Let me take you on a trip ...
niedziela, 02 lipca 2017
nie ze mną takie numery

     W listopadzie udałam się na audiencję do Dyrektora ZK w sprawie przedterminowego zwolnienia Rafała. Zwlekałam, bardzo bałam się tej rozmowy. Żeby wybadać jakie są rokowania wobec mego lubego, prosić o wypuszczenie, błagać, zagrać na uczuciach, ubić jakiś może interes z panem dyrektorem. Ale zebrałam się w sobie, umówiłam telefonicznie, dostałam przepustkę, przeszłam kontrolę, SW przekazywała mnie z ręki do ręki, z bramy na bramę, kraty, przeprowadzania, pokrzykiwania w tle, klucze, krótkofalówki, psy gończe, wąskie korytarze, w końcu eleganckie biuro dyrektora. Gościu za biurkiem duży, łysy, pachnący, umundurowany po zęby i zadziwiająco pogodny, całkiem młody jak na szefa ZK, rozmawiał ze mną bardzo życzliwie. Nie mogłam mu zaoferować nic poza protokołem (a miałam w zanadrzu PIN do szczerozłotej karty z kontem wypchanym błyszczącymi dukatami, kontem na seszelach, ewentualnie najnowszy katalog moich wdzięków w koronkach i siateczkach, co pan na to), bo wezwał sobie na rozmowę wychowkę R, również umundurowaną całkiem młodą dziewuchę, która siedziała obok mnie i cały czas mierzyła mnie kątem oka, a ja mierzyłam ją. Wytaszczyli wielkie akta R, odczytali setki pochwał, wniosków nagrodowych, zachwycali się jego wzorową postawą, pracą w szpitalu, postępem i osiągnięciami w (samo)resocjalizacji, natomiast w rokowaniach pozostali ostrożni i powściągliwi, rozumie pani, gdyby wyszedł i coś się stało zaraz będziemy tu mieli media polsat news i tvn24, skracanie wymiaru kary nie jest zasadą lecz rozmyślnym i najwyższym dla osadzonego wyróżnieniem, a R dostał bardzo duży wyrok, itp, itd. Wzniosłam się na wyżyny perswazji, damskiej manipulacji i uroku (z tym babsztylem u boku), uznania dla pracy SW, acz pozostałam dumna i bezwzględnie uprzejma, nie uniżająca się. Nie przy babsztylu obok. Pani to go musi bardzo kochać - zakrzyknął raz dyrektor, a ja i na to miałam profesjonalną ripostę, nie drgnęła mi nawet perfekcyjnie umalowana powieka. Kochać, jak to łatwo powiedzieć, każdemu wolno kochać, kochać to nie znaczy zawsze to samo. Na koniec uścisnęłam mocno rękę pana dyrektora wystukując mu ukradkiem palcem we wnętrzu dłoni ów magiczny PIN, ale chyba nie odczytał hasła, przytrzymałam jeszcze wzrokiem jego uśmiech i puściłam delikatnie oko, a on niewidzialnie przecząco pokręcił głową, nie moja droga, nie, i jeszcze wyglądał za mną wyszedłszy na korytarz, machał ręką i kłaniał się w pas, gdy obróciłam się przez ramię raz.

     Na początku stycznia wypuszczono R z pierwszej po Xmas wokandy, komisja w składzie sędziowie, sędziny, prokuratorzy i ów dyrektor, który dał im zielone światło.

     Kilka tygodni po wyjściu R z dnia na dzień zerwał ze mną, oznajmił mi prosto w twarz, że mu się wypaliło, że chce być sam i koniec. I nie dzwoń do mnie więcej i takie tam. Po raz drugi zabił człowieka, tzn mnie zabił, mnie obuchem w głowę, nożem prosto w rozkochane serce, miesiąc mnie nie było, z czego tydzień leżałam bez ruchu, nie chodziłam, nie jadłam, schudłam nagle 7kg, miałam krwiste biegunki, ratowali mnie najbliżsi, siostrzeńcy - moje małe aniołki, dwie terapeutki, leki, zmuszałam się jeść i nie mogłam jeść ani pić, wylepiałam papką z jedzenia wewnątrz buzię i nie mogłam przełknąć nic.

     Zapadłam się w czarnym lochu. Czyli jednak emocjonalny psychopata? Przegrał walkę z rzeczywistością na wolności? Oszalał? Nie dojrzał do sytuacji, zawinął się i uciekł? Znudziło mu się? Pojawiła się inna kobieta? Wszystkiego po trochu.

     Podniosłam się. Przyczaiłam. Planuję zemstę.

     Polsacie, TVN, Pudelku - szykujcie się.


