Let me take you on a trip ...
niedziela, 08 listopada 2009
szansa na sukces

   Nie znam niezawodnego sposobu na sukces, ale znam sposób na nieuchronną porażkę - starać się każdemu dogodzić

  Platon

---
    z księgi Gute Madchen Kommen in den Himmel .. - recenzja wkrótce
sobota, 07 listopada 2009
folia

     
Mimo napiętego grafiku (z sobotą włącznie) ostał mi się jeden dzień, w który mam malutko zajęć = tylko wtedy robię dłuższy wypad na zakupy, załatwianie spraw i spacer w jednym. Czekam na ten moment cały tydzień: gdy wreszcie to ja szybciej wychodzę z młyna niż inni i z ulgą zajmuję się swoim życiem. Od jakiegoś jednak czasu Szeryf zaczął mi burzyć ten piękny zwyczaj uciążliwymi zastępstwami za notorycznie nieobecną laskę z naszego zespołu. Nie wiem co jej jest, czy dzieciak choruje, mąż, ona czy kanarek, nie obchodzi mnie to, a może powinno, skoro co drugi tydzień dostają mi się takie gratisy. Jedną godzinę dłużej zostać, ooook, z bólem ale jeszcze mogę, świnia nie będę, jednak ostatnio Sz. zaczął mi serwować zajęcia do końca dnia i to z oknami włącznie, co jest dla mnie szczytem nieelegancji z jego str! Ale kto by się tam elegancją w kombinacie przejmował. Widocznie doliczył się, że uczniom za dużo godzin ucieka i na siłę zaczął wciskać je innym. Ok, wszystko zrozumiem, zostanę ze swoimi klasami (poszlifujemy do maturki), ale nie mam żadnego interesu w tym, by nadrabiać czyjeś zaległości. W mój dzień święty, jedyny, gdy mam już w głowie trasę szopingu obmyśloną i działanie zaplanowane. Zrozumiem nawet to, jak dowiem się o tym choćby dzień wcześniej, nie na długiej przerwie = tuż przed. Nie chodzi o przygotowanie, rozkład lekcji znam na pamięć i mogę jechać z koksem jak stoję, ale .. nie w mój dzień, nie w ten.

     Raz już wyłgałam się ukradkiem, w tym tygodniu patrzę - znowu ten sam schemat - znienacka, z okienkiem, do końca zajęć, grr! Zagotowało się we mnie, bo musiałam uderzyć do centrum w trybie pilnym, m. in. .. odesłać torebkę z allegro. Kupiłam ją na książki i .. okazała się za malutka na to, co z sobą każdego dnia targam. Bulwers mnie złapał niepospolity. Ooo, minął bezpowrotnie czas poświęceń dla firmy, biegania Confetti na każde podłe zawołanie! Zostałam godzinę, ok, niech stracę (mimo, że zast są płatne, ale o kasie zarabianej w szkole nie rozmawiam), potem ruszyłam do sekretariatu, lecz żadnego z szefów nie było, nakłamałam coś sekretarce o wizycie u lekarza i po prostu wyszłam. Kazała mi później dzwonić do szefa, dzwoniłam już z domu i dwa razy usłyszałam, ze zajęty = wypaliłam, żeby mu przekazano, że nie przyjmuję dziś tych godzin, nie że proszę by mi je odpuszczono. Dobry pracownik to asertywny pracownik = nie można se pozwolić, by zawalano nas dodatkową, niepotrzebną robotą. Żadnego uznania za to i tak nie zdobedę, a wykorzystać się nie dam.

     Do miasta szłam jednak wkurzona i .. pełna winy za cały manewr. A co będzie, gdy naprawdę będę potrzebować wolnego? Kolejny raz już mi się nie uda .. Ale czy nie mam prawa mieć wizyt/wyjazdów itp na kilka godzin po planowych zajęciach? Mam święte prawo. I nie będę wyrabiać godzin faworyt Szeryfa, z którym jest ona nieprzyzwoicie skumana. = I tak nic jej się nie stanie, klasy ma zawsze najlepsze, zdadzą każdy exam z palcem w nosie, nie to co moje nieboraki.

