Let me take you on a trip ...
poniedziałek, 07 maja 2012
majowo fajowo


     Majówka może nudnawa, ale i tak udana. Pełna słońca, ciepła i kojąca. Byłam na pysznej pizzy, na sztuce teatralnej, piwku z sokiem, zakupach, zrobiłam ze 150 pierogów, wyspałam się wreszcie, wyspałam mocno, długo i spokojnie. A dobry sen to prawdziwy luksus, rarytas w dzisiejszym szalonym świecie.

     Odświeżyłam garderobę, którą zaskoczyło nagłe lato, sporo rzeczy oddałam uradowanej nabytkiem siostrze. Co najważniejsze, przesortowałam zalegające papiery, wyprowadziłam dziennik, zrobiłam listę działań na nadchodzące ciężkie tygodnie, bo solennie obiecałam sobie, że będę myśleć długofalowo i strategicznie, nie tylko z dnia na dzień. Ostatnio ze zmęczenia, rozkojarzenia i przez zakręcony dzień.. zapomniałam jednemu semestrowi zapowiedzieć egzamin! Musiałam to potem błyskawicznie wyprostować, ale orzeźwiło mnie to bardziej niż hopcola. Nic tylko teraz z kalendarzem chodzę, a testy sobie przygotowałam na 2 tyg do przodu!

     Wyszorowałam łazienkę, obejrzałam parę filmów, pofarbowałam włosy, prawie co dnia bawiłam się z Piotrusiem..  I pękałam ze śmiechu na widok jego rozbrajającego banana na buzi, minek i akcji, jakie wykonuje ten coraz słodszy i mądrzejszy chłoptaś. A myślałam, że słodszy już być nie może. Ostatnio Melia wyciągnęła mnie na spacer, jechałyśmy do centrum, a mały siedział w wózku i nie patrzył na ludzi, auta, na nic tylko na mnie. Z tak szerokim uśmiechem, że nie pamiętam, by ktoś mnie takim obdarzył .. kiedykolwiek?

    
Dopiero na koniec niestety wolnego wstąpiłam do biblioteki i od razu na pierwszej półce znalazłam dwa opasłe tomy Millennium ! Nie wiem kiedy, ale muszę przeczytać i przekonać się co lepsze - a book or movie?

     Było mi tak dobrze jakbym po szyję wpadła w basen pełen budyniu waniliowego, miękko, ciepło i błogo, dobrze jak w wacie cukrowej albo ziemniaczanym piurree. Zamiast szorstkiego powietrza, w którym biegam na co dzień.

     Naprawdę, niedużo mi do szczęścia potrzeba.

    
------

     kombi - black & white


21:52, confetti
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 maja 2012
dzień dobry tefauen


     W wiosennej telewizji śniadaniowej jak zawsze ważkie tematy typu jak podlewać kwiaty itp a expert psychologii doradza singlom, że uczucia nie warto szukać daleko lecz w najbliższym otoczeniu. Moje sfeminizowane otoczenie nie daje mi pola do popisu. W dodatku przez wyjazdy przepadną mi jednak roczki chrześniaków. A na jednym z nich chciałam znów spotkać pewnego gościa, ale już go nie spotkam prędzej niż na ślubie Kamilki = najwcześniej za 20 lat. Co prawda będę nadal młódką z daaaleką perspektywą emerytury, ale jednak będzie to inna epoka :)

     Z nadejściem wiosny zajrzałam na dosyć niszowy (jak sądziłam) portal randkowy gdzie mam stare konto. Oczywiście ma ono znikomą oglądalność i taką też dostaję liczbę wiadomości. Poważnie zaczęłam się zastanawiać nad wstawieniem zdjęcia, które miałam nadzieję liczby wejść nie zredukuje do zera, a przeciwnie. A tu pewnego dnia patrzę i o mało nie spadam z krzesła, widzę foto i profil na tym portalu - mojego sąsiada zza płotu!! I chmurka miga, że jest online. Miasto sobie wpisał oczywiście X., nie naszą Dziurę, ja zresztą też. Ale to on, po fotce poznałam, a i cała reszta się zgadzała. Nik od imienia. Branża. Rozwiedziony, bez dzieci. Dawaj, zaczęłam oglądać to konto, a potem myślę, o w mordzię, to i on przeczyta moje, bo zaraz mu wyskoczy kto go oglądał. Uff, na szczęście nie mam fotki, profesji, nie domyśli się, jestem pewna. Mogłabym nawet dla jaj coś napisać, ale oboje mamy konta standard = nie możemy się skontaktować.