18:00, confetti
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 sierpnia 2015
westwood world

    
       Wiosenny pobyt na Wyspach okazał się wspaniały. Młodzież nie sprawiała wielu problemów, odbywała staż u zachodniego pracodawcy, a ja z drugą opiekunką, którą sama sobie (bardzo trafnie) wybrałam do towarzystwa spędzałam czas głównie na spacerach po mieście i nad oceanem, w centrach handlowych, kawiarniach i restauracjach. Przez te kilka tygodni mieszkałyśmy w domu absolutnie wyjątkowej rodziny, bardzo majętnej burżuazji - lekarzy rozmiłowanych w kulturze, sztuce, historii i podróżach, którzy zwiedzili dosłownie cały świat, a wielki ich dom wiktoriański wyglądał jak muzeum sztuki nowoczesnej okraszone antykami, książkami i bibelotami z wyjazdów. Familia ta nie była bynajmniej grupą sztywniaków z muzeum, o nie! Jak to wyspiarze, nie stronili od odlotowych rozrywek (imprezy, odjazdy czy przebieranki, hehe) do których i nas skutecznie potrafili wciągnąć. Najbardziej niesamowitą osobą była jednak pani domu - energiczna, ciepła i zjawiskowa lady, niegdyś szef kuchni (!!), która serwowała nam co wieczór znakomite, tematyczne dinners - a to kuchnię włoską, grecką, francuską (tu np sery, wina, przekąski i zakąski), hinduską czy chińszczyznę.. Same bezbłędne i obłędne smaki, do których ja znająca chińskie dania jedynie z gazetek Lidla nie wiedziałam nawet jak się pałeczkami dobrać! Ale bardzo szybko opanowałam tę umiejętność i pałaszowałam ryże ponoć jak rasowy Chińczyk - trzymając miseczkę blisko siebie, sprawnie nabierając pyszne gluty i przegryzając chrupiącymi sajgonkami. Nie sądziłam, że kuchnie azjatyckie mogą być takie wyborne! I że mogę zasmakować tak wykwintnych dań w kraju znanym z okropnego jedzenia. Na deser wjeżdżały natomiast na stół przepyszne tarty cytrynowe, musy owocowe, bezy, lody i galaretki. Achhh.. Nie do opisania! Pobyt w tym domu to była nieustanna uczta dla zmysłów i ducha. Chwilami może nawet nieco przytłaczająca dla nas, dwóch gąsek z prowincji, ale przede wszystkim inspirująca, motywująca do barwnego, smakowitego życia przygoda, której nigdy w życiu nie zapomnę.

     Za cały ten wyjazd dostałam w sumie zawrotną kwotę, jaką w znacznej części rozwaliłam tam na ciuszki, sukieneczki, bluzeczki, a przede wszystkim na tanią acz bardzo efektowną bieliznę, śliczne staniczki, haleczki i wielopaki fig, majtek i do pończoch pasków. Skusiła mnie też mała, letnia torebka ze skórki, a w ostatni dosłownie dzień - przecudowne butki na bardzo wysokich obcasach, zaskakująco wygodne a niezaprzeczalnie w moim ulubionym kolorze, deseniu i z leciutkim połyskiem. Choć w sumie b rzadko biegam w takich obcasach. Kupiłam je, by nie kupił ich nikt inny, by wiedzieć, że mam w zanadrzu taki cudnie wysmuklający nogi obów, który może kiedyś wydobędę na szczególną okazję. Buty były tego dnia akurat w pięknej promocji, więc nie mogłam się oprzeć. Wzięłam je zapewne podświadomie i pod wpływem naszej lady, która znała się także na modzie i namawiała nas do eksponowania swojej kobiecości, nie tylko od święta.

     A może kupiłam dlatego, że byłam w kraju, który swoją różnorodnością ludzi, obyczajów, smaków, zapachów, ubiorów, fryzur, tatuaży zawsze bardzo wyzwala człowieka i nastraja do odrobiny odjazdu. Zapominam się zawsze tam, nad brzegiem chłodnego morza, w odurzających zapachach róż, lawendy, herbat, mydła i proszku do prania, gdzie ciągle wieje, ziębi, ale ja inhaluję się tym klimatem i upajam nim do dna.

     W kość dała mi bardzo za to podróż powrotna - problemy z bagażami, transfer na wielkim, bardzo chaotycznym lotnisku, gdzie tłumy ludzi rozdzieliły naszą grupę, zamieszania z autobusami, upał, wiele godzin bez kropli wody, w efekcie czego następnego dnia nie podniosłam się z łóżka - słaba i odwodniona. Ale szybko musiałam dojść do siebie, by wskoczyć w wir końca roku, egzaminów, wystawiania ocen, a kilka godzin po rozdaniu świadectw by ruszyć na pierwsze kilkudniowe spotkanie z R.


