Let me take you on a trip ...
niedziela, 26 lutego 2006
Ostatki

    Ostatni weekend karnawału, hehh, skąd u mnie takie tytuły i odniesienia do bieżących świąt i obchodów, skoro ja niczego nie celebruję, jadę jakimś swoim własnym kalendarzem i na żadnej przecież balandze karnawałowej w tym roku nawet nie byłam, hm, wstyd. Na domiar złego w te całe ostatki dopadła mnie grypa, leżałam w sobotę, dziś też niewyraźnie się czuję, ale już nie tak źle by lekarka dała mi jutro L4, wrrr. Mam tak b często, choruję głównie w wolne dni, rodzina się śmieję, że tak mam wykalkulowane, by nie tracić dni w pracy. Akuraaaat. Nie lubię chorować, ale u nas L4 to jedyna szansa na wolne, na mały oddech i regenerację sił. A tak, choć słaba, idę jutro jakby nigdy nic i dalej ciągnę zastępstwa za ciężarną M., czasem mam całe dnie rozwalone, całkiem burzy mi to program i tempo pracy. N. ostatnio do mnie pocieszająco: (moje imię) nie pozostaje ci nic innego jak też zajść w ciażę!

   Yeah! 

   A jutro znów szkolenie, nonstop szkolenia, były, będą, oszaleć można.

   Czasem jest mi tak podle,że mam ochotę wrzeszczeć. Ano, mogę. Ale co to da.

   W czwartek gadugadałam z Felixem, znów jest parę dni w UK, na ślubie kolegi, znów prosi i błaga o spotkanie, a ja z kazdą rozmową wymiękam, utwierdzam się, że to niezły freak, może taki jak ja, a ja potrzebuję kogoś silnego, zwykłego. By się jakoś unormować, ustabilizować wewnętrznie a nie rozchwiać do reszty i na amen. Nie jestem na tyle silna by go zbawiać, zabawiać, nie na tyle atrakcyjna by dodać blasku i sensu jego życiu, i tyle. Nie zniosę czyjegoś rozczarowania mną. Nie kokietuję, mówię obiektywnie jak jest. Bardzo bym chciała by było inaczej. I ... bym przy tym wszystkim nie myślała o nim nadal.

   desperacja odbiera rozum, tak

18:06, confetti
Link Komentarze (3) »
sobota, 18 lutego 2006
Biedronki

     Biedronki najszybciej wyczuwają wiosnę. Wypełzają nagle na ścianę, rozglądają się co i jak w tym roku. Dziś było bardzo słonecznie, jaskrawe promienie nie dały mi dłużej pospać.

     Nie byłam wczoraj na gali naszego klubu literackiego, nie jestem w stanie wychodzić i czytać miłosnych utworów na forum, nie. Dość ironii losu.

16:27, confetti
Link Komentarze (1) »
czwartek, 16 lutego 2006
Chodnik

     Wreszcie, po paru czy zdawało by się parunastu tygodniach zimy, wyjrzał chodnik spod śniegu dziś. Zimno, nadal biało, ale coraz częściej słyszę gdzieś w górze ptaki, wiosnę słyszę. I dusi mnie. 

    Niepojęte, co się dzieje. Kolejna moja kumpelka, a nasza trzecia anglistka, N, też jest w ciąży. Czyli piąta z kolei z naszych dziewczyn. Wszystkie urodzą w tym roku, prawie jedna po drugiej. Czyli szczęścia jeszcze więcej i jeszcze. Bardzo się cieszę, N z H, nasze wesołe anglistyczne małżeństwo, które już parę lat ze sobą mieszkało, a mieli z bocianem problemy, wreszcie się im udało. N. zapewne bardzo już tego chciała, jak się u nas zaczął ten cudny wysyp:) N. jest wspaniałą girl, serdeczna, empatyczna, przemiła, ze świetnym poczuciem humoru, a teraz pomnoży się to dobro z niej. Tylko że, H, jej mąż, gdy mu pogratulowałam, palnął ironicznie: Co, (me imię), teraz to zostałaś sama!