     To ci numer. Chyba nigdy nie spotkałam żadnego znajomego na dating sites, tym bardziej na takiej nieznanej zagranicznej. Świat naprawdę jest malutki, cyberprzestrzeń też. Teraz już wiem, że fotki nigdzie nigdy nie wstawię. A co do kolesia to serio dziwne, przecież sąsiadka relacjonowała mamie z kim się poważnie skumał, z panną z miasta X. (haha, już wtedy myślałam, że wytrzasnął ją z neta), ale coś to chyba ucichło. Tak czy siak z gościem tym nigdy nie miałam ani nie mam kontaktu, z jego młodszym bratem od zawsze tak, ale z nim nie. Żyliśmy w innych światach, a potem poślubił i rozwiódł się z moją koleżanką ze szkolnej ławki. I nigdy się nim nie interesowałam, sąsiedzi są w sumie jak rodzina, a myślenie o nich w kategoriach erotik trąci z lekka kaziro.
    
     Człowiek szuka daleko, a tu facet jak dąb parę metrów obok. Z takim profilem na jaki zaraz bym napisała.
Ale może tak blisko to jednak za blisko?

     Nieważne. I tak z inicjatywami/podchodami już w życiu nie wychodzę/zaczynam.

-----

  
Benny Benassi - Satisfaction



00:14, confetti
Link Komentarze (6) »
wtorek, 01 maja 2012
półsłupek


     Powietrze gęste, lepkie i słodkie jak owocowy mus.

     Czasem przenikają je kwaśne zapachy z grilla, głośne rozmowy znad grilla, a ciepły wiatr łopocze setkami czerwono-białych flag. Mamy maj.

     Wielki weekend spędzam w domu. Zaczęłam go niefortunnie jak zwykle w pracy, bo z piątkowo-sobotnich zajęć sprytniejsze osoby się bezpardonowo wymixowały, a że ja nie mam w zwyczaju efektywnego planowania (lub choćby sprawdzania grafiku dalej niż tydzień do przodu w dobrze pojętym interesie własnym) zostałam w szkole tylko z nauczycielami emerytami, fuck. Wkurzyłam się (najbardziej na siebie) i odpuściłam inaugurującą wolne imprezę, bo co to za zabawa skoro wcześnie rano trzeba wstać do pracy. Ale nie żałuję, wolałam się wyspać po ciężkim tygodniu pożegnań maturzystów i kursu z projektu. Jak się dowiedziałam po, na imprezie był cały kwiat młodego grona bez osób towarzyszących, bo zawsze bawimy się bez. Jedynym który przytargał "żonę" był Matt, więc tym bardziej się cieszę, że nie forsowałam się jej oglądać.

     W niedzielę po imieninach Piotrusia robiłam tłumaczenia z projektu, a w poniedziałek wyjechałam na szoping, choć praktycznie byłam potrzebna na konsultacje .. z projektu. Ale asertywnie powiedziałam nie. NIE majówce w szkole!! Majowy grafik znam jednak na pamięć i wkrótce każde popołudnie mam wypełnione ustnymi i sprawdzaniem pisemnych - chciałam skorzystać z odrobiny wolnego. Nawet moja sis ma 9 free days w korpo, my 4 maja zaczynamy matury w komisjach.

     Zatem wyjazd na zakupy pewnie był najdłuższym. Nic strasznego, bo w najbliższym kwartale mam 2 duże podróże, tyle że branżowe nie prywatne. Oczywiście wolałabym najskromniejszy piknik rozrywkowy od najlepszych wyjazdów z pracy, ale jak się nie ma co się lubi .. Myślami jestem na letnim kursie, muszę rezerwować bilety, przeszukuję połączenia, bo wyszły z nimi utrudnienia.