20:50, confetti
Link Komentarze (2) »
środa, 29 kwietnia 2015
w końcu parę słów

     Niby szalone tempo życia, a nic nie drgnęło ani o włos. W skrócie ujmując:

- Rafik w lutym nie dostał zgody na powrót do ZK, z którego chciał uczęszczać na studia. Miałam tam jechać z mamą R i prosić władze o szansę, ale dyrektor ZK nie dał nam żadnych złudzeń, telefonicznie odprawił jego mamę, że wszelkie przyjazdy, rozmowy i starania nie mają sensu. Bo nie wchodzi się do tej samej rzeki, bo R zmarnował swoją okazję i nikt dla niego nie podejmie już wysiłku starań o procedury i bezpieczeństwo otoczenia. Zero dobrej woli, chęci i zrozumienia, nic.

- Rafik w marcu stanął na komisję w swoim obecnym ZK i nie dostał obiecanej zgody na przepustki. Tu z kolei dyrektorzy nie dowierzali, że R tak bardzo został zdegradowany w poprzednim zakładzie za taką błahostkę. I postanowili to dopiero sprawdzać, dzwonić do powyższego ZK. Czarowali, że powinien skończyć studia, a ten musiał im tłumaczyć, że żadnej już możliwości na to za kratami nie ma, sprawdziliśmy to dogłębnie. Bez wznowienia studiów na poprzednim uniwerku nie ma jak wskoczyć na uniwerki lokalne. Do dziś R nie ma przepustek, ale nie traci czasu i pogody ducha, uczy się angielskiego, ciężko pracuje, czeka na wokandę.

- Rafik może i odebrał komuś kiedyś życie, ale we mnie tchnął mnóstwo zbawiennego życiodajnego tlenu.. ratując mnie od niechybnego obłędu for sure. Jakkolwiek ciężko by nie było.. Ciężko bywa czasem bardzo, więc nie jest to ani nowe życie, ani drugie życie, czasem to resztki tchu, ale trwam(y) wierząc w lepsze dni. Jest trudno, więc nie umiem pokładać całej siły i nadziei jedynie w jego osobie, o nie. I nie chcę nawet. Sama z siebie muszę być jeszcze silniejsza, sprytniejsza, nie dać życiu się.

- Rafik, Rafik - a JA? Nie wiem, jak to zrobić, ale skoro nie ma dla mnie opcji urlopu macierzyńskiego to bardzo poważnie myślę o zdrowotnym.. póki całkiem go nie wycofają. Ale przejść komisje lekarskie jest coraz trudniej..

- niedługo wylatuję na kolejny, dłuższy projekt, ten, który mi wmuszono, mam nadzieję do tej pory odezwać jeszcze się i rozwinąć zapodane dziś wątki.


22:51, confetti
Link Komentarze (2) »
niedziela, 21 grudnia 2014
nie, nie, tak

     W listopadzie szarpnęła mną taka faza na temat dziecka, że Dzień Niepodległości spędziłam na researchu in vitro. Bo niedawno stuknęła mi druga osiemnastka, bo poczułam, że życie z Rafikiem jednak dramatycznie się oddala, a zbliża się grudzień, Mikołajki, Święta, wszystkie te mniej lub bardziej wzruszająco-wkurzające okoliczności, kiedy człowiek jakoś głupawo kwestionuje swój sens istnienia. Jakby nie liczyło się nic więcej. Znalazłam polecane dla kobiet samotnych kliniki, ceny (bolesne kilkanaście tysięcy PLN za całą zabawę), opisy i procedury. Zdecydowałam się nieomal zacząć to wszystko na ferie.

     Bez mgnienia oka nie zapisałam się też/dlatego na wspominaną, świetną wycieczkę. Ale to była dla mnie przełomowa sprawa - nie zapisać się na taki wylot, nie wiązać się odległymi terminami, ustawić priorytety. Przez chwilę miałam wrażenie, że kontroluję swoje życie, że określam, co jest dla mnie ważne lub że przynajmniej nie jest to kolejny wyjazd.

     Za niedługi czas dostałam propozycję od dyra-SanczoPansy. Wyjazdu z młodzieżą na miesiąc w najbardziej prestiżowe z miejsc w jakie jeździ nasza szkoła. W podobnie odległym terminie jak rzeczona wycieczka. Gdzie już byłam dwa lata temu. W sumie niemal każda anglistka dostała ofertę, bo w tym roku wyjeżdża wyjątkowo duża liczba uczniów, tyle że w różne miejsca i w różnych terminach. Stąd też dyro w zasadzie nie przyjmował od nas odmowy. Choć Lina, którą pytał jako pierwszą, taką odmowę mu przedstawiła. Najpierw podawała powody zdrowotne, a potem - skoro Sanczo bardzo naciskał - wypaliła, że ma plany macierzyńskie. I tu już dyro nie miał już argumentów, życzył jej nawet trojaczków.. Zrelacjonowała mi to potem nieomal triumfalnie. Słuchałam tego zrezygnowana i zrozumiałam, że odmówić jako druga nie mam szans. Nie mam żadnych racjonalnych dla dyrekcji powodów, wszelkie ściemy odebraliby jako lenistwo i kropka. Lina nagłaśniała dotąd swoje macierzyńskie niepowodzenia, wiedzą, że mieszka z facetem = są w stanie w to uwierzyć i przyjąć taki a nie inny motyw. Ja nie miałam nic na swoją obronę.