     Torebkę odesłałam, byłam w mieszkaniu i pobliskim fajnym second-handzie. Specjalnie nigdy bym się tam nie fatygowała, ale skoro jest rzut beretem od dziupli - często zaglądam. Tego dnia trafiłam na dostawę i wyjątkowo cudne sweterki prosto z manekinów = świetne, nowe i stylowe. Nie wzięłam ich na zasadzie nagrody czy pocieszenia po nerwach, po prostu były śliczne i każdy leżał jak ulał. Parę godzin później na pewno nie byłoby po nich śladu! Potem weszłam z kolei do ulubionego drogiego sklepu - z gadżetami do domu i nie tylko (typu poduszki, świece, lustra, doniczki), bizuterią itp, a wszystko piękne i wysmakowane, zero tandety, co widać po cenach, ale rzeczy są ich warte. No i torebka mi się trafiła dokładnie taka jak chciałam, duża ale nie typu worek, gustowna, świetnie wykończona, żadna chińszczyna jaką właśnie odesłałam. Snobka nie jestem, zatrzymałabym ją, tyle że po co mi torba ledwie na jedną książkę. A w sumie niewiele tańsza była od tej ze sklepu. Hmm, podjarałam się tą torbą, choć.. jak mam coś tak pięknego i nowego .. to mam opory, by ją od razu użyć! Serio! Taki syndrom nierozfoliowanej kanapy, na której niektórzy potrafią siedzieć, jak to mówią, hehe. Torba taka ładna, że szkoda mi ją zafajdać kredą :( I chyba dlatego ostatnio lubię lumpexy - ubrania nie są najnowsze = noszę je bez wyrzutów. Nie tak jak np buty, które kupuję bez wzgl na cenę, bo są piękne, wysokie, sexowne i .. b rzadko je noszę, 3mam w pudłach. Kupuję, żeby żadna inna kobieta nie miała szansy ich ubrać. A mnie się wydaje, że na nie nie zasługuję, bo są takie piękne i nowe = niech sobie leżą. Pogrzana jestem, prawda?

     Na drugi dzień przychodzę do firmy, zdygana, czy mnie Szeryf zaraz na dywan nie poprosi i widzę zastępstwa owej laski przekreślone tj. odwołane = ta se siedzi jakby nic!! Miała być na L4, a nagle wyzdrowiała?! Pandemie szaleją, a ta proszę - zuch kobieta. Czy też .. doszły do niej słuchy, że nie chcemy brać jej zajęć? Bo innej girl też tak dorzucili lekcji jak mnie. Można jednak wyzdrowieć wcześniej :))

     Chcieć to móc - zawsze to powtarzam swoim podopiecznym.
22:21, confetti
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 listopada 2009
niesławna czarna marynarka

szesnasta trzydzieści, listopad, więc chłodno
nie czytam nie piszę już wierszy bo po co
choć u nas ciut cieplej, na placu krakowskim
wybrzmiały w niedzielę standarty z epoki

(podobno w posadach mocnych mu świat
nie chwiał się więcej? o dioptrię mocniejsze
szkła; ma czyste ręce)

a wiersz znam, to nie elegia czy hymn, gdy
różnicą jest rym, nie rozpada się świat,
bo nie składa się z kart.

bo na kartkach układasz się w świata objęciach
i wierz mi, już nigdy nie będziesz piękniejsza
pociągi odchodzą tak samo pośpiesznie i nic
ci się nie rwie jak nić dziś na wietrze

(więc nie myśl źle, że się pruje ten ścieg ta
pieśń, błąd w niej na dnie już tkwił, za
nim ja i z nim ty)

zły czar prysł z dotknięciem jesieni, ten peron
jak jej podorędzie, knebluje mnie szczerość
więc baw się za nas dwie na balu do lata, nim
wyjdziesz na własne milczenie w erratach

a wiersz, no cóż, publikuj i już, kto wie, noty
złe zetnie jak sierp, mróz, twoich ust ima
się rytm. bo miał być luz-gruz, i jest;

wpadnij kiedyś z nim na mnie, jakiś majowy
dzień, odświeżymy ciut wspomnień, nim
przymierzysz mój tren.

a wiersz znam, to nie elegia czy hymn, gdy
rozpada się świat - ciało składa się z kart,
i mniej dba niż o rym.