     Ostatnio oglądam jakiś filmik z tego kraju, chciałam pokazać Matulce gdzie jadę, bo akurat podeszła.. a ona naskoczyła, że nie powiedziałam jej, że Ritka, przyjaciółka moja z Londyna ma dziecko. Jak kiedyś pisałam, normalnie nie mam problemu z ogłaszaniem takich nowin, ale z nią miałam. A tu wyszło szydło z wora, mama spotkała ją z bobasem na targu, bo przyleciała na chwilę. Zawsze się bardzo lubiły, więc ucięły czułą pogawędkę, a ja zaliczyłam piękny wstyd, nawet nie umiałam tego wytłumaczyć i nie dbałam o to. Ritka nawijała o córce, a mama oczywiście o naszym Piotrusiu i Ritka na początku zrozumiała, że on mój. I aż podskoczyła zaskoczona, mówi mama. No tak. Nic się innego nie liczy, żadna nowina bardziej dla nikogo niż ta. 

     Wyłączyłam filmik, mama wzruszyła ramionami i poszła.
Niby nic takiego, ale teraz rodzina szybko wyczai, że mam paranoję. Że coś jest nie tak, że dziwnieję lub świruję. Moje wyjazdy nikogo już nie interesują, tak się przyzwyczaili, że gdybym pojutrze się spakowała i odleciała na Alaskę to byłoby mniej sensacyjne niż kolejny odcinek m jak miłość.

     Tej nocy dopadł mnie wielki dół wzmocniony o PMS, galop myśli niecenzuralnych i wisielczych. Maskuję się, nigdy nie mówię w domu o swoich uczuciach, ale przez jedną chwilę chciałam żeby ktoś mi pomógł, zrozumiał moje nieudolne mimowolne a jasne sygnały. Ale nie, opamiętałam się, jestem stara krowa, to ja pomagam rodzinie, uczniom, ich rodzicom lub prawnym opiekunom, mam swoje misje i zbawiam świat, przynajmniej ten lokalny. Nie mam problemów, jestem zawsze dyspozycyjna i oddana innym.

     Jak JA mogłam sobie pozwolić na tę wtopę z Ritką, nie wiem.

     Musiałam sobie potem ulżyć, wzięłam stare szydełko i wykułam nim kolejną dziurę w lewym udzie, które wygląda coraz gorzej pełne jest blizn, skrzepów i owrzodzeń, coraz dłużej goją się.

     Po co mi wyjazd latem nad morze i tak bikini nie założę :)


18:27, confetti
Link
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Personal Income Tax


     Pit-37 przynajmniej oddany nie na ostatnią chwilę, nie tuż przed zamknięciem urzędu. Rozliczenie bez męża, bez ulg na potomków, bez żadnych odliczeń w ogóle. 1% ku oburzeniu bliskich nie oddałam na dzieci, dzieci zdrowe czy chore, porzucone, sieroty, na rozwijanie młodych talentów, nie. Nie wspomagam dzieci obcych ludzi i kropka. Jak również nigdy nie oddam grosza na przewidywane wspieranie darmozjadów księży. Lub ich dzieci.

     Swój procent przeznaczyłam na lokalną organizację, która leczy kocie maleństwa, prowadzi sterylizacje
i adopcje kotów.

    
     Na cześć Pimpusia i ogólnie, to najlepszy cel. Prawda?




17:49, confetti
Link Komentarze (8) »
sobota, 14 kwietnia 2012
eyeliner


     Jedziemy z Mattem.

     Czy pisałam już, że mam wybitnego pecha do tego osobnika?

     Pisałam.

     On także wskoczył na wyjazd za całkiem inną osobę, do dziś nie wiem czemu. Miał jechać mój Fan, chciał przecież chodzić do mnie na lekcje = wtf? Każdego innego bym się spodziewała, ale Matt? W jego sytuacji rodzinnej? Czy nie powinien trwać przy kobiecie swojej tu na miejscu? Może także chodzi mu o pieniądze? W sumie szwagier też jak musiał to wyjeżdżał i zostawiał Melię.. Może ten podobnie?

     Kiedy się o tym dowiedziałam byłam zdecydowana już na wyjazd i mina mi zrzedła. Było-minęło, po gafie i rozczarowaniu jakie zaliczyłam, wyparłam gościa z głowy szybko i skutecznie, szmat czasu upłynął, nigdy nie wchodziliśmy sobie w drogę, życie płynęło dalej. Raz jedyny M. wbił mi do pracowni, w której miałam zaplanowane zajęcia, zaczęliśmy sobie jedno drugiemu ustępować, pełen wersal. Ano były po drodze jeszcze te wspólne chrzciny
(odnośnika do notki dodać tu nie umiem), co mnie raczej rozśmieszyło a nie podłamało (jaki to los potrafi być przewrotny), bo sprawa tego faceta była dla mnie zakończona. A tu znowu.