    Bardzo mi przez to przykro. Oczywiście, może robię się drażliwa, może nie miał przykrości na myśli, w końcu to święta prawda i wszyscy o tym wiedzą, i ja wiem o tym każdego dnia, ale .. Coraz gorzej to znoszę, wręcz mi łzy w oczach stanęły gdy szłam po przerwie na lekcje do 3c, gdyby nie to, że klasa była wyciszona i przyjazna, uczennice z pierwszych ławek miło nawijały wciąż do mnie, po prostu nie dałabym rady. Czasem dziwię się skąd mam jeszcze siłę, taką mechaniczną, nastawioną na jałowe przetrwanie, ale boję się, że pewnego dnia po prostu się wyczerpie, zawiedzie mnie i jak stoję, tak padnę, jak długa. Wszystko mozna przetrwać, pod warunkiem, że ma się dla kogo, to jasne. Że jest po co. Myślałam, że może, skoro nie pomyslności życia osobistego, to uda mi się coś z innej strony,że załapię się na szkolenie do Waszyngtonu na wakacje, ale nici, nie odpowiedzieli mi dotąd, a termin już minął:(

    Szkolenie jak szkolenie, najbardziej chciałam zobaczyć Tai Shana, małą ... pandzię, którą od jej urodzenia oglądam na stronie z jej zoo w Waszyngtonie, och jakie to jest słodkie! (patrz zakładki:) Nieopisanie mnie to rozczula, jak go oglądam jak śpi na drzewie lub bawi się jak mały ... bobas. No właśnie. Coś w tym jest, że tak lubię nań patrzeć.

    No i w ogóle, Stany Zjednoczone. Kocham podróże, odrywanie się od tej ciasnej przestrzeni, w której tkwię, od tej rutyny, od ziemi. Nie nastawiałam się za mocno, ale trochę żal.

    Tak to sobie rozmyślam, wracając z pracy i wgapiając się w szary chodnik.

19:55, confetti
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 lutego 2006
Tahoma

  Może ta czcionka lepiej będzie się czytać:)

  Wróciłam z zebrania, jestem całkiem skonana. Co raz to wracam wieczorami, by zabrać się wnet za przygotowywanie, sprawdzanie, =obłęd.

   Wczoraj mimowolnie napisałam esa do E. Długo nie odpisywała, to zapomniałam o tym, aż dopiero wieczorem wymieniłyśmy parę zdawkowych raczej zdań. Że od grugnia była na L4, że też nie znosi szkoły, a poza nią "jakoś żyje". Nie wiem, czy to nie oznacza, że coś tam z tym jej kolesiem nie wyszło, bo zwykle wyczuwałam jej pozytywne a i negatywne nastroje, jak ten. Ale, po takim czasie, po wymarciu naszej przyjaźni, cóż mogę oceniać, nie wiem.... Nie pytałam wprost, bo głupio. Głupio też, że po miesiącach bez kontaktu, nic a nic nie mogę nowego jej/komukolwiek o sobie napisać, że nic kompletnie nie przyspieszyłam w swym życiu, jak inni, że nadal jestem nieustawiona, bezpańska, że nie mam jasnego celu. Skończyło się na zwykłym "3maj się" i tyle rozmowy. I ok, i jestem ok, jak chce, niech się czasem odezwie, ja już nie będę o nic wypytywać, odrzuciła mnie kiedyś, jej rzecz/ Gdyby chciała, zawsze mogę ją wspierać, choć już chyba nie z dna serca, i .. bez zaufania. Trudno.

Placebo " Pure morning":

A friend in need's a friend indeed
A friend with weed is better
A friend with breast and all the rest
A friend who's dressed in leather

A friend in need's a friend indeed
A friend who'll tease is better
Our thoughts compressed
Which makes us blessed
And makes for stormy weather

A friend in need's a friend indeed
My Japanese is better
And when she's pressed she will undress
And then she's boxing clever

A friend in need's a friend indeed
A friend who bleeds is better
My friend confessed she passed the test
And we will never sever

19:43, confetti
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 lutego 2006
It Could Be Sweet

   A song by Portishead. Cudowna, kojąca melodia i niepokojące słowa. Ooo, może mogło być tak słodko...:) A "czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas". Tak mówi jeden z moich pierwszych uczniów, dziś maturzysta, wielbiciel poezji, mrocznej muzyki, wieczny pesymista, i cierpiący zawsze przez to outsider. Miałabym ochotę nawrzeszczeć, weź się uśmiechnij, nie rozdrapuj sztucznych ran, ciesz się tym co masz, nie przegapiaj niczego. Nie wycofuj się z życia, bo kiedyś zaplacisz za to wysoką cenę. Ale on się uparł, albo taki już jest, i co po moich sugestiach. Ten typ tak ma. A najbardziej - może - mam to ja? Cha, cha! nie,... nie:) Wierzę w słodycz. Aż po mdłość.