----

marta podgórnik

wtorek, 03 listopada 2009
fifteen

     Uczeń przeczytał książkę liczącą 480 stron, przy czym każdego dnia czytał jednakową liczbę str. Gdyby każdego dnia czytał o 8str więcej, to przeczytałby ją o 3 dni wcześniej. Oblicz, ile dni uczeń czytał książkę.

     Matematyka, fizyka i chemia były zmorą moich licealnych lat. I widzę, że nadal mam braki :) Zaintrygowało mnie to zadanie i z żalem stwierdziłam, że nie wiedziałabym jak to ugryźć. I z ulgą pomyślałam, że jak dobrze iż mam lata przedmiotów ścisłych za sobą i nie trafiłam na maturę z matmy! Myślenie nie szkodzi, ale mam uraz, bo "profesorowie" od ścisłych gnębili mnie okrutnie, a na humanistów trafiłam żenujących - nigdy nie mogłam się naprawdę wykazać, dowartościować i zmotywować, bo nawet profilu human u nas nie było. I cóż mi z tych lat nagonki, gdyby nie staż w skarbówce nigdy nie umiałabym obliczyć sobie pita - tak mało życiowe i przydatne były te łamigłówki. Urodzona humanistka, a od lat obliczam sobie podatki i ulgi = wszystkiego każdy może się nauczyć?

      Po pilnowaniu młodzieży na próbnej idę na lekcję z maturzystami i pełna współczucia cytuję to arcytrudne zadanie, a uczennice spokojnie ogłaszają wynik:

     - No jak to ile dni? Piętnaście!

     Jak one tam znalazły piętnaście:)??

  
19:27, confetti
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 listopada 2009
kto tam?

śpiewam Cię
smutek Twój
strach rozcieńczyć chcę
niosę Ci jeżyn kosz
na pociechę jedz
śpiewam czas
każdy dzień
co spopielił się
ziarna, te z których plon
marny, żaden był

chciałabym móc zanurzyć głowę
w strumieniu twojej świadomości
bezpowrotnie

chciałabym przez judasze oczu
twoich łagodnych
spojrzeć kto tam
kto jest w środku

śpiewam żal
ciężar słów
które więzi krtań
niosę Ci
świeży chleb
niosę wina łyk

chciałabym móc zanurzyć głowę
w strumieniu twojej świadomości
bezpowrotnie ...

     Oh, Nosowska jak coś napisze .. to aż ciary na plecach .. Singiel zwiastujący nową płytę. Słowa świetne, szkoda, że piosenka tak oszczędnie zaaranżowana, dorzuciłabym do niej wiecej basów, żeby zyskała na głębi, mocy, nie tylko tekstowo ale i muzycznie. Zdecydowanie brak tej melodii jakiegoś pazura i odjazdu, a szkoda, bo motyw refrenu jest piękny. Prawda?
niedziela, 01 listopada 2009
umarli z żywymi zasiadają do stołu

    

     I nagle po prostu przeszło mi - całe to bolesne zdumienie i rozgorycznie historią z Liną zwyczajnie ze mnie wyparowało. Po wieczorze kiedy przeczytałam od deski do deski kolejny numer Zwierciadła, wiecie, tego pisma, które zawsze bardzo mnie koi, reanimuje wewnętrznie, dodaje otuchy, wiary w siebie i świat dokoła. Niby nie było tam nic przełomowego, jak zwykle nawoływanie do świadomego życia, odpoczynku, jogi, medytacji, troski o siebie, nie było nic a propos zawiedzionej przyjaźni - ale dotarło do mnie, że jeśli nie pozbędę się tej zgryzoty, nie ruszę spokojnie dalej. Sama sobie dałam się zapędzić tą story w kozi róg i mogłabym się w nim udusić rozdrapując to nadal, cierpiąc i pomstując. A na co mi to! Lepiej mieć mniej ludzi obok siebie, ale niech będą to prawdziwi friends.

