Let me take you on a trip ...
niedziela, 29 stycznia 2012
When he finished, there was nothing left


     Omówiwszy ostatnio te wszystkie swoje randkowe obawy .. jakby nigdy nic udałam się na spotkanie z kolejnym panem z neta. Z którym pisaliśmy raptem przez ferie, tyle, że intensywnie. Ale (z mojej przynajmniej strony) bez wczuwania się i wkręcania, więc jak zaczął drążyć temat spotkania to pomyślałam na luzie, co mi szkodzi, wpadnę potem w wir pracy i nie będzie czasu i sposobności, a nie ma co przedłużać słownej gry wstępnej też. Choć gość brzmiał czule ale rzeczowo, z bajerem nie przesadzał, a i - co rzadkie - w ogóle nie wyjeżdżał z aluzjami typu erotic. Ale nakręcony, zdaje mi się, był. Gdzieś między wierszami dała się odczuć wyraźna tęsknota, ale raczej za uczuciem niż szybkim numerkiem. Z tego względu doceniłam pana i przy okazji mego szopingu w mieście X. spontanicznie wyklarowała się szansa na prezentację stron.

     Kawaler bez zobowiązań, starszy ode mnie kilka lat. Zaproponował inną galerię niż ta, w której pół dnia buszowałam na wyprzedażach, ale ok, podjechałam na czas. I .. czekałam prawie bitą godzinę, bo "rozmowa u adwokata się przedłużyła". Po sklepach nie chciało mi się już łazić, więc po prostu siedziałam w hallu i gapiłam się na wędrujących ludzi. Kwadranse minęły z 3 akademickie, przykro mi się zrobiło, byłam wściekle głodna i już ruszyłam poszukiwać kfc, gdy mnie jeszcze złapał telefonicznie i zawróciłam. Usiedliśmy na kawę.

     Myślałam, że się jednak rozwodzi skoro biega po adwokatach. A ten szybko nadmienił, że pół roku siedział (oczywiście niesłusznie) w areszcie za jakieś biznesowe przekręty i nadal się oczyszcza z zarzutów - o ile dobrze zrozumiałam. Powinnam się była może wystraszyć, ale nadal wydawał mi się godny zaufania. Po czym mniemałam, to nie wiem. Typ więc pracoholika, inżynier podróżujący po całym świecie, mocno pewny siebie. Żeby nie powiedzieć za bardzo. Chwilami z gadki i akcentu przypominał mi jednego historyka, który zawsze i wszędzie i wszystko wie najlepiej. W pracy, jak sam mówił, furiacki jako szef, który lubi rozstawiać po kątach. Jakoś średnio nam się rozmawiało, pauzy były niezręczne. Choć odnaleźliśmy mimowolnie pewne podobieństwa i konwersacja ożywiała się. Np on sprzedaje dom i wraca do rodziny "bo źle samemu mieszkać" i wymyślił się dobudować przy rodzicach. Do których już praktycznie powrócił. Bo b dobrze się dogadują. Wypytywał mnie jakim cudem nie mam dzieci. Wyklepałam z twarzą typu poker face, że się nie ułożyło.  A on to by chciał mieć - nadawał - żałuje, że ich wcześniej nie narobił, ale teraz to w sumie nie spieszy mu się.

     Gościu wizualnie ok, ale myśl o prokreacji z nim mnie nie dopadła. Oczywiście starszy niż na fotce, typ nie dość że baryłka z brzuchem piwnym (lub panowie-też-bywają-w-ciąży) to niższy ode mnie o głowę. Czyli kolejny, który sobie wzrost w profilu zawyżył. Jak to jest, że panie wciąż sobie odejmują, a panowie dodają cm? Ustaliłyśmy tu kiedyś, drogie Siostry, że rozmiar MA znaczenie. Wzrost, mimo, że niska nie jestem, nie jest dla mnie istotny jeśli facet jest uczciwy i wartościowy. Ale po co te korekty wymiarów?? Gdybym miała choćby szpilki
5cm - musiałabym się do kolegi (idąc obok) schylać w rozmowie. Wszystko ok, ale po co ściemniał.

     Ok, mniejsza o to. Przenieśliśmy się na tortillę, a potem musiałam już się zbierać na pociąg. Załadował mnie do tramwaju, który właśnie nadjechał i nie zdążyliśmy się specjalnie pożegnać ani spotkania podsumować. Choć już wcześniej zapewniał, że chętnie by to powtórzył. Grzecznie zadzwonił, czy dojechałam na stację pkp, wymieniliśmy uprzejmości .. i tyle. Wieczorem już się nie odezwał. Bo niby miał iść na domówkę.

