w niebycie filmów, lektur książek i blogów, rodzinnych rozmów i spotkań z lejdis. Przez te kilkanaście dni zapomniałam o istnienu czegoś takiego jak zegarek, podczas gdy wcześniej tygodniami ćwiczył mnie ostro, ponaglał, a sam pędził jak szalony. Dziś już nastawiony budzik na fonie i budzik klasyczny, wzdeeeech. Parę tygodni i ferie, ale tygodnie te znowu oznaczają najwyższe obroty zanim co. Już dziś odwaliłam sporo sprawdzania, nastawiałam motywująco dużo czwórek, ale od pojutrza rzeźnia niewiniątek, jak obiecałam. No bo jutro wg regulaminu i rozsądku nie ma co szaleć.

     Międzyświątecznie byłam u Anji, jak zwykle gadka tylko o pracy, choć była mowa i o kawalerce (nadal wytrwale pieści swoje gniazko, a ma metraż mniejszy ode mnie - 33m) i z kilka razy powtórzyła, że za dwa lata to planuje bobasa - z kim i jak to nie wiem, ale kto wie, może akurat wszystkich zaskoczy. Potem odwiedziła mnie Martika, u niej coraz gorzej z P, nie zaczynałam tematu, ale sama chciała widać pogadać, kryzys za kryzysem, nie ma mowy o ślubie ("nie będę się za pół roku rozwodzić"), o wspólnocie majątkowej ("już wiem, że jego mieszkanie nigdy nie będzie na mnie przepisane"), pracuje, sprząta, karmi, opiera go i.. wysłuchuje ciągłych fochów. A na dokładkę lata z psem, którego P. miał kaprys kupić - owczarek zdemolował nowe mieszkanie, gdy jest sam wpada w szał i gryzie co popadnie, sika, ma biegunki, wymioty, M. biega więc potem z domestosem i szoruje drewno, bo zaczęło wymiękać. A ona nie. Powiedziała nawet parę razy, że jest dumna, że sobie z tym radzi. Sprzedała stare auto, P. kupił nowe i zarejestrował na siebie = M. nie ma już nic oprócz .. długu za meble. Szybkie odejście więc nie wchodzi w grę. Ale skoro jest dumna .. Może nie myśli o rozstaniu? Wmawiała mi, że to duma, a oczy szkliły jej się non stop, choć mazepą nie jest. Ona z kolei męczyła pytaniami o pat z moim mieszkaniem, w którym ani nie mieszkam, ani nie wynajmuję .. Fakt, nawet myślami nie wracam do  tematu, taką gafę walnęłam tą „inwestycją”. Ale co by nie było, jest na mnie, jest moje, hehe, jest puste – jak ja? Wierzę, że nadejdzie jego czas. Może nawet w nowej dekadzie ;)

 

     Aby odgonić natrętne myśli, że serio jestem bankrutką (jak pracuję to nie rozmyślam) zaczęłam połykać książki, a najchętniej kryminały, co mnie nigdy wcześniej  nie interesowało, np:

 

     Joyce Carol Oates – Dziewczyna z tauażami – ciekawa powieść (z kiepskim finałem ale ujdzie) o niespełnionej namiętności pomiędzy pisarzem a jego asystentką

 

     Chelsea Cain - Obłęd serca – świetny kryminalik na jeden wieczór o psychopatce z wątkiem morderstw z ręki .. nauczyciela, hyhy

 

     Antologia Niebiezpieczne Kobiety – zbiór najlepszych opowiadań kryminalnych niby wszech czasów i fakt – dobre. Niebezpieczny flirt to jest to.

 

     I jeszcze Pilch i znowu Pianistka i jakieś inne grubsze lub cieńsze pozycje, zaczęte, nie pokończone jak mnie nie wciągną. Bursztynowa herbata obok i śnieg sypiący w czerni nocy ... To były piękne dni!

 

     Za chwilę powrót do firmy i nadciągający T, który naprawdę (wreszcie) ma lada dzień zjawić się w Europie. Wysyła hasła w stylu weź samolot i spotkaj się ze mną w Dublinie na noc. Wow, aż takiej fantazji, spontaniczności, a i tyle gotówki na koncie nie mam by dogodzić memu panu. Albo po prostu – czasu. Jak miałam, to sobie brykał z rodzinką, może jeszcze przebrany za Mikołaja, a teraz nawet na weekend się nie wyrwę. Oooj – nie chciałabym takiej sytuacji. By nie móc go poznać, zobaczyć .. dotknąć. JA M U S Z Ę.