     I nie tak dawno miałam tego poruszający przykład - zmarł nagle tato Rity, mojej najlepszej friend z LO i siostry z Klanu, czyli grupki girls, z którymi ciągle żywo się 3mamy i wspieramy. Mimo nawału pracy bez wahania stawiłyśmy się na pogrzebie, jadąc na wioskę z różnych miejsc po to, by uścisnąć naszą sis, oh, wtuliłyśmy się w nią wszystkie bez zbędnych słów, a ona płakała i my z nią, i dziękowała nam zaskoczona, że nawet Katie dotarła z miasta X. Ale dla nas było oczywiste, że musimy być tam z nią. Szczególnie, że Ritka parę dni później wróciła do Londynu.. bo teraz tam rzucił ją los. Najszybciej będzie w kraju na wiosnę, więc kto wie kiedy się znów zobaczymy.. Rozstania, wyjazdy i zawirowania nie nadwątliły naszych relacji od ponad dekady. I wiem, że nasz Klan jest na zawsze.

     Ktoś powie, a może i z Liną się ułoży .. Wiem jak jest = wątpię, ale dłużej nie będę się tym przejmować. Jasne, że w normalnym, zabieganym życiu nie ma czasu na jogę i medytacje, ale zdrowy egoizm to podstawa, żeby nie zwariować – trzeba dbać o siebie, dogadzać sobie, głębiej oddychać, odrzucać złe emocje i ludzi, którzy psują nam charakter (to wyczytałam w mniej ambitnym piśmie, ale zgadzam się z B. Tyszkiewicz, bo to jej słowa). Odkryłam, że bez Liny mam o wiele więcej cennego czasu, bo:


-         nie tracę go na wysłuchiwanie jej narzekań i hipochondrii,

-         nie łażę bez celu po mieście by wydawać kasę na byle co (L. była totalną, nałogową zakupocholiczką, co sama przyznała),

-         nie słyszę nic o jej szałowym mieszkaniu (tak, mogłam mieć chwile zazdrości, ale nigdy jej nie okazałam, zawsze ją wspierałam, miałam nawet zaprowadzić ją do innej znajomej, by obejrzała ciekawe aranżacje wnętrz – durna ja),

-         nie wydaję masy kasy na esemesy o niczym = same korzyści!

 

      Są tygodnie, że gdy nie spotykam się z Melią czy Martiką – poza uczniami+ludźmi z pracy rozmawiam tylko z własną matulą, ale .. wolę to od intensywnych ale obłudnych układów. Podobnie z facetami: Matt zniknął z pola mego zainteresowania, (jak sądzę i Anja na wycieczce nie dała rady go zniewolić, ale nie moja to broszka), Jana odprawiłam i mam spokój, nie męczy mnie, nie urabia tylko po to, by się zabawić na weekend. Piszę jedynie z Tedim i ostatnio z kucharzem z Serbii, bo mnie zagadał, hehe. Wyluzowałam i chcę w spokoju dotrzeć do końca roku. Będzie różnie, bo Święta są trudne, bo wybieramy się z pracy na wycieczkę, na której będę wędrować pewnie tylko z Anją, bo Lina, Miss S z mężami nawet na mnie nie spojrzą, ale mam to w zupie.