     Jedyne co od niego dziś tzn wczoraj odebrałam to jakieś uśmieszki i puk puk na mejlu i ni słowa więcej. = Nic nie odpisałam na to, bo co odpisać. Puk puk kto tam hipopotam?

     Najgorsze, że zupełnie nie pamiętam jego twarzy, głosu, nic dziś nie pamiętam. Choć piliśmy tylko latte i sok, nic mocniejszego ;)

     Może mi się to wszystko przyśniło?
    

-----

  fun lovin criminals - barry white


00:54, confetti
Link Komentarze (3) »
piątek, 27 stycznia 2012
budowy domu się nie zaczyna od dymu z komina - 2
     
    
      Zamiast zmienić kawalerkę w inwestycję i wynająć trzymam ją ch wie po co. Nigdy nie byłam i nie będę pedantką, zwykle mam uroczy chaos dokoła, ale mam też obciachowy syndrom tzw zafoliowanego pilota od tv. Są takie osoby, co jak coś kupią to używają w połowie nadal zapakowane albo całkiem. Albo nie używają wcale. Żeby się nie niszczyło. Mam tak często z ubraniami, butami, torebkami, kupię sobie i leżą z metkami na dnie szafy. I nie jest to defekt staropanieński, miałam tak zawsze. A kawalerka, co mi było żal wynająć odstawionej obcym ludziom, to szczyt perwery, rozpusty finansowej, że stoi pusta. Kiedyś tylko Melka ze szwagrem pomieszkiwali remontując swoje lokum, było kilka imprez i numerków z facetami i tyle, pomieszczenie nadal jak spod igły. Każdy mi trąbił, żeby wynająć, ale jak potem zobaczył, to mówił, że faktycznie szkoda.

     Choć po historii z Martiką ostatnio nękała mnie prośbą o wynajem .. Miss S. Odebrałam to jako nękanie, bo grunt jej się pod nogami palił, mąż się spakował, a ona pragnęła skonsumować swój związek z maturzystą, najlepiej poza domem jej rodziców. Nie piszę tego złośliwie, to obiektywne fakty, o których więcej kiedyś (chyba latem) opowiem, bo historia to pikantna. Ale mnie nieomal krew zalała, jak sobie wyobraziłam tego szczylka biegającego po moim mieszkaniu lub o ich pettingu na mojej kanapie. Molly miała podobną historię, wynajęła koleżance w tej samej sytuacji i potem.. zeznawała w sądzie w sprawie rozwodu. Miss S. prosiła mnie, błagała, nic. Znowu wystawiłam koleżankę w potrzebie. A to mieszkanie przeklęłam raz na zawsze.

     Beznadziejnie to rozegrałam, pod wynajem to trzeba było się nie wczuwać, odnowić byle jak i zbijać kasę. Za to chętnie sprzedałabym je bez żalu, byle zwróciły się władowane w to fundusze. Dziś w biurze nieruchomości dowiedziałam się, że nigdy ich nie odzyskam, za cenę którą wyszłabym na zero nikt go obecnie nie kupi. Czyli jakieś 40tys chuj strzelił. Ale też rynek zmienił się zupełnie, dokładnie o te 40tys taniej chodzą teraz mieszkania. W banku stwierdzili, że spokojnie mam zdolność kredytową i mogę sobie kolejny wziąć kredyt hipoteczny. Mogę więc naprawdę fajnego mieszkania szukać, a kawalerkę wynająć i odstępnym spłacać raty kredytu. Bo ponoć nieruchomość to ponoć nadal lepsza opcja niż lokata.

     Zainteresowałam się nagle tematem, bo ostatnio widziałam online ogłoszenie fajnego mieszkania na naszym osiedlu. Poszłam więc zrobić wywiad na czym stoję, czy już całkiem z torbami poszłam.

     Teoretycznie są szanse. Ale .. po tym niewypale z pierwszym mieszkaniem musiałabym się zdrowo zastanowić. Żeby drugie puste nie stało! Życie mam ciągle nieułożone, jakby nadal otwarte, pytanie czy zapuszczać tu korzenie kiedy wiem, że najlepiej dla mnie byłoby rzucić robotę i szukać szczęścia np w Paragwaju?


     Sprawa do solidnego przemyślenia :)



00:29, confetti
Link Komentarze (22) »
budowy domu się nie zaczyna od dymu z komina - 1


     Jest jeszcze jedna rzecz, która spędza mi sen z powiek - śmieszna historia z moim mieszkaniem. Tego tematu przynajmniej nie wałkuję na blogu wytrwale niczym ciasta na pierogi, bo wstyd po prostu. Pisać o kawalerce, którą sobie parę lat temu uroczyście zakupiłam, nigdy w niej nie zamieszkałam, nie wynajmowałam, a nagle mnie tknęło, że jestem na niej stratna. Takie rzeczy - tylko Confetti potrafi, hyhy.