     I przez chwilę, jedną chwilę coś we mnie wbrew sobie drgnęło, hmm, jedziemy razem, i co z tego że chrzciny, może to była zwykła wpadka, może się rozpadło skoro on sobie wyjeżdża, a o ślubu dotąd nie było. Może chce wyjechać, uciec od problemów, zapomnieć? ..

    I może JA mu w tym pomogę? Nie no, aż tak nie myślałam. Wnerwiało mnie, że znowu trzeba będzie odwalać wersal, a tak na serio to dałabym kolesiowi w nos. Nic do niego nie mam, a znów wchodzi mi w paradę.

    Kilka dni później, jakby w odpowiedzi na moje rozterki, życzliwa napisała mi sensacyjnego newsa, że .. Matt się żeni. Na razie więcej się nie dowiedziałam, gdzie i kiedy.

     Może na to zbiera więc kasę.. Dziwne ale ten sms popsuł mi cały wieczór, całkowicie. Cóż to co wyjazd będzie, z "moją byłą" i gościem, z którym nie wyszło..? Gorzej być nie mogło. Może będę czuła się jeszcze bardziej samotna niż wtedy gdy byłam na misji sama? A może czas na naprawdę grubą kreskę, odpędzenie demonów i zupełnie nowy rozdział? Westchnęłam głośno, odłożyłam papiery i książki i już miałam zamknąć na noc lapika. Ale zerknęłam na stronę z wynikami dofinansowań o jakie starałam się zimą.

    Paczę, mój wniosek na szałowy wyjazd letni (=trzeci projekt) został zaakceptowany :)

    Takiej mieszanki radości/markotności naraz nie przeżyłam dawno.

     Są ludzie stworzeni do dzieci, ślubów, świąt z rodziną, cholesterolu, wielkiego telewizora, samochodu, pralki, spacerów w parku. Są i inni.

     Tego wieczora zrozumiałam kto jest kto.
     I poddałam się. Z pokorą pora przyjąć tę puentę.

------

  nicki minaj - moment 4 life


18:13, confetti
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
weekend

     Uwielbiam takie filmy. Nie o gwiezdnych wojnach czy armagedonach ale o relacjach między ludźmi. Ogólna fabuła niby banalna, rzecz o namiętnym weekendzie dwójki gejów, którzy spotkali się aby się zakochać/pokochać (?) i zaraz rozstać, ale opowiedziana w bardzo sugestywny, naturalistyczny i przejmujący sposób. W outującej się polskiej rzeczywistości wysyp wątków gejowskich mamy obecnie wszędzie: w każdym serialu, wśród tancerzy, śpiewaków, członków jury przeróżnych talent shows (w realu gorzej, ale może to na prowincji) itp i jeśli ktoś ma tego dosyć lub jest uprzedzony - nie strawi tego filmu. Był on przez moment i dla mnie ciut za gęsty od forsowanych gejowskich manifestów, ale to było nieuniknione. Mimo tego jest to nadal i przede wszystkim poruszający obraz o namiętności, intymności i rodzącym się uczuciu dwojga ludzi, nie gejów.

     Krótko mówiąc wyrwał mi serce z korzeniami..

     Może dlatego, że gdybym była facetem na pewno byłabym homo ;) ? Może dlatego, że miłość facetów zawsze wydawała mi się szczytem jednak perwersji, odwagi i prawdy o uczuciach niezmąconych stereotypem płci i społecznych ustaleń? Miłość lesbijek mało kogo chyba gorszy i bulwersuje, bo kobiety są zawsze bardziej uczuciowe i to okazują, np dotykają się, całują i nie ma w tym nic niestosownego. Na facetów zawsze patrzy się wtedy podejrzliwie.

     A może z całkiem innych powodów ..

     Świetne zdjęcia, znakomita gra aktorów i ujęcia. Piękne, śmiałe, może nawet ostre sceny miłosne. Fajny brytyjski klimat. Cudny tytuł. Polecam..

-------

     Zupełnie inny weekend - reż.
Andrew Haigh



Tagi: films
00:04, confetti
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 kwietnia 2012
stara przyjaźń nie rdzewieje ?