 

     Odzyskałam dawne siły, równowagę i nic mnie już nie zdołuje. Na pewno nie listopad, bo uwielbiam szare, zimne dni, ostre powietrze, bajecznie dłuugie wieczory przy świeczkach = łatwiej zmusić się do wieczornej pracy = mam więcej czasu na książkę, film, kawę na mieście. Planuję imprezę dla girls z Klanu, bo czuję, że moja kolej, znowu myślę o meblach do mieszkania, odnawiam zawartość garderoby, by lepiej wyglądać (by nigdy nie ubierać się tak kiczowato jak Lina, blee) i właściwie czemu nie miałabym zacząć ćwiczyć? Może nie jogę, ale proste ćwiczenia, bo nie mieszczę się w co drugie spodnie! Kupiłam sobie nawet balsam rzeźbiący vichy lipometric – nie wiem, czy już coś wyrzeźbił, ale wygładził uda znakomicie.

 

     Jasne, że nie muszę nic nikomu udowadniać. Ale pewnie gdzieś, między wierszami ciągle to robię. Najważniejsze, że nie jest to sensem mego życia. Czasem czuję, że sensu w moim życiu jest bardzo niewiele. Ale nie to jest teraz najważniejsze.



---

tytuł notki: z wiersza J. Hordyńskiego

 

 

17:57, confetti
Link Komentarze (5) »
niedziela, 25 października 2009
sooner or later

     Aktualnie z Janem nie kontaktuję się już - taki drobny update. Bo koleś taki, że notorycznie się obraża, potem jak mu smutno i samotno odzywa się jakby nic po tygodniu ciszy, przeprasza, podbiera w stylu zasługujesz na lepszego, ja to chuj, i tak się składa, że biorą go takie reflexje tuż przed weekendem, który skromnie bo skromnie ale mam już zaplanowany+nie będę biegać na każde zawołanie Pana Nadąsanego = odpisuję ale zdawkowo, ten wydzwania, zachęca i dziwi się, że nie wykazuję należytego entuzjazmu, a mnie to po prostu lata. Nuda, zieeew, nuda nic innego. Zarzuca mi, że nie łapię jego żartów (patrz - jego ordynarne esy), a gdy ja zażartuję (kulturalnie i na swój temat) nadyma się jak ropucha i milknie jak teraz. Dzieciak nie facet, wszystko na ten temat. Co nie oznacza, że jak się znowu odezwie to nie odpiszę mu.

     Weekendy mam teraz takie, że nie wiem kto/co mogłoby mnie wywlec z domu, bo pracuję w szkole zaocznej w soboty do 15tej.. Niby ok, kasa leci na konto, osoby słabiutkie, ale starają się i zajęcia płyną mi b. szybko, ale zanim wrócę, zjem coś, robi się 16ta = odsypiam wypalona poranek i intensywną pracę, wstaję, sprzątam i robi się wieczór, w który mam tylko siłę poczytać, obejrzeć coś i po sobocie! A w niedzielę po południu też robota w papierach = nie mam już dnia na reset psychiczny. Nie powinnam marudzić, nie tylko ja tak pracuję, ale tak się składa, że to ja ciągle mam zajęcia do końca w sobotę, nie w piątek po południu - taki rarytas (odwalenie koksu i praktycznie wolny weekend) trafia się najstarszym i ustawionym z grona - niedawno młode girls z soboty objawiły mi tę podejrzaną zasadę. Układy śmierdzą na odległość i wkurfia mnie to na max, bo pewnie o mojej porze pracy zadecydowała zasada - młoda, samotna, dyspozycyjna, a co tam - niech ma co robić w weekend! Jeszcze by jej się z nudów np randek zachciało, a tak - w tyłku jej się nie przewróci. Tak oto zostałam przygwożdżona do tej roboty, do tej wioski i sytuacji na dobre. Nie mam pytań.

     Ale prędzej czy później - odbiję to sobie.

    
14:59, confetti
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 października 2009
żarty na bok

     
Impreza branżowa z okazji dnia edu wielka i z rozmachem, w najnowszej restauracji w mieście, z rekordową więc liczbą uczestników, brakowało jednak Anji i Matta gdyż byli na wspomnianym wyjeździe. Brakowało mi ich mocno.