     Dlaczego nie zamieszkałam - o tym już było. Bo akurat zmieniłam pracę, do której od starego domu mam rzut beretem (do obu firm jest b blisko), a tamto mieszkanie jest na drugim końcu miasta. Nigdy nie miałam go za docelowe, więc nie zmusiłam się, żeby się zakotwiczać i sama mieszkać w małym, nieustawnym pudełku, w klatce starszych, wścibskich sąsiadów a bez domofonu. Oczywiście gdybym musiała się wynieść z domu, to bym poszła, jednak na razie z bratkiem i ojcem znośnie się żyje, z mamą wyśmienicie, nigdy się  nie kłócimy, pomagamy sobie i tak oto ugrzęzłam. Mimo twardych wcześniej postanowień pójścia na swoje, co by mnie niewątpliwie mobilizowało do zmian i zapobiegłoby stagnacji. A tak, jestem jedyną chyba osobą jaką znam, która nadal stacjonuje przy rodzinie. Nawet Anja, tak zależna od matki, wyprowadziła się, bliziutko ale zawsze, do odnowionego mieszkania po dziadkach. Nadal siedzi i stołuje się u rodziny, daje się terroryzować, ale nocuje u siebie, bo mają razem za ciasno.

     U nas za to rodzice zrobili sobie na dole ładny salonik i ojciec przeszedł teraz na piętro - mieszkam dokładnie pomiędzy pokojami rodziców, co symbolicznie podkreśliło moją pozycję, osaczenie, w które sama się wpuściłam. W czym mi to może przeszkadzać, skoro męskich gości i tak tu nie spraszam? Niby wcale. Ale są dni/noce kiedy kipi ze mnie sexenergia, a miejsce jest takie, że nawet nie wypada myśleć erotycznie, a co dopiero to realizować. Nawet stwierdziłam, że nie odbieram późno telefonów od moich fanów, bo wydaje mi się, że wszystko obok słychać ..

     Na co czekasz Confetti, źle ci - to dziupelka czeka. Jak na schadzki to ci lokum pasuje, ale na normalne życie to już nie? Confetti się marzy apartament!

     Marzy mi się skromne, ale godne minimum 50m2 z miejscem na stosy książek, papierów, podręczników, których by się nazbierała osobna wielka szafa. Miejsce, gdzie mogę się poczuć dobrze, bezpiecznie nawet sama. Żadnych marmurów, perskich dywanów, wnętrze może być ascetik, byle już takie na dłużej, na realnie. Żeby znowu nie strzelić z nim gafy. Myślę, że należy mi się po wielu latach solidnej pracy, bo innych inwestycji nie przewiduję.

     cdn ..


00:13, confetti
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 stycznia 2012
makowiec z bakaliami


     Wzmożona ostatnio aktywność moja na blogu (jak zauważyli niektórzy) mogła oznaczać tylko jedno - tak, tak - ferie zimowe. Spokojny, senny ale uzdrawiający czas spędzony głownie w domu z książką na kanapie czy na załatwianiu zaległych spraw innych niż PRACA. Który właśnie zaczął się kończyć i od razu jest gorzej, bańka mi dziś dymi, niepokój wybudza nocą z głębokiego snu, niemoc ścina mnie z nóg i paraliżuje jasne myślenie, wobec czego nie produkuję już kolejnych notek. Choć tak bardzo chciałam to nadrobić, opisać siebie niby sennie spokojną, ale na moment wybudzoną z tego chorobliwego tyrańskiego transu. Myślącą przez moment o sobie, swoich pragnieniach, o Życiu przez duże Ż, czytającą książki, nawet odczuwającą wreszcie zapachy i smaki. A teraz już znowu pewnie długo nic, widmo galopu do lipca, każdy weekend obłożony zajęciami, ba, każde już kolejne popołudnie zawalone egzaminami, naradami, a w całkiem "wolnych chwilach" następny duży projekt.

     Czyli nic innego jak u setek moich sióstr i braci z branży i spoza, bo tak się przecież dzisiaj pracuje, zarabia na życie, spłatę kredytów i na drobne przyjemności. Tyle, że ja się chwilami obiektywnie, nie egoistycznie, nie histerycznie, ale bardzo o siebie boję. Ale może nie ma co na zapas..