It Could Be Sweet:

I don't want to hurt you,
No reason have I but fear,
And I ain't guilty of crimes accused me of,
But I'm guilty of fear.

 I'm sorry to remind,
You but I'm scared of what we're creating,
This life ain't fair.

 You don't get something for nothing,
Turn now,
Hmm gotta try a little harder,

 It could be sweet,
Like a long forgotten dream,

And we don't need them,
To cast the fate we have,
Love don't always shine through,
‘Cause I don't wanna lose,
What we had last time your leaving,
This life ain't fair

But the thoughts we try to deny,
Take a toll upon our lives.
We struggle on in depths of pride,
Tangled up in single minds
 

Gonna Make U Sweat

   Felix się obraził, że nie przyjechałam wtedy ani wczoraj. Łatwo mu się dąsać, on jest na miejscu, ja muszę kawał dojechać, a po czwartkowej radzie i całym tygodniu miałam wszystkiego dość, potrzebuję wtedy totalnego spokoju a nie odwrotnie. Bo...gdybym tylko była go choć trochę pewna, dojechałabym kiedy by chciał, co by chciał itd, a tak - w tej mej pustej sytuacji każde kolejne rozczarowanie mnie zabije, wiem to. Wiem też, że aby o czymkolwiek się przekonać, muszę podjąć ryzyko, a nie szczypać się i dąsać, i tkwić wciąż w tym grzęzawisku.

  Bo w takie weekendy jak ten jestem po prostu chora. Z utęsknienia, z żalu za straconym wolnym czasem, z pragnienia. Za więzią duchową i fizyczną, które zaczyna sprawiać fizyczny ból. I moje ciało wścieka się na mnie, domaga dotyku jak pragnie żarcia, picia, ciepła, snu, normalnie, a z czasem nienormalnie, gdy głód niezaspokojony staje się drażliwą obsesją, coraz wiekszą. Zamiast zanikać, wyostrzają mi się zmysły, prześladują mnie smaki i zapachy, tak że np ostatnio nie mogłam wyjść z mydlarni, rozmarzam się a potem chowam tę tęsknotę głęboko. A ona w taki weekend powraca ze zdwojoną siłą i chwyta za gardło.

  Gdybym tylko umiała umówić się np z neta na numerek. Ileż to. Tyle,że nie wiem czy się przełamię. To już nie kwestia nadmiernego szacunku do siebie, dumy czy honoru, bo dawno ich nie mam, ale jednak obrzydzenia. Może jestem asexualna? Może wystarczy więcej wypić i mocniej zacisnąć zęby. Może to kwestia czasu.

  To make you sweat:)

00:16, confetti
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 lutego 2006
Igrzyska

   Ostatnio byłyśmy z Anją na pizzy. Jak zwykle, skończyło się głównie na nadawaniu o szkole, tzn ona nawijała. Z zainteresowaniem, przejęciem, entuzjazmem, z precyzją germanistki, z satysfakcją, jak czułam. I cieszę się. Patrzę na to z podziwem i zazdrością, na konkretność jej życia, zorganizowanie, jasny cel, odliczone tygodnie do końca roku, jej umiłowanie mieszkania z rodzinką, wykalkulowany każdy jeden dzień. Niesamowite jak można tak.

  Ja jestem jak niby nowy budynek, w którym zawaliły się wszystkie wewnątrz piętra, z zewnątrz maskuję się, maluję, przebieram, żeby nie było nic z drogi widać. Boję się, że widać. Gdy ktoś podchodzi, by zajrzeć mi w oko, w okno, cofam się, żeby nie zobaczył tej wielkiej dziury.