     Jej, bo od czasu afery z Liną czuję się fatalnie i akurat Anja., A, której oczy chciałam za Matta wydrapać, ona mnie teraz wspiera, pierwsza pamiętała o moich urodzinach itp. Niby jak zawsze, ale inne dziewczyny mam wrażenie odsunęły się ode mnie. Miss S (już nie panna, ale niech będzie nik jak był) na pewno.. Wiedziałam, że tak będzie, Lina przyssała się doń i odcięła mi drogę. W ogóle zaczęła się nagle teraz wielce integrować z innymi girls, do których jak ją kiedyś wyciągałam na spotkania, to zawsze była chora, zmęczona lub oprzątała męża. Wtedy je przy mnie objeżdżała, obłudna lisica .. Siedzę więc i patrzę na to z boku i .. i niby duszę w sobie drwiący śmiech, a tak naprawdę mnie trafia. Ja zawsze miałam z resztą girls lichy kontakt, przez tę pseudo mega przyjaźń z nią, przez wrodzony autyzm (ukłony do Dormezy), osobność i choćby z głupiego powodu, że pracuję w innym budynku i zanim przybędę na lancz to nie mam gdzie już usiąść i z kim, co też mnie wkurza, bo przecie buc nie jestem, lubię ludzi i potrzebuję ich, bardzo. Ale dziewczyny już szczelnie oblegają stoły, rozmawiają, śmieją się, Lina między nimi .. więc trochę pokręcę się, wymieniam dziennik i jak nie ma miejsca to po prostu wracam do swojej pracowni. Może one nie traktują mnie inaczej, może to mnie zmieniła się perspektywa, zrobiła się pewna luka. Szlag mnie trafia, że to ja (naj)więcej straciłam na tej chorej sytuacji, ciągle nie mogę tego pojąć+się z tym pogodzić, ale nie mogę też już nic zrobić, nic.


     Tak mnie to ciągle boli, że nawet miałam olać tę wielką imprezę. Ale ale, pomyślałam sobie, odpuszczać po raz kolejny? Przez jedną pindę?? Zabawę, która mi się ustawowo należy? O nie. Ubrałam się super modnie i poszłam, choć wiedziałam, że letko nie będzie. I nie było, bo by nie siedzieć blisko L utknęłam z przypadkowymi, męczącymi osobami, dalej od girls, z którymi zwykle się bawiłam. Czyli – dałam się zepchnąć na boczny tor, usunęłam się, ja, którą to L przecież naskoczyła i zrobiła awanturę o nic, a ona sama w najlepsze obraca się w towarzystwie, byle tylko zrobić mi na złość. Co z tego, że dwie inne babki z naszego zespołu wzięły moją str, na imprezie prawie ich nie było, wpadły i wypadły, bo mają dzieci = nie miałam się do kogo podłączyć. Oooo, dosyć już tego, postanowiłam po zabawie, muszę coś z tym zrobić, przede wszystkim muszę porozmawiać z Miss S, a potem z innymi girls, nie mogę oddawać pola jak ten ćmok, szczególnie, że niczym nie zawiniłam! Myślałam, że takie odpuszczenie będzie wyrazem dojrzałości i klasy większej niż chore wyczyny Liny, a tu .. Czuję, że obrywam na całej linii za coś, czego przecież nie zrobiłam!


     Eee tam, powiecie, kto ją tam wie jaka jest prawda i której z nas wierzyć w tej historii.. Jest tak jak Confetti pisze, a może zupełnie odwrotnie? Robi z siebie ofiarę, bo lubi być ofiarą, lubi jak się ją czasem ukarze... = jak jej wierzyć? Serio, wolałabym być winna, przynajmniej wiedziałabym za co mi się dostaje.


     Aaach i jego mi na party brakowało, Matta, mojego niezawodnego nierealnego obiektu westchnień na baletach wszelkich! Taa! Żart. Nie dajcie się laseczki nabrać gdy tak piszę o nim.