     Miałam taki dzień, że niemal wyłamałam sobie palce gryząc je z żalu i rozpaczy. Że nie dam już tak dalej rady, że nie popłynę już z prądem zawodowych wydarzeń, że po drodze utopię się, bo nagle stwierdziłam, że nie potrafię pływać. W międzyczasie Rafik bardzo oburzył się na moje nieśmiało przemycane mu plany in vitro.. (o tym więcej wkrótce). Stwierdził też, że damy radę być w kontakcie nawet gdy będę zagranicą. A zresztą - któż to wie, co będzie za ponad pół roku?

     Rozpaczliwie szukałam zalet tej sytuacji - świetny termin, odpoczynek od uczenia, matur, znane mi miejsce, nie tak wielkie jak kiedyś dodatkowe pieniądze, ale zawsze spory zastrzyk gotówki, nieduża grupa, itd.. Wbiłam sobie do głowy, że nie chcę być jak leniwa, wygodnicka Lina, że nie mogę odmowami zaczarowywać przyszłości, bo może przyszłość i tak ma dla mnie inne plany, a jak coś się nagle odmieni to zawsze jeszcze będę mogła zrezygnować, zapłacić nawet za zmianę nazwiska na swoim bilecie. Byłam tak przekonywująca w swojej manii, że Lina wręcz zaczęła mi się tłumaczyć z odmowy lub wręcz żałowała, iż nie jedzie.

     Trudno, jej wybór. Zgodziłam się, choć w sumie nikt nie dał mi WYBORU. Nie potwierdzałam automatycznie, poprosiłam o czas na decyzję, a dyro już się nastroszył pytając, czy są jakieś przeszkody. Jest masa przeszkód: koszmarne zmęczenie, wypalenie pracą, znużenie wyjazdami, myślenie o innych sprawach. Ale żaden mocny dla dyrekcji. Podjęłam decyzję, ale czuję, że nie miałam z nią nic wspólnego.

   
    Jak po kolejnym widzeniu u Rafika? - o tym niedługo.

    

22:00, confetti
Link Komentarze (7) »
niedziela, 30 listopada 2014
widzę, słyszę, nie wierzę

     Zanim ciąg dalszy. Taka myśl w głowie. Że byłam największą pipcią na moim osiedlu. A na stare lata zadałam się z przestępcą. Poznaję jego kumpli. Negocjuję z klawiszami, by jak najwięcej pozwolili mi wnieść na widzenie. Obserwuję ich uważnie, szukam najsłabszego ogniwa, z którym mogłabym - co? - ubić jakiś interes, ugrać coś dla Rafika. Wyszukuję mu, po ile chodzi srebro, zegarki i inne artykuły na wolności dla porównania cen na czarnym rynku w ZK. Wyszukuję informacje na temat gości jakich wrzucają mu do celi. Np co zrobił gość, o którym są słuchy, że skrzywdził dziecko. I wyczytuję, że zgniótł chłopcu butem jąderka. Tego Rafikowi nie przekazuję. Poprawiam angielskie cytaty na tatuaże dla jego kolegów. Oszukuję rodzinę, dlaczego wciąż wyjeżdżam w niewiadomych celach. Bo już nawet nie mam sensownych wymówek, nagle znikam i mnie nie ma. Nie jest tego tak dużo, bez przesady, ale jak się pozbiera to na serio można powiedzieć, że dziwne mam hobby: świat ZK, gdzieś tam na boku. Choć generalnie żyję pracą i domem, w pracy jest b ciężko, ale też arcy-ciekawie obecnie.

     A ostatnio spotykam dawnych rozbójników na moim osiedlu, kumpli z podstawówki, którzy niegdyś toczyli boje z milicją, robili zadymy, drobne włamy i afery. Jeden, słyszę przechodząc na targu, z małym bąblem u boku szuka mu skarpetek do przedszkola. Drugi - paczę wczoraj i oczom nie wierzę - stoi z rodzinką i karmi łabędzie nad rzeką, gdzie i nasz Piotruś uwielbia z babcią spacerować.

    Myślałam, że wpadnę do tej wody i długo nie wypłynę.

    Heh.