     Tzw życia osobistego w ferie oczywiście nie rozkręciłam. Nie było z kim ani jak. Dziwnie się ułożyło, ale niegdyś usilnie piszący panowie zamilkli (np Hindus), a nowi nie pojawili się. Nie jest tak, że ja dama melancholijna czekam, kręcę nosem i jeszcze sądzę, że każdy facet to świnia. Wiem, że sama niejednego amanta zniechęcam ciągle pisząc, że nie mam czasu się spotkać. Lub zwyczajnie padam na nos i nie mam siły ogarnąć, odstawić się i wy(s)eksponować jak należy. Bo jak na kimś człowiekowi zależy, to nie wypada się stawić na randewu rozchełstana i nieświeża, nie? A potem jak ja mam czas, to kandydat niekoniecznie i tak wkołomacieju, ranyjulek, klops. Tak wychodzi, nie że się przekomarzam z ludźmi, z czasem, z własnym losem. Za późno już na podchody.

     Ostatnio jeszcze myślę, że całkowicie zacięłam się, wyszłam z wprawy z randkowania i panicznie obawiam się. Spotykać, prezentować, flirtować, czarować, nakręcać się i znowu rozczarować. Totalnie ze mnie wyparował nieodzowny w podejściu do takich spotkań luz, który do niedawna zawsze umiałam wykrzesać, co by nie było. Nie sądzę, bym umiała na ten przykład iść obecnie na randkę na trzeźwo. Dla animuszu musiałabym sobie polać. W cuda już nie wierzę, w połówki jabłek, w pomarańcze ani banany nawet. A mówię to jako realistka, nie pesymistka, za stara jestem i kropka. I pusta jak wydmuszka, wyblakła jak plakat wyborczy jarosława ka, znerwicowana jak gość z obrazu krzyk, o spojrzeniu bez wyrazu jak mona liza z luwru. No, dobra, nie będę się reklamować dalej ;)

     Może niech już nadciągnie ta praca, ruszę jak robot do przerabiania kolejnych zadań, niech lawina papierów/testów zasypie mnie, potem przejedzie walec z projektami, a na finał niszczarka potnie mnie na drobne spaghetti, zmieli w drobny mak.

     Fuck, fuck, fuck.

    
00:12, confetti
Link Komentarze (7) »
sobota, 21 stycznia 2012
partia karton network


     Nigdzie nie jest powiedziane, że prawdziwa feministka nie może mieć rodziny, że powinna być raczej sama skoro wyzwolona, bez dzieci, żeby być dyspozycyjna w szturmie na traktory, mało subtelna, żeby mieć siłę perswazji, upierdliwa i konkretna, żeby nie polec w walce o szczytne cele.

     Bo i sam termin feministka dla każdego znaczy co innego. Może prawdziwa feministka powinna mieć rodzinę, żeby znać trudy życia w społeczeństwie jako żona i matka? Choć nie tylko takich kobiet dotyczą dyskryminacje i uprzedzenia, to może głównie matka_polka doznaje ich najwięcej?

     Tak się zastanawiałam czytając Obywatelkę Gretkowskiej. Tzw naczelnej feministki i skandalistki polskiej, choć osobiście jej za taką nie uważam, dzieł jej nie śledzę, a te które znam zadziwiły mnie banałem i miałkością. Traktuję ją jako byt celebrycki a nie literatkę, która ostatnio desperacko wygrzebała nawet traumatik historię związku z pewnym reżyserem. Żeby tylko znów o niej mówili i ewentualnie czytali. Kiedy już się w miarę ustatkowała, szczęśliwie związała się z psychoterapeutą (cierpiącym niegdyś na depresję) i porodziła Dziecko.

     No właśnie. Cała Obywatelka to zapis doniosłej akcji zakładania i startu w wyborach Partii Kobiet. I sielankowego żywotu artystki spełnionej literacko ("mam tyle wolnego czasu, że chyba zacznę studiować astrologię" - !!), ale przede wszystkim uczuciowo i macierzyńsko. Tak bardzo, że można zaryzykować stwierdzenie, że i Gretkowskiej mleko mózg zalało. I zalewa gęstymi potokami, mimo iż dziecię niedługo pójdzie do szkoły. Czyli czytamy jak to córka Polunia myje ząbki, Polusia je deserki, Poleńka maluje po pościeli .. A oświecony, wyrozumiały i oddany jak gołąb towarzysz Piotr (wzięty psychoterapeuta po depresji) tylko wozi i przywozi małą z przedszkola. Wspierając konkubinę w jej heroicznej walce o dobro Polski. Której, zaryzykuję stwierdzenie, nigdy kobieta samotna i bezdzietna by nie rozkręciła - z braku motywacji, wsparcia i poparcia i to nie tusków i palikotów, ale .. najbliższych domowników. Czego i sama autorka nie kryła dedykując im swoje wysiłki.

     Oj, czepiasz się Confetti! Masz obsesję i innym radości żałujesz! Ano .. ostatnio drażnią mnie nawet zapłodnione celebrytki wyskakujące z okładek i programów śniadaniowych tj panie typu Glinka, Liszowska, Skrzynecka i Mucha, brr. I automatycznie moja sympatia rośnie wobec Cieleckiej, Olszówki, Segdy a nawet Kożuchowskiej vel Hanki Karton.

     Wiem, że mnie wzięło.

     Ale skoro naczelnej skandalistce może odbić, to mnie, skromnej kobiecie, nie?

------

     Manuela Gretkowska - Obywatel ka


    
21:21, confetti
Link Komentarze (12) »
piątek, 20 stycznia 2012
Dashing through the snow


     Z wnioskiem miałam jednak szczęście. Na serio cudem udało się zebrać komplet papierów, pieczątek i wysłać jak zwykle w dzień dedlajnu, tym razem na godzinę przed zamknięciem poczty! Nerwy do ostatniej chwili i wstyd, że tak to sobie fatalnie zorganizowałam. Np zaliczyłam bieg wieczorem do post office w najgęstszy śnieg jaki mieliśmy tu tej zimy - wielkie, mokre płatki sypiące aż je było słychać, spadające w pomarańczowym świetle lamp.

     Biegłam i myślami byłam w tamtym kraju gorącym, z palmami, nad morzem krystalicznie turkusowym. Bo nagle w ostatnim tygodniu przed końcem zgłoszeń strasznie zaczęło mi zależeć. Żeby nie zmarnować szansy. Jeśli masz szansę, nadal najlepsze jest możliwe. I to, że leci się solo nie ma najmniejszego znaczenia.

     Nagle mi się pomyślało walę was faceci, walę ich widzimisie, nie będę czekać czy kolejny lovelas się po pierwsze znajdzie, po drugie czy załaduje się latem gdzieś ze mną czy nie, czy znowu zafunduje ściemę, bo na fundowanie czegokolwiek innego nie będzie miał odrobiny uczucia albo cashu, walę tych wszystkich pisarzy-onanistów z neta obiecujących spotkania i nigdy nie do3mujących słowa (o tym wkrótce), a ja wciąż upatruję w nich wielkiego przełomu w moim życiu, nadejścia księcia, z którym wszystko się ułoży, a latem zabierze mnie on do ciepłych krajów; walę jak to wygląda z boku, jeśli nie zawalczę to znów zmarnuję całe wakacje, których niedajpanieboże największą atrakcją będzie bawienie siostrzeńca (Confetti będzie miała wolne to zajmie się dzieckiem - słyszałam takie plany, ale to nie są moje plany proszę Państwa, o nie), roczki, nie roczki chrześniaków, walę to, chcę uciec choć na chwilę stąd od wszystkiego i wszystkich, tak sama, właśnie że sama, uwielbiam podróżować sama, jestem skupiona, czujna, nigdy i nigdzie nie zginę.

     Uuups i zamyślona wpadłam wtedy w zaspę śniegu :)

     Mam wielką chrapkę na ten wyjazd, bo poprzednim razem się udało, mam konto walutowe, karty kredytowe, walizki, mam wprawę. A zarazem duży niedosyt, że nie dopracowałam tego wniosku, wybrałam ryzykowany kraj i kurs, konkurencja jest ogromna a finanse upadającej Unii bardzo ograniczone (właśnie
władcy kontynentu rating [cokolwiek to znaczy] temu państwu uroczyście tydzień temu obniżyli, ehs) .

     Ale jeśli dałam sobie szansę - musiałam wierzyć w powodzenie.

     I nastawienia nie zmienię.

-----
 
    Röyksopp - Boys


 
22:54, confetti
Link Komentarze (13) »
czwartek, 19 stycznia 2012
L'art de peter


     Esej, jak napisano we wstępie, powstały "na użytek konstypantów, smutasów, ponuraków, dam melancholijnych oraz wszelkich niewolników przesądu". Czyli w sam raz coś dla mnie. Tak bardzo, że zaskoczona musiałam w połowie zamknąć tę skromną książeczkę i zaprzestać czytania, bo akurat zaczęłam lekturę w pociągu. A jeszcze chwila i nie dałabym rady dłużej powstrzymywać śmiechu, zaciskać zwieraczy, jeszcze moment i gruchnęłabym histerycznym rechotem współpasażerom w twarz, trzęsąc się z ubawu mimowolnie wyrwałabym z posadzki siedzenia i śmietniki z napisem pkp skazując się na sankcje ze strony sokistów za demolkę wagonu regio. Jako dama melancholijna, ale rozsądna dokończyłam dziełko w zaciszu domowym, gdzie spokojnie mogłam oddać się torsjom śmiechu i napadom słodkiej głupawki.


     Ktoś z Was czytał ostatnio coś równie komicznego?


-----

    Pierre T N Hurtaut - Sztuka pier dzenia


Tagi: books
19:45, confetti
Link Komentarze (4) »
środa, 18 stycznia 2012
I am not so ready for this world


     W dole i letargu w jakie ostatnio zapadłam olałam dwie ważne imprezy branżowe, w tym najważniejszą w sezonie czyli znowu studniówkę. Powinnam była iść, bo tegorocznych maturzystów uczę od początku, z częścią byłam na wyjeździe, mieliśmy razem dodatkowe kursy i inne zajęcia, ale zabijcie mnie, nie dałam rady. I to nie ze względu na uczniów, ale na tę całą galę, stroje, tipsy, tapiry, solaria, odstrzelone koleżanki moje, radosne i zadowolone. Choć dobrze wiem, że pod tymi makeupami różne kryją się historie, oj wiem. I bynajmniej nie chodziło o brak partnera, widziałam zapisy na listę i chodzenie solo stało się zdecydowanym standardem, bo mało komu chce się płacić za kilka godzin napuszonej zabawy na trzeźwo dla małżonka, hehe.

     Wymęczona, zrypana przez Dyrekcję itd nie miałam sił ani fantazji zorganizować sobie kiecki, paznokci i frizu, jedyne o czym marzyłam to spokojne gnicie na kanapie w weekend. Bo nic mi się ostatnio nie wydaje takie jałowe i bezcelowe jak układanie włosów, robienie manicure i mierzenie sukni. W ogóle mnóstwo czynności wydaje mi się bezcelowe, zauważyłam ze zgrozą.

     Ale na trzecią imprezę w karnawale to już Molly z Anją nie dały mi nie iść. A i nie było tak, żeby musiały mnie prosić, sama postanowiłam się sprężyć. (Głównie po to, by się napić wreszcie wódki, litrów zimnej wódki, bo całe święta zamulałam się piwem.. żurawinowym, brr). Dziwne, że jak zawsze chodziłam na balety to nikt tego nie dostrzegał, a jak mnie ostatnio nie było to dziewczyny podniosły raban. Szczególnie Molly. Że jakaś aspołeczna się robię i tak dalej. Na miejscu okazało się, że jestem b. społeczna, bo .. połowa bywalców nie przyszła! Nawet o jeden stół postawiono mniej niż zwykle.

     Bawiłam się jednak wybornie. Siedziałyśmy z fajnymi osobami, dużo tańczyłyśmy, jedzenie też było dobre. Zjadłam przepisowego kotleta z serem i papryką, talerz sałatki z oliwkami i fetą oraz krokietka i barszcz. Z alkoholem jednak nie szalałam, w końcu nauczyłam się stopować, przepłukiwać gardziel sokami i pląsać między kolejkami.

     Ponieważ nic bardziej nie kocham rano po imprezie niż obudzić się i nie mieć kaca. Ale do tego potrzeba lat praktyki albo po prostu musiałam dorosnąć.

     I akurat z tego w kwestii wieku to naprawdę cieszę się.


-----

    erika - I don't know


00:19, confetti
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 stycznia 2012
Time goes by so slowly for those who wait


     Wniosek na kurs zagraniczny zawisł w próżni. Przez moją niebywałą w tym sezonie opieszałość, drobiazgowość i działanie w stylu last minet. Taki jakby strajk włoski w stosunku do samej siebie i tak fajnej okazji. Jeśli w poniedziałek nie będę mieć szczęścia to wszystko hooy szczeli z jedyną szansą na namiastkę wakacji na czele.

     Mogę pluć sobie w brodę, ale nie byłam w stanie się bardziej sprężyć, poza tym nadal jestem przekonana, że powinnam tego lata wybrać się do duńskiej kliniki na in vitro, o której jakiś czas pisały media, a nie kolejne doszkalanie. Temat rozrodczy jak widać odpływa ode mnie albo wraca ze zdwojoną siłą. Ostatnio szczególnie po tym, jak się dowiedziałam (Twój Styl - 1/2012 - artykuł Singielka rodzi dziecko i film Siedem ciąż), że u kobiet po 35 roku płodność spada o połowę. Co oznacza, że gdybym chciała tego uniknąć musiałabym zajść dziś tak jak tu stoję, hehe. A dziś to akurat nie dam rady ;)

     Zainteresowane tematem rówieśniczki myślą podobnie. Szara, szefowa naszego klubu w pracy, pomyślała, pogadała, zadziałała pół roku temu i właśnie odchodzi na urlop. Wystraszyłam się, że będę miała 40tkę jak dziecko pójdzie do szkoły, powiedziała, rocznik ten co ja i machnęła kolejnego potomka. Żadna mi tam psiapsióła tylko bliska współpracowniczka, a pamiętam, że opłakałam tę wiadomość. Z kolei przedświąteczny news o tym, że dziecko urodziła Ritka, moja sis z Londynu, moja dear friend z lat ogólniaka, rocznik ten co ja, wprawił mnie w bolesną ale irytację. Nawet nie wiedziałam, że jest w ciąży, bo nie byłam na tym letnim spotkaniu, które dla naszej paczki właśnie Ritka pilnie zwołała. A żadnej z dziewczyn nie zapytałam po jak było, co tam u nich, odcięłam się, odcięłam straszliwie. Może przeczuwając nowinę, a przede wszystkim by nie prezentować im siebie jaka ostatnio jestem. A tu jednak. Czyli omotała młodziutkiego emigranta z Afryki, zadbała o świadczenia z puli Angoli no i zrobiła sobie dziecko, bo nigdy się z tym pragnieniem się nie kryła, myślałam sobie złośliwie. Oglądając zdjęcia z porodówki na portalu NK. Nie dołączyłam się do gratulacji. Bo przecież mogłam tego nigdy nie zobaczyć. Prawda?

     Piotrusia od Melii kocham miłością czystą i spokojną, umiem się z nim bawić, trzymać na kolanach, ale oczywiście nie mam na to wiele czasu. I to naprawdę, nie żebym robiła uniki. Ledwie wydrapałam wolną godzinkę na Mikołaja, ale dotarłam z prezentem. Podobnie do Kamilki. Mogę mieć swoje paranoje, ale ciotką będę poprawną, postanowiłam sobie. A dla Piotrusia, naszego ślicznego aniołka to najlepszą na świecie. Co ciekawe, starsze siostry Kamilki jak mówiła Aszi - po prostu nie mogły się mnie doczekać jak się zapowiedziałam. W grudniu miałam w pracy ciężki czas, ale z każdej z wizyt u dzieci wracałam jakoś podniesiona na duchu i roześmiana.

     Do śmiechu mi jednak nie jest jak słyszę plany, że z czasem małego mają przywozić do nas, pod opiekę babci. Melia z powodu kredytów wróciła do pracy i póki co to mama chodzi zajmować się wnusiem.

     Siostra już się wciągnęła ale w weekend przed pracą miała oczywiście łzy w oczach, żeby zostawić małego. Na co mama wymyśliła zaraz sposób: wiesz Confetti, złóżmy się dla niej przez jakiś czas na raty kredytu, a Melia niech z dzieckiem jeszcze posiedzi, nacieszy się..

     Normalnie nie ujawniam swoich dziwnych emocji, które mogą naruszyć mój wizerunek. Opanowanej kobiety samotnej, zaradnej a nawet pogodnej. Lecz wtedy oburzyłam się bezradnie i stokrotnie. Ja też mam swoje raty! I mam tyrać i dopłacać za to .. by moja siostra siedziała sobie z dzieckiem?? Oburzyłam się w sumie wewnątrz. Coś tam fuknęłam, jednak niedużo.

     Ale musiałam mieć bardzo dziwne spojrzenie, bo mama szybko odwróciła ode mnie zakłopotany wzrok.

-----

     madonna - hung up


22:15, confetti
Link Komentarze (10) »
niedziela, 08 stycznia 2012
myślenie nie szkodzi


     Praca w moich edu-firmach robi się coraz bardziej mordercza. Pod koniec roku oprócz normalnej masy lekcji, fakultetów, zajęć z projektu, próbnej matury itp przetoczyła się też fala szkoleń dotyczących kolejnej wielkiej reformy od września, na myśl o której cierpnie człowiekowi skóra.

     Inny rodzaj rewolucji szykuje się też w szkole zaocznej, niechybnie związanej z redukcją godzin. Z czego w sumie się otwarcie cieszę, bo odkąd zaczął rządzić w niej nowy (kolejny za mojej kadencji) dyrektor - wszystkiego się odechciewa. W szkole tej zawsze psioczyłam na zawalone weekendy i mocowanie się z absolutnymi beginners marzącymi o maturze, ale to było wszystko. Poza tym total luz i blues. Bo w końcu praca to dodatkowa, wykonywana uczciwie i solidnie, ale bez zadęcia. A teraz - brrr... Nowy, jak na dyra całkiem młody, panicz okazał się być od pierwszych dni okazem mocno ambitnym, któremu się chyba hasło "zaoczne" z uniwerkiem pomyliło i rządy swoje z grubej rury rozpoczął. Naloty w soboty, sprawdzanie dzienników, papierów sprzed lat (!!), dziwne pomysły organizacyjne, szkolenia, podwójna ilość narad, wielkie oczekiwania i wymagania wobec nas - a czujemy, że to dopiero początek. I otwarte zapowiedzi redukcji etatów, tak dla motywacji pracownika. Cała nasza ekipa jest tym wkurzona i chodzi spięta. W macierzystej placówce mam Szeryfa, ale to super gość i nika tego traktuję pieszczotliwie. Tego dyra nazwałam sobie po prostu Cowboy, jednak z przekąsem. Ciekawa jestem jak długo polansuje się facet na nowym ranczu i czy przetrwa kolejne lokalne wybory? Powinnam być też ciekawa swego losu, czy wylecę na zbitą twarz po sesji zimowej? Już poprzedni dyr szykował sobie inną anglistkę, ale .. on wyleciał pierwszy.

     W sumie mam to głęboko. Cała rodzina, kumpelki powtarzają mi, że pracuję za dużo, nie mam oprócz tego żadnego życia. I to prawda. Zmęczenie i wypalenie co rusz łapie mnie okrutne. Jeśli zdarza się jakiś długi lub choć normalny ale wolny weekend jakoś się regeneruję, ale jak są takie maratony jak był do świąt - jestem na granicy obłędu biegając z klasy do klasy, ze szkoły do szkoły, z ksera do sekretariatów i tak nonstop. A przecież 95% moich współpracowniczek ma rodziny i też nadgodziny = masę roboty także. I dają radę. I świetnie wyglądają. Jedna z nich nich, matka trójcy dzieci, niezmiennie zabija mnie wymyślnymi stylizacjami stroju i dodatków. A najbardziej - perfekcyjnym, ciemnym manicure z brylancikami!! I jest to nauczycielka/matka gorliwa i oddana, nie próżna laska. Jak ona to robi, skąd ma czas?? A może po prostu ma motywację? Lub zmywarkę, hehe?

     Tymczasem zapał mój życiowy spadł przed świętami do zera. Dość powiedzieć, że mimo starań miałam pecha, odwalając pracę za kolejne czyjeś L4 czy opiekę podpadłam vice i wylądowałam tuż przed Wigilią na jej wytartym dywaniku. Stawiłam się po weekendzie = miałam czas wymyślić sobie jakąkolwiek linię obrony, a nie powiedziałam prawie nic, pustka w głowie. Może nawet lekka ulga, że już bardziej w tym (tamtym) roku nie upadnę. Może wyluzowany pedagog powie to nic takiego, każdemu zdarza się zebrać reprymendę, a może ambitny powie - zaliczyłaś wielką porażkę. Nie wiem. Ale totalnie mnie to osłabiło na finał pracy i roku. Odebrało radość czekania na święta, jak na nagrodę, na którą nie zasłużyłam.

     Boże Narodzenie, jak pisałam, spędziłam na szczęście błogo i spokojnie. I tylko ta przerwa pozwoliła mi w ogóle myśleć o aplikowaniu na kolejny letni kurs, sprawdzony sposób na wakacje gdy brak innych opcji. Myśleć, bo nadal nie wiem czy wystartuję. Nie mam już sił i entuzjazmu. Nie chcę by inni myśleli, aach Confetti znowu gdzieś lata, ale co jej zostało. Żadna z lasek z mojego klubu przedmiotowego nie jest zainteresowana. Anja owszem tak, ale ona jest z innego klubu. I tylko ona, Melia i mama mocno mnie zachęcają, ja jednak na chwilę obecną czuję straszną niemoc żeby znowu gdzieś się sama wybierać. Poza tym o połowę obcięto dotacje! To na czym kiedyś pięknie zarobiłam dziś wymaga dopłaty, bo inaczej nie starczy na życie:( No bo też sobie taki kurs i kraj wybrałam, ale wolałabym dopłacić by zobaczyć coś naprawdę ciekawego, a nie kolejny raz ruszać w to samo miejsce lub też pełne polskiej emigracji. Tyle, że to kraj daleki, gorący, trochę osobliwy jak na Europę. Gdzie tak naprawdę jedzie się odpoczywać, nie uczyć i to też mam na względzie. By wyłuskać tam dla siebie choćby weekend w słońcu :) Ale znowu wybierać się sama?

     Wniosek, choć nie tak kwiecisty i płomienny jak ostatni mam już prawie gotowy, bo skopiowałam ze starego. Nie wszystko się dało spisać, tracę też parę punktów na wstępie, wybrałam sobie dopłaty = wniosek typu va banque. Kwestia wydruku i paru pieczątek. Bo przecież kocham podróżować, latać, mierzyć się z sobą, poznawać nowe miejsca. Nie muszę przejmować się opinią innych, liczy się to co mi pasuje. Ale o wiele większą ochotę mam skasować to wszystko, odpuścić dokonania do awansu, nie biec już więcej, nie bukować, nie liczyć, nie latać, spać, spać całe lato...

     A dni już tylko kilka do namysłu.


-----


    paul van dyk - for an angel




21:50, confetti
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 59