     Jest gorzej – znowu kontaktuję się z Janem. I to nie żart :/

22:30, confetti
Link Komentarze (6) »
środa, 14 października 2009
wieje i rozwiewa mnie

     Krótko, bo mam wystylizowane długie paznokcie i ciężko mi kwieciście klikać.

     Wieje, leje, ziąb taki, że nosa nie wytknęłam dziś dalej niż na ganek a i to szybko i niechętnie, brr. Kiedy nie muszę wychodzić to b. lubię taką pogodę, obijam się po domu jak dziś, w dniu edukacji narodowej, kiedy to premier i ministrowie tradycyjnie obiecują nam dorodne gruchy na wierzbie, chodzę więc z kafką arabicą, herbatką liptona tropical fruit, czekoladą bakaliową w zębach, dogadzam sobie, zaokrąglam się i nie dbam o to. W wysokich górach pewnie piździ jak diabli, a i śnieg może sypnął. I w takie góry wybrała się właśnie moja friend Anja, pamiętacie, ta co ją ściągnęłam do swej firmy, ta co matulę ma nadopiekunczą, co dzwoni do niej na lanczu i pyta, jak tam Anju nie spociłaś się, nie jest ci zimno, przysięgam, sama słyszałam taką rozmowę, ta Anja spakowała się i pojechała młodzieży 24godz/dobę pilnować, bo innej babce się nie chciało jechać na wycieczkę, a Anji owszem tak, bez względu na to, że dziś wolne, że zimnica, że dziewczyna nie rusza się nigdzie bez mejkapu i prostownicy, a tam warunki pewnie spartańskie. Jaki powód?

     Anja w pracy nigdy się nie oszczędza, bardzo dba o swój wizerunek i uznanie uczniów, bardzo potrzebuje ich akceptacji, ćwiczy ich, a potem niby ukradkiem sama się chwali jak to ją uwielbiają, ano kupują te jej tanie gadki, ale czy aż tak lubią, różne słyszałam opinie, wiadomo, jak to w tej branży, ciągle występujesz, miewasz lepsze i gorsze dni = zawsze znajdzie się ktoś, kto cię obsmaruje, zawsze. Z tą klasą co pojechała od zawsze się jednak lubili, nie zaskoczyło mnie to ani trochę. I ja tam uczę, w zeszłym roku świetnie mi się z nimi pracowało, w tym już gorzej, nie spodziewałabym się, że mnie wyciągną, a i tak z lenistwa odmówiłabym, tak. He he, ładnie to o mnie świadczy i to w dniu edukacji, nie? Odmówiłabym czy nie? Bardzo jestem ciekawa.. Anja zgodziła się zapewne bo jednym w opiekunów okazał się także .. Matt. Tak, słyszałam od nich jego nazwisko, a potem jej, aż wreszcie zobaczyłam oba na naszej tablicy ogłoszeń duszpasterskich w składzie opiekunów i ... . I? Zabolało? Zakuło serce? Że moja niegdysiejsza obawa stała się faktem? Że nie po to ją tu ściągnęłam? Że właśnie ona, taka nudna i poprawna, że on? On czyli kto teraz dla mnie? Niby nikt a jednak? Że zazdrość? Jakim prawem, skoro miałam swoją szansę i nie umiałam jej wykorzystać, jak na rezolutną singielkę przystało? I skąd obawy, skoro z Anją nie da się normalnie od serca pogadać, potwierdzić, że pojechała tam przede wszystkim dla niego?