22:16, confetti
Link
niedziela, 16 listopada 2014
pora na dyrektora


     Pewnie takie decyzje lepiej mieć na piśmie, ale póki co zdołaliśmy nawiązać z Rafikiem kontakt telefoniczny z uczelnią, z której został skreślony za sprawą wykroczenia wobec zasad ZK i wstępnie wyrażono zgodę na jego powrót. Dzwoniłam do dziekana, ale ten opędzał się ode mnie jak od natrętnej muchy. Skontaktowałam potem R z bardziej przychylnym, choć niższym rangą doktorem z wydziału. I ten o wiele bardziej nam pomógł. R dzwonił osobiście, przypomniał się, a wykładowcy widocznie znali go tam i lubili na tyle, że obiecali zasięgnąć opinii u przełożonych. A ci zgodzili się na powrót Rafika na wolnościowe studia dzienne. Teraz wszystko zależy od dyrektora tamtejszego ZK.. Rodzice Rafika chcą więc umówić się z nim na osobistą audiencję, złożyć prośbę o możliwość studiowania i odpowiednio ją umotywować zdobywszy oficjalną zgodę uczelni.

     Wszyscy mamy mieszane uczucia. Tutaj w zakładzie nieopodal nas Rafikowi jest całkiem dobrze. Ma pracę, pozytywne otoczenie (i bynajmniej nie o estetykę elewacji czy podwórka chodzi), niedaleko do domu, nam jest blisko, by go odwiedzać. Tam powróci jak fenix z popiołów, lecz znowu do tej samej rzeki, w której nieomal utonął i odszedł w niesławie. Ale kontynuacja studiów na następnym semestrze jest możliwa tylko wznawiając naukę na tej samej uczelni. Będą różnice programowe, może dodatkowe egzaminy, na pewno opłaty, ale kierunek jest dzienny, więc ogólnie bezpłatny co też ważne. Jeśli ZK wyrazi zgodę R będzie musiał wrócić 300km w linii prostej na dawne śmieci, bardzo się tam starać i uważać, by znów nie podpaść.

      Na razie jest to bardzo dobra nowina. Uczelnia zaufała mu, daje szansę. Obawiałam się, że rodzice Rafika może są zmęczeni tym krążeniem po zakładach, spotkaniami z SW, upraszaniem o kolejne zgody. Ale oni chcą nadal go wspierać i mu pomagać, choćby w ten sposób. Wszystko jednak zależeć teraz będzie od konkretnego dyrektora, a tego już przewidzieć nie sposób.

     Póki co raduję się z Rafikiem, a cieszymy się jednak ostrożnie, bo już nieraz los dał nam po głowie.

     Czasem sobie żartuję, że zrobię wszystko, by odstawić go znowu na uczelnię, a sama oddalę się wtedy od niego, zniknę na jakiś czas, by go nie rozpraszać, by spokojnie dokończył studia. R się śmieje, lekko irytuje, przekomarzamy się, śmiejemy dalej. Ale czasem myślę, że naprawdę powinnam tak zrobić. Żeby tym razem wszystko się udało.

     Poza tym.. Widzę jednak przed nami niezły kawałek czasu zanim to się stanie. I znowu coś mnie bierze. Nagle załamuje mnie, że zaraz będą Mikołajki i będę znów odwiedzać z zabawkami chrześniaków. Oglądam ofertę świetnej wycieczki z pracy, którą moja szefowa wymyśliła po wyjazdach ze mną, tak bardzo nam się pewien kraj spodobał. Termin jest na przyszły rok, ale już trwają zapisy, żeby rezerwacja była jak najtańsza. Kiedyś byłabym pierwsza na liście, teraz czuję, że się nie zapiszę. Dlaczego?

     O tym wkrótce.

    

22:19, confetti
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 03 listopada 2014
California nation

     A z trzeciej strony.. na serio wierzę, że nie mam jeszcze/już obsesji na punkcie posiadania potomka. Prawda? ;)

     Ostatnio zwróciła się do mnie dyrekcja miejscowego Domu Dziecka z prośbą o tłumaczenie podczas wizyty delegacji ze Stanów. Nie wiem, czemu akurat poprosili właśnie mnie, jest tylu innych anglistów.. A ja jestem taka niereprezentacyjna i chaotyczna, uważam. Jednak nawet nie próbowałam odmawiać, choć mogłabym, bo pora była lekcyjna = łatwo mogłabym się wykręcić, ale akurat miałam wolne te parę godzin to uznałam, że pójdę.

     W ogóle nie myślałam o tym jako o bolesnej dla mnie historii spotkania grupy sierot i załapania fazy z tej okazji. A nawet Lina po wszystkim delikatnie pytała mnie jak zniosłam to pod względem wyostrzonych ostatnio macierzyńskich pragnień. Zniosłam bardzo dobrze, bo na początku byłam zestresowana czekając na delegację. Rozmawiając z opiekunką przychodziły mi bowiem do głowy słówka jakich na pewno nie znam i nerwowo pisałam pod stołem smsy do anglistek z prośbą o podpowiedź. Kątem oka rozglądałam się po sali z kilkoma dziećmi w wieku szkolnym, nawet ponadgimnazjalnym, bez kręcących się maluchów. Zauważyłam, że przez cały czas wpatrywała się we mnie jedna nastolatka przycupnięta z poduszką na kanapie na przeciwko i tylko wtedy czułam się trochę nieswojo.