 

     Na koniec hit roku. Był u nas ksiądz po kolędzie, a wiecie jak ja uwielbiam księży, kościół, Benia16 i spółkę... Pół dnia chodzę nastroszona, niby to zlewam, ale już mnie nosi, bo jak ma mnie jakiś młodzik w sukience przepytywać przy choince, by skasować kopertę to ciśnienie mi skacze pod sufit. W dodatku jest pewne, że przyjdzie ksiądz z naszej szkoły, bo akurat obsługują tę parafię. = Znają mnie, wiedzą, że im się kłaniam na cześć/dzień dobry nigdy szczęśćboże= zaraz będzie temat pracy oooh, I hate it. A tu wchodzi ten, co go w sumie najlepiej lubię, taki luzak, bardzo fajna osobowość, młodzież go uwielbia i ---- mówi kilka razy: Confetti, tak, ta chodzi do kościoła. No bo kiedyś widywał mnie zawsze w tym samym miejscu, takiej wnęce obok konfesjonałów i puszczał oko. I pamiętał. I na koniec walnął:

 

- Czy wszyscy w tym domu są tak pobożni jak Confetti??

 

     Bez cienia ironii, tylko na 100% serio. Myślałam, że spadnę z kanapy. Rodzina grzała aż miło, ale .. nikt nie zaprzeczył. Choć od dwóch lat praktycznie nie chodzę. Mami biega co trochę, a ksiądz jej nie zauważył. Za to ja .. zawsze robię wzorowe wrażenie! Zepsuta do szpiku kości, zafascynowana starym sadystą, wredna egoistka, hehe .. Pozory oj mylą.

 

     Ok., piąty raz sprawdzam budzik, pora spać.. Mniej będę teraz pisać, ale czytać Was – zawsze. Buzia, śpię.




23:43, confetti
Link Komentarze (6) »
sobota, 02 stycznia 2010
Eine Frau in Berlin


     Całkiem przypadkiem znowu o Berlinie. Film o wojnie widzianej z perspektywy ... życia sexualnego kobiet ale nie tych uciskanych przez Niemców (jakie mogłoby być pierwsze skojarzenie), lecz Niemek ciemiężonych przez żołnierzy Armii Radzieckiej wkraczającej w 1945 do upadającego miasta. Cytat z opisu dystrybutora: To początek dramatu niemieckich kobiet, które, zdane na łaskę obcego wojska, muszą wybierać między przeżyciem a szacunkiem do samych siebie. Wśród nich jest 30-letnia dziennikarka Anonyma. Ona również zostaje wielokrotnie zgwałcona przez żołnierzy zwycięskiej armii. Nie zgadza się jednak na rolę ofiary i postanawia bronić swojej godności. Chce znaleźć protektora, wysoko postawionego rosyjskiego oficera, który będzie jej „opiekunem”. Rolę te przyjmuje uprzejmy i melancholijny major Andriej Rybkin, koniec cytatu. Jak można się domyśleć, rodzi się między nimi pewien rodzaj uczucia, którego jednak nie umiem ocenić czy to miłość, przywiązanie, czy cokolwiek innego? Choć wierzę, że w samym centrum bombardowanego miasta można było zakochać się i to we wrogu. Choćby na zasadzie syndromu sztokholmskiego, który mnie zawsze fascynował. Mnie osobiście sam Andriej bardzo się hm podobał, staaarszy, barczysty, w mundurze, szef łajdaków, łajdak jak oni czy nie?

     Ciekawy pomysł na film, ale wg mnie bardzo spłycony, można było bardziej dwuznacznie pograć relacjami i uczuciami między ludźmi z dwóch stron barykady, rozbudować role drugoplanowe itp. Skoro wojna to obraz zimny i surowy, ale przez to trudno mi uwierzyć w autentyczną namiętność bohaterów. A może na wojnie tak naprawdę nie ma na nią szans? Kiedyś pisałam z serbskim kucharzem i stwierdził, że miesiące bombardowań stolicy wspomina jako jedne z najbardziej szalonych w życiu. Bo wszyscy siedzieli tygodniami w piwnicach, pili i ... non stop. Ok, może i ma to jakieś plusy, ale lepiej by wojna już nigdy nikomu nie odebrała ludzkiej godności.

     Aktorka grająca główną rolę to ta z Białej Masajki, ledwo ją poznałam.

     Piękna muzyka, dziś wyczytałam, że to nasz Preisner.

Tagi: film
13:38, confetti
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 47
Tagi