     Na praktykę jadę z Liną. Tak, z tą agentką, z którą niegdyś mocno się przyjaźniłyśmy, a potem śmiertelnie skłóciłyśmy się o głupotę. Kawał czasu się nie odzywałyśmy, nie ułatwiałyśmy sobie pracy, czyli obciach wyszedł z tego aż miło. Potem nastąpiła czysta obojętność, budowanie innych relacji czemu oddała się intensywnie Lina, można powiedzieć rozkręciła się, ja wycofałam z paru aktywności, ale szybko zaczęłam żyć własnym życiem, nie nasłuchując co ona robi, z kim i gdzie, a i taki etap chwilę miałam. Odcięłam się, wyleczyłam, zwyciężyłam? Nigdy bym nie pomyślała, że jeszcze kiedyś pogadamy, nie mówiąc o wspólnych wyjazdach.

     Z dobry rok temu Lina odnalazła mnie i zaczęła się odzywać na efbuniu. Co mnie bardzo zadziwiło, ale uznałam to za pewien przełom. Odpowiadałam zdawkowo, uszczypliwie, z dużymi przerwami, do czego nie musiałam się zmuszać, bo uraz swój przecież miałam. Ale czas naprawdę leczy rany, wymazuje urazy i sprawia, że człowiek zaczyna śmiać się ze starych waśni. Albo po prostu dojrzewa i mądrzeje. Dość już dziecinady, uznałyśmy.

     Wszystko toczyło się jednak powoli, w realu właściwie nic się nie toczyło, bo co innego pisać, co innego porozmawiać. Choć i rozmowy się zdarzały, ale tylko na imprezach i po wódce, pierwsze koty za płoty jednak poszły. A wszystkie chyba nasze koleżanki fakt ten zauważyły, dostawałam nawet esy odnotowujące, że się pogodziłyśmy, hm, wyobrażam sobie zdumione miny babskiego grona. Ale nie dbałam o to. O jakiś tam honorowy wizerunek, o konsekwentne zacietrzewienie i trzymanie fasonu nienawiści do grobowej deski. Bo jestem z natury pacyfistką, zawsze uważałam, że choć były powody kłótnia ta była moją/naszą wielką porażką i jeśli laska wyciągnęła w sumie rękę do zgody - nie mogłam się na nią wypiąć.

     Wkrótce zaczął przewijać się temat praktyki. Lina miała i cynk i nosa, że skład się zmieni i zaczęła mnie mocno na nią namawiać. Miała też i w tym swój interes, żeby sobie dobrać osobę doświadczoną i znającą język, a co jeszcze nią kierowało - nie wiem. Trochę to mnie łechtało, trochę kazało być czujną. Decyzję podejmowałam ostrożnie, zastanawiałam się, czy/jak się sprawdzimy współpracując na wyjeździe, myśląc jak ważna jest ta kooperacja, bo czasem już lepiej jechać solo niż z bardzo niewłaściwą osobą.

     Ostatecznie, z wielu wcześniej podanych już powodów, zdecydowałam się. I bynajmniej nie po to by się Linie przypodobać, przeciwnie, z powodów mocno egoistycznych, by zarobić, oderwać się, sprawdzić, przydać się Dyrekcji itd. Zbyt wiele ważnych rzeczy mnie już kiedyś przez L. ominęło abym mogła się znowu przez nią z czegoś wycofać. Bo ostatecznie to i tak nie ona mnie sobie wybrała, tylko jak pamiętam "wyróżnił" mnie Sanczo, hehe.

     O tym z kim jeszcze jedziemy - wkrótce.


    
19:02, confetti
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 kwietnia 2012
Some people call me the space cowboy, yeah


     Ostatnio rodzice przywieźli sobie
od Melii starą, ale wygodną kanapę  i umieścili ją tymczasowo w piwnicy. Kot dwa dni udawał, że jej nie widzi, po żarełku siedział sobie przy oknie, podziwiał widoki albo ucinał tam komara. Na trzeci dzień władował się bezpardonowo na sofę, zwinął się w kulkę w rogu i spał pochrapując na całą piwnicę. Nie muszę pisać, jak rozkoszny był to widok, a dla kota jaka uciecha. Mama zaczęła go jednak ganiać, bo Pimpuś nasz to nie okaz sterylno-kanapowy, a zbłąkany wędrowiec, czytaj typ nie do końca higieniczny, w dodatku kichacz, a i może kilku pcheł siedlisko. A Mama chce wymienić sobie niewygodny tapczan na ten oto nabytek. Okryła więc sofę kocami, a potem folią, co kocia trochę zastanowiło, ale nadal lubi się na niej wylegiwać.