  Zaczynają się igrzyska, wszyscy potrzebujemy zabawy i igrzysk, relaxu, odskoczni, uśmiechu, radości, uścisku, nie przetrwamy inaczej/ nie.

21:15, confetti
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 lutego 2006
Roztopy

   Zaspy jak zaspy, ale roztopy, to jest dopiero! Powiedziałabym "jazda", a w takich dniach nie idę, a płynę po prostu=niezły rejs:) Myslałam,że dzień będzie luz, bo 3a pojechała na wycieczkę, czyli lekcja mi z nimi przepadła, a tu znowu popisy zaczęła 3c. Straszne jest to i b niewychowawcze, że tak naprawdę, to już z nimi nie walczę, koniec końców, byle się nie pozabijali, byle szybciej z tym wszystkim, byle do czerwca. Mogłabym uczyć i w weekendy, żeby odrobić z nawiązką wszystkie godziny i mieć szybciej wakacje, a tak - tak mi się czasem to dłuży. Choć generalnie czas pędzi przecież jak intercity, był wrzesień a już choinka, zaraz święconki itd. Jutro rada klasyfikacyjna=będę siedzieć w szkole od 8ej do 20ej, oby nie dłużej. Bleee

   Roztopy - rymuje się z rajstopy - ulubione polskie słowo Felixa:) Nigdy nie mówi go po angielsku, zawsze rajstopy i rajstopy. Heehhe. Zamilkł twardo. Ja mu się nigdy nie narzucam. Wiem, że jak nie on zaczyna rozmowę, to nie ma rozmowy, taka prawda, często ignoruje gdy jest zajęty albo co. A na jego crazy stronie marzenia o słodkiej dziewczynie, jak miód, jak słodki króliczek, sweet bunny, oh god:/ Heheh, mówiłam, wkrótce święconka! Hehehhe, nie no, na razie karnawał. Ależ bym gdzieś zabalowała...

   Dobra, brać się do pracy, pisać motywacje ocen ndst.

19:25, confetti
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 lutego 2006
Zaspy

   Przez zaspy białego piachu i ze snieżną zadymką prosto w oczy do szkoły przez całe miasto. Śnieg to magia, lecz dziś wyklinałam gromko na jego cześć. Za dużo już, i oblepia mi dżinsy po kolana. Znam tę trasę na pamięć, przecieram ją już 5 lat, a czasem tak się boję,że zabłądzę, w tym miastku, w którym nie da się zagubić, że nie dojdę, że padnę po drodzę w ten teraz snieg, że mnie przysypie,i zasnę słodko nim to jakiś promyk słonka nie ogrzeje mi twarzy, i w sumie, marzę o tym!

  Gdy się teraz jedzie gdzieś pociągiem białe niebo tak cudnie zlewa się z białą ziemią, pociąg wtedy unosi się i mknie jak boeing 707, ponad:) Przypominam sobie pociągi i samoloty, po drodze.

  Lekcje z 3a najbrutalniej ściągają na ziemię. A. wrzeszczy, że bezpodstawnie dostała na semestr +2, B. że +3 (i tak oboje duużo za dużo). A. nadyma się, kapią jej wymuszone łzy, B. nie będzie już ze mną rozmawiał do końca roku szkol. Yeah! 3mam za słowo. Przynajmniej będzie spokój;)

  Po takim ładunku emocji czuję się co dnia jakbym przeniosła tonę węgla. A w środku nie czuję już nic. Wracam znowu przez zaspy i śniegi, jem coś nie czując smaku, patrzę przez okno na śnieżną łąkę, robię jej fotki swym eriksonem, będzie pamiątką na orzeźwienie na lato, wtedy wszystko będzie wreszcie inne lepsze, powtarzam sobie. Bo będzie, nie?

20:11, confetti
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 06 lutego 2006
Cisza

    Felix nie odzywa się więc, zamilkł smsem o tym byśmy konkretnie ustalili spotkanie. I że uściski, i cisza. Cieszę się, że tak mu dobrze w Polsce. Trzeba mu dobrego, zawsze mu to powtarzam. Zwichrzony to chlopiec jest, często wybuchowy. Nie dałabym mu spokoju ani on