     Już kiedyś pisałam skąd to wiem, mam oczy, mam zmysł kobiety samotnej obserwującej rywalkę (ale to brzmi), ciężko A. przejrzeć, ale ja znam ją od lat. Wiem, że zaatakuje. Może nawet z zachętą reszty opiekunów i uczniów, którzy przecież tak ją lubią. I jego. = Para jak z żurnala, wspaniali profesorowie, oddani młodzieży, niech los ich połączy, niech wynagrodzi im smutki samotności zsyłając im wielką branżową miłość, ku zachwycie reszty grona i całego kombinatu. Ku uciesze tej zdrajczyni Liny, którą tak wtajemniczyłam w całą sprawę, a teraz głowę daję, sikałaby z radości widząc go z nią, a nie ze mną. Nie dlatego, że Anja doń lepiej pasuje czy coś, tylko dlatego, że to nie ja, a życzy mi teraz jak najgorzej, a za co – nadal nie wiem. Może ktoś faktycznie rzucił na mnie jakąś klątwę w tym roku? Taaa, jestem po prostu lipa kobieta, lipa pedagog, gdybym była tak znakomita jak Anja masowałabym teraz przy kominku zmarznięte dłonie Matta w schronisku młodzieżowym w Górach Wysokich, aaah.


     A tak siedzę sobie w domku, nikogo nie muszę masować, ale i pilnować (czy się nie napije, naćpa tudzież zajdzie w ciążę), Madonna śpiewa mi do ucha, za oknem deszcz i plucha, ciągle pada i wieje, a co w górach – dziś na to leję.



---

lech janerka - wieje



22:14, confetti
Link Komentarze (5) »
piątek, 09 października 2009
ile jaj ma prezydent usa / oba ma


     Zostałam. Całą noc, sama na poddaszu. Rano, zanim reszta rodziny obudziła się, T zawiózł mnie do hotelu i kazał tam czekać na siebie aż wróci. Niekoniecznie w szafie, hehe, nie, normalnie, w pokoju. Ale nie mogłam ani na moment go opuszczać, nie mogło mnie tam nie być gdy T. nagle się pojawi. Czekałam więc cały dzień, jestem bardzo dobra w czekaniu, wgapiałam się w tivi, godziny mijały, nie czułam głodu, senności, zmęczenia, odgłosy z korytarza nasilały się i słabły, w końcu zaczęło blednąć i jesienne słońce, wzięłam więc długą, parną kąpiel, wmasowałam w siebie najlepsze balsamy, położyłam się goła na wielkim łóżku i możliwe, że jednak przysnęłam.

     Obudził mnie dźwięk otwieranych drzwi, huk, trzask drzwi, który poderwał mnie i odruchowo zagonił do kąta. Siedziałam w nim skulona kolejną godzinę zanim T nieśpiesznie wykąpał się, nalał sobie rumu, zapalił. Tak czułam i słyszałam, nie patrzyłam w jego stronę. I nagle poderwał się z fotela, chwycił mnie za włosy i wyciągnął z kąta.


     Kątem oka widziałam w telewizji prezydenta i wydawało mi się, że był czarny, zawsze miałam gorące fantazje dot czarnoskórych panów, ale tamten w ogóle mi się nie podobał, przemawiał, bo dostał nagrodę nobla, zupełnie nie wiem za co, nasz wałęsa to rozumiem, ale ten? Nie mogę przypomnieć sobie ani jednej jego pokojowej zasługi, opowiedz mi o tym T, nie teraz później, wycedził, akurat pił moje soki, jadł moją clitoris, roztopił mnie, ukoił, chciałem cię sprawdzić pokazując ci swoją rodzinę, jesteś bardzo mocna good girl, ale wcale nie byłam dumna z tej siły, ukoił, roztopił, miał mnie taką jak chciał, na kolanach, na czworakach, na ziemi, twarzą do podłogi, ale nie byłam dumna ze swoich zasług, na ekranie tivi wywiady i oklaski, a kiedy ja odbiorę swoją nagrodę za moje starania i wysiłki, pomyślałam. Nagrodę niesexualną, zamyśliłam się na jej temat i mój pan się rozgniewał. Przestań się wreszcie gapić w ten telewizor, T. wyrwał nagle wtyczkę i prezydent zniknął.


   I usłyszałam świst kabla tuż nad moim uchem.
20:22, confetti , Fantasy
Link
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45