     Wczoraj Tatek opowiada, że nakarmił kota, po czym ten jak zwykle zaczął się kręcić przy miękkim meblu. W pewnym momencie, opowiada Tato, kot oparł łapkę o kanapę i wzrokiem wyraził zapytanie. Czy może wskoczyć czy nie. Tatek rozczulił się. I mówi - pogłaskałem go po łepetynie, kot uśmiechnął się i zadowolony wskoczył tam hops na drzemkę. :))

     Niesamowite. Rozumiem, że z Piotrusiem można nawiązać coraz lepszy kontakt, bo wykazuje wielkie postępy intelektualne, ale z kotem ??

     Szkoda, że bidulek nie ma na tyle oleju w głowie by unikać forsownych ćwiczeń siłowych, bo nadal wdaje się w bójki z kolegami i ... ma wyrwane całe płaty futra, do krwi, po bokach. Już mu się trochę zagoiło, ale nadal nieciekawie to wygląda. Tak go dobrze karmimy, dbamy jak możemy, a tu taki Pimpuś Sadełko z niego. Bez sadełka.

-------

     Fatboy Slim - The Joker /cutest video ever/


20:02, confetti
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
jajogłowa


     Oglądałam ostatnio:

- reportaż o młodych surogatkach, które rodzą dzieci bezpłodnym kobietom. Te ostatnie próbowały już wszystkiego i ostatecznie zdecydowały się na wynajęcie brzucha. Same nie mogą mieć dzieci, ale mają wiernych facetów przy boku, którzy oddają w toalecie nasienie do kubeczka, a surogatka to sobie .. strzykawką?? Ludzie, nie wiedziałam, że tak się to robi!

- film o zamrażaniu jajeczek przez zdesperowaną Holenderkę po 30ce. Ciekawe, że na taki zabieg jechała bodajże do Belgii, bo nie wszędzie można, a zapłacić trzeba .. aż 16 tys. euro. Choć jej historia wydała mi się dziwna, bo w międzyczasie robiła regularną akcję hurtowego randkowania i .. nic, nic.. Nikt jej nie pasował albo odwrotnie. Może tak bardzo zafixowała się na punkcie swoich jajek, że zapomniała iż powinna szukać Człowieka, Faceta, a nie dawcy spermy. Może poza rozrodem nic już jej nie interesowało. Mimo, iż chyba nadal śniła o prawdziwym związku i romantycznym poczęciu skoro tylko mroziła towar, a nie robiła nic bardziej radykalnego. Jeśli w ogóle można tu liczyć na romantyzm. Była chyba dokładnie w moim wieku, jeśli nie ciut starsza.

- The Switch z Jennifer Aniston, także historię singielki, co radzi sobie jak może by wygrać z biologicznym zegarem i korzysta z pomocy dawcy spermy. Czyli tak to się teraz robi - jak mówi polski tytuł. Z pompą i na imprezie. Znowu do pojemniczka itd. Jednakże, jak to w każdej szanującej się komedii romantycznej, przy Aniston
trwa zakochany w niej, neurotyczny przyjaciel, co dobrze wróży losowi samotnej matki.

- Zajście awaryjne, również komedię w ten sam deseń, tyle że wyłączyłam po kwadransie bo słabiutka. Albo nie mogłam znieść grozy poszukiwań faceta, który zapłodni ostatnie pozostałe bohaterce jajeczko. Co to miała też 30tkę i dopadła ją przedwczesna menopauza.

- Bobasy - paradokument przesłodki, ale nic poza tym. Mam taki film na żywo jak tylko widzę Piotrunia.

     Nie wyszukuję tych filmów, same się wynajdują.

     Ehs.. nie mam obecnie na koncie nawet 1tys euro :( Odpuściłam pomysł zgłoszenia się na surogatkę, a potem ucieczki z dzieckiem. Jeśli wypali mi jeszcze kilka projektów to tego lata nie dostanę się z braku czasu do kliniki w Danii. A jak nie w wakacje to kiedy? (Aaa,zapomniałam, kasy na in vitro też nie mam, zonk).

     Pytanie retoryczne, komentarze wyłączę, bo mi wstyd drążenia tematu :)

     A zegara nie mogę wyłączyć, niestety.

     Tic, tac, tic, tac..