     W końcu weszła brygada Amerikanos jak z filmu, stereotypowo dużych, okrągłych, wesołych i wyluzowanych panów z Florydy albo Kalifornii, z którymi cała rozmowa potoczyła się tak wybornie, że byłam zadowolona jak rzadko kiedy. Z doboru słówek, reflexu, płynności i pewności siebie, a nie zawsze tak mam w tłumaczeniach symultanicznych, hehe.. Panowie (sprawdzone i uznane towarzystwo znane w regionie) chcą długofalowo wspierać dzieciaki, dlatego na koniec dyrekcja dziękując mi nawet nie pytała, czy jeszcze kiedyś zechcę pomóc. Po prostu stwierdzili, że w razie czego od razu do mnie zadzwonią. To miło. Już na początku pytali, ile chcę za usługę, ale nie wzięłam oczywiście żadnych pieniędzy.

     Wróciłam pogodna i spełniona. Nie utrudnił mi co prawda nikt tego występu tak jak kiedyś, gdy na wolontariacie przyczepił mi się mocno do nogi jakiś mały chłopiec i wystraszona nie mogłam go odlepić. Ale i wtedy dałabym radę. Tak uważam.

     Tak.


21:35, confetti
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 października 2014
po nitce do kłębka


     Ostatnio przemogłam się i wrzuciłam w google hasło: kompulsywne drapanie skóry. Problem istnieje, bo skoro można go odnaleźć w necie to nie jest odosobnionym zboczeniem. Choć wrzucany jest do jednego worka z innymi natręctwami i nerwicowatymi problemami typu anorexia, bulimia, itd. Zwalcza się to oczywiście terapiami, hipnozą lub psychotropami.

     Czyli już tego nie pokonam. To obecnie jedyny mój sposób na odreagowanie nerwów, stresów, lęków i samotności. Nie piję, nie palę, nie objadam się, nie głodzę, nie wymiotuję, nałogowo nie kupuję, nie obgryzam paznokci, nie uprawiam sportów, hazardu, roślin, sexu, chorobliwej pedanterii, nie oglądam pornografii, nie szukam zawodowych projektów, klientów, sadystów i masochistów, nigdzie już nie latam, nie wywalam na zewnątrz swoich emocji, nic. Nie potrzebuję nic takiego.

     Potrzebuję czasem się rozdrapać, zaboleć, naderwać trochę swoją skórę, rozłupać starsze czy świeże strupy, wpić się we własne mięso, wydłubać sobie ciepłą śliską żyłę, wyłuskać ją, wyciągnąć na wierzch, nawinąć ciasno kilka razy na długi palec.

      I mocno pociągnąć.

    

00:26, confetti
Link
sobota, 25 października 2014
na nowo o tym samym


     Fale tych myśli dopadły mnie ostatnio ze zdwojoną mocą. Zapewne przez tę laskę z pracy w ciąży masującą się po brzuchu. Przez Barbie, która po latach samotności trafiła na swego (w necie ofkors) faceta-męża i ma śliczną córeczkę. Niezmiennie przez siostrzeńca - Piotrusia, który myślałam, że im starszy to mniej będzie mnie rozczulał, a jest dokładnie odwrotnie. Jako 3,5latek poszedł właśnie do przedszkola. I regularnie sadzi takie texty, że paść z ubawu można. Typu:

- tu napisałem, że kocham babcię
- kochasz babcię? - teraz nie, bo jestem zajęty
- ciocia, w kościółku trzeba być cichym parowozem
- co mówisz? pyta go siostra. - nie wiem, mówię po angielsku
- mama, patrz jaki cwaniak idzie (oglądając teledysk z Davem Gahanem)
- beng bing benc - tzn angry birds.

     I setki innych.

     Dziecko to nie ubaw, wmawiam sobie. To nie opcja na zmianę życiu, to życiowy przełom i zobowiązanie. Do tego trzeba mieć umysł jasny, zdrowy, masę energii, siły i przekonania każdego jednego dnia. Warunki finansowe, organizacyjne, auto, wsparcie i moc. Nie przekonują mnie więc hasła o Kożuchowskiej, obecnie ikonie dojrzałych matek, że można i w takim wieku. Nie wzruszają historie dzielnych kobiet rodzących w czasie wojen, katastrof i powstania warszawskiego. Że widać można i tak. W luxusie i u szczytu sławy. W beznadziei i bez grosza. Skoro i tak najbardziej obawiałabym się swej wychowawczej (mimo branży) niemocy, wiekowej bezsiły, braku werwy i polotu. Zbyt miałka czuję się na takie wyzwanie. Jak ulepienie człowieka na swoje podobieństwo i bezwarunkowe go pokochanie. To z jednej strony.

     A z drugiej.. Tak bardzo znów za mną temat chodzi. Tak mnie zdumiało, że owa laska z pracy (choć nigdy nie uchodziła za typ rodzinny) postanowiła sama zmierzyć się z zadaniem, odcięła się od ojca dziecka, nie chce nawet jego alimentów ani kontaktów, ale maleństwo bardzo pokochała. Dużo o tym rozmyślałam. Że można i samej, bez wsparcia i miłości faceta. I czym jest miłość faceta jeśli nie powinno się z niej począć nic z racjonalnych względów? Jeśli ciężko przyszłościowo jednak myśleć o życiu z danym facetem? Czy miłość serio jest ponad wszystko i czy dzięki niej można/warto dzieci rodzić w każdej sytuacji i wieku? Albo czy wybierając daną miłość warto decydować się, że z Nim nie urodzę? Bo na Niego muszę za długo czekać. Bo ciężko powiedzieć cóż by się wylęgło z mieszanki subtelnej romantyczki i awanturnika.. Takie miałam myśli w głowie wracając z widzenia nr 5..

     Finansowo niczego w życiu nie dorobiłam się z wyjątkiem małego mieszkanka i garści oszczędności. MissyS spłaca długi po rozwodzie i mieszka wynajętej dziupli, Lina mieszka z uczniem i spłaca ogromny kredyt na spółkę z porzuconym mężem, każdej brakuje do pierwszego, liczą każdą złotówką. Obie bezskutecznie czekają na ciąże, ale gdyby doczekały się - przyjmą je z największą radością. Ja w zasadzie nie powinnam o tym myśleć, nie mam nawet partnera przy sobie. Ale kiedy Piotruś uśmiecha się, rozkłada ręce, rozpędza się i wymijając mnie biegnie do siostry. Ściskam palcami uda, wbijam paznokcie w udzie mięso, 3cm głęboko w słodką, ciepłą maź. Dopiero kiedy mnie tak boli, jestem w stanie na chwilę żal ukoić.

     O kompulsywnym rozdrapywaniu siebie więcej - niedługo.

 

18:00, confetti
Link
wtorek, 21 października 2014
widzenie nr 5


     Spotkanie z Rafikiem bardzo pokrzepiające i radosne. Dwie godziny śmiechu non stop, cieszymy się sobą, żartujemy z drobnych i poważnych spraw, z siebie nawzajem. Rafik zajął nam miejsce w samym rogu dużej, ale dusznej bo pełnej stolików i ludzi sali, wcisnął mnie w sam kąt, odciął sobą na moment od rzeczywistości siadając mnie naprzeciw. Choć i tak czasem zaglądałam zza jego szerokich ramion na resztę osób. I widziałam tłum pochłonięty rozmowami, skupiony na sobie, ale nikt tam nie zachowywał się jak my, dwoje wariatów. Nikt też na nas nie patrzył. Ukradkiem obłapialiśmy się co rusz, R szeptał mi do ucha swoje niecne pomysły, chwytał lekko za włosy, nagle całował w rękę, raz kąsał, raz przygryzał palce lub biodra mi masował, ja go przydrapywałam, muskałam czy też wpijałam rękę w tors. Czasami, bo generalnie siedziałam spokojna i za wszelką cenę nieprowokująca.. Raz, że nie chciałam go nakręcić i zostawić, dwa, bo od kiedy pracuję to po wakacjach zanikło mi libido, a trzy.. nie chcę produkować z nim fantazji bez pokrycia, bo żyjąc głównie w celibacie zdolności moje są skromne. Ale nie wiem, czy mi się to udało, heh.

      Jak wspominałam, widać, że Rafik odżył na lżejszym oddziale.. W normalnych ciuchach wyglądał jak chłopak z sąsiedztwa, b korzystnie i swojsko. A nie zawsze wydawał mi się na P1 tak apetyczny.. Bo na serio nie jestem dewiantką, którą kręcą zielone ludziki, a w takim uniformie do tej pory na zamkniętym chodził. I łapałam się na tym, że mnie to wręcz odpychało. Poza tym, że bezgranicznie smuciło.

     To spotkanie było tylko i wyłącznie pogodne. Na początku dostałam od niego drobny prezencik z okazji niedawnych urodzin: artystyczno-praktyczny wytwór sztuki więziennej, heh, na pewno oryginalna pamiątka. Nie tyle wytworzona co zakupiona przez zainteresowanego, bo R artystą nie jest, ale i tak miło. R na serio zna dobre maniery, dzwonił przed czy jadę, dzwonił do mnie po spotkaniu jak powrót. Nie siada zanim nie usiądę. W ogóle nie przeklina. Dopytuje się o wszystko, dobrze pamięta moje słowa. To co mu opowiadam o życiu, czego się dowiedziałam o studiach itd. Ale na szczęście nie ma jakiejś chorobliwej, uciążliwej hiperpamięci, dużo rzeczy mu też umyka. Co mogę mu słodko przypomnieć lub wypomnieć, heh.

     I zapewnia masę razy o swoich uczuciach. Nigdy w życiu nie słyszałam tyle razy tych słów, takich słów.. Które bynajmniej nie tracą swej mocy, a co dnia jej nabierają. I tak bardzo dodają siły w pędzie i szaleństwie życia, a wspominane wieczorem niosą spokojny sen. Bo gdzieś tam w głębi ducha, serca i ciała, w ich miąższu lub też środku pestki mojego ja czuję się ponad wszelkie przeciwności spokojna. Że nie ominęła mnie miłość, tylko tyle zawsze chciałam - nie przegapić jej, móc jej doświadczyć. Przeczuwałam, że nie będzie to uczucie typowe, podejrzewałam, że może być to pokręcone, obawiałam się, że wybranek będzie może żonaty, może małolat lub starzec albo ksiądz, haha, a to tylko osadzony.

     Kiedy mamy te krótkie 2godziny On nie odrywa ode mnie oczu i jakby prześwietla całą na wylot. Uwielbia patrzeć mi w oczy, wpatrywać się w moją skórę, tak jakby nigdy wcześniej jej nie widział, patrzy na krostki, zadrapania, znamiona, ślady po bliznach, szuka włosów na ubraniu i niewidzialnego gwiezdnego pyłu.

      Jakby w odpowiedzi na moje czasem zadumania nad kwestiami finansowymi (o których przecież mu nie mówiłam) R proponuje dzielić się doładowaniami karty telefonicznej po połowie i wyjątkowo małe zamawia zakupy w kantynie. I rzeczywiście, zawsze to jakiś mały oddech w tym względzie. R może zgodnie z ustawą zarobić połowę najniższej krajowej, z tego i odkłada i kupuje podstawowe produkty. Nie wydaje przy tym na dodatkowe jedzenie, bo.. ok, zdradzę to, pracuje w kuchni. Mimo iż nie jest to łatwa fucha (wstaje np o 3ej w nocy, produkuje hurtowo wielkie ilości potraw, itd) to R bardzo się tam odnajduje, umie i lubi gotować, bo jak mówi ma do tego smykałkę, oj czuję, że większą niż ja. Przy okazji podjada sobie bardziej wartościowe dania przeznaczone dla rezydentów na tzw diecie - np udka, pierogi czy inne kotlety. Nie pali, więc nie puszcza kasy z dymem, nie bierze narkotyków czy pigułek na budowanie masy. Być może nie wydaje też dużo na prostytutki, ale tego już nie wiem ;) Ok, wiem, że nie.

     Poza żartami i mizianiami rozmawialiśmy też o wizycie jego brata, który będzie mógł załatwić Rafikowi na Wyspach pracę. Nie jest tam już tak łatwo jak kiedyś, ale niby za poleceniem i po znajomości nadal to dla niego większe i lepsze możliwości niż u nas gdzie na starcie wykluczają go zaświadczenia o niekaralności, a tam nie ma tego problemu. Rafik widzi w tym wielką dla siebie szansę, ale bierze to pod uwagę tylko jeśli wyjedziemy razem. I nie na zasadzie, że znam język = miałabym mu pomagać i torować drogę, nie. Nie mam tam akurat wielu kontaktów i znajomych. Jestem pewna, że R mając tam nie tylko brata, ale i siostrę z ich polskimi rodzinami, będąc bystry i spragniony uczciwego życia świetnie sobie i solo poradzi. Nie chciałby jednakże, byśmy się kiedykolwiek rozstawali. Dla mnie to kwestia jednak do przemyślenia, o czym napiszę osobno.

     Czas widzenia minął jak zawsze za szybko. Uściskaliśmy się i gruby klawisz wyprowadził ekipę osadzonych, a rodziny czekały aż panów odstawi na oddział, po czym wrócił po nas i przeprowadził do bramy przez cały prawie zewnętrzny teren zakładu. Jak już mówiłam, ośrodek ten wygląda naprawdę bardzo przyjaźnie. Niczym studencki kampus z nowocześnie wymalowanymi blokami, pomiędzy którymi ciągną się zadbane tereny zielone, krzewy, trawniki, kwitnące malwy.. Z tym tylko wyjątkiem, że wszędzie kraty, druty i zasieki. I taki okropny dźwięk krótkofalówek. Szliśmy więc pokornie za panem klawiszem i nagle gdzieś z góry swoje imię słyszę, tę jego formę moją najulubieńszą.. I widzę, że Rafik macha mi już ze swojego okna przez kraty.. Odmachiwałam mu do końca, póki nie straciłam go z oczu.

      Żal powinnam czuć okrutny.. Jednak (o dziwo) wtedy i wiele jeszcze dni potem niosła mnie ciepła energia radości, wiary i nadziei, że wszystko jest dobrze, a musi być tylko lepiej.

     Jedna myśl ściskała mi gardło, ale o tym wkrótce.


20:02, confetti
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 69