------

   Madonna - 4minutes


22:01, confetti
Link
sobota, 31 marca 2012
Not sure I understand this role I've been given


     No nie mogę. Jednak weszłam w drugi z czterech projektów i niedługo znowu wyjeżdżam na zagraniczną praktykę. Tak, ja, która zaklinałam się, że nigdy tego nie powtórzę zbieram już dokumenty i wyrabiam ubezpieczenie.
Wskoczyłam z listy rezerwowej, bo skład ekipy się zmienił, chodziły o tym słuchy od dawna i zaczęto obstawiać znów moją osobę. Kiedy Sancho mnie raz dopadł ze wstępnym zapytaniem, wykręciłam się jednakże odruchowo jakąś niedorzeczną wymówką mając w pamięci ostatni wyjazd. Ale potem rozważyłam wszelkie za i przeciw i zgodziłam się. Dlaczego?

- chcę zgarnąć kasę i spłacić resztę kredytu, tak opowiadam innym, że jadę tylko dla pieniędzy. Mimo iż tak naprawdę o $$ jeszcze nikt ze mną nie rozmawiał, a wiem, że wszelkie dofinansowania kroją wszędzie aż miło = mam nadzieję, że się na tym nie przejadę.

- od września polska szkoła ponadgimnazjalna wchodzi w kolejną totalną reformę uderzającą w program jak i w etaty, oficjalnie wiadomo, że nikogo nie ominie redukcja godzin. To nigdy już nie będzie ta sama firma. Kto wie jak to będzie i z wyjazdami.. Nic nie jest już pewne.. Kto umie liczyć, wie, że w klubie przedmiotowym śmiało będzie można podziękować jednej osobie. I nie są to moje mrzonki, blady strach padł na wszystkich. Naiwnie pomyślałam, że skoro mogę jeszcze coś dla szkoły zrobić, skoro jestem niestety dyspozycyjna, to cóż.. Głupio w takiej sytuacji tak po prostu odmawiać.

- Sancho coś tam pitolił, że to zawsze wyróżnienie itd, na co mi czołg jedzie, bo dobrze wiem, że owszem, on wielu wyróżnia, tylko b wielu mu odmawia wyjechać. Po ostatniej praktyce chciałabym się sprawdzić jeszcze raz, wykorzystać wszystko czego się nauczyłam, może zrehabilitować się, może .. odczarować małą traumę, hehe, niestety także.

- pewnie też chciałabym wybić się z rutyny, w którą jak zwykle wpadłam, odkleić z domu, choć coraz ciężej mi to przychodzi. Kocham podróżować, ale staję się zupełną domatorką, po b intensywnej pracy z ludźmi uwielbiam się chować w pokoju, uwielbiam nie występować, nie prezentować się, lubię nic nie robić, co życiu ogólnie nie służy. Być może muszę stawiać sobie takie wyzwania, na przekór wszystkiemu.

- uwielbiam też nie być w firmach, nie pracować, bo do domu wracam obolała, styrana, spalona na max.. Czytałam, że jeśli weekendy i małe odpoczynki przestają regenerować człowieka, że poziom stresu, adrenaliny, nakręcenia, irytacji, ekscytacji nie spada, to wypalenie w zawodach tzw służebnych ma czasem katastrofalne skutki. Wiem, że praktyka to wielki wysiłek i odpowiedzialność, ale jednak innego rodzaju niż dziesiątki lekcji, niż kierat, który z końcem roku szkolnego wcale nie maleje lecz męczy okrutnie.. Ludziom mówię, że chodzi o pieniądze. Ale to jest prawdziwy powód. Czyli znowu z jednej skrajności w drugą.

- miejscowość ponoć średnio atrakcyjna, ale zobaczymy. Ta część mnie, która jeszcze nie umarła nadal chce coś nowego zobaczyć i pooddychać innym powietrzem. Choć żal będzie odlatywać z kraju na czas piłkarskich igrzysk, które będą toczyć się całkiem niedaleko naszej miejscowości.

- myślę, że jedzie fajniejsza młodzież niż poprzednio. To jest dopiero ważne!

- bo nie jadę jako opiekun sama. Ale z kim jadę - to jest dopiero niezły motyw. Choć bynajmniej wyjazdu nie powód.

     O czym wkrótce.

-------

robbie williams - feel



22:05, confetti
Link Komentarze (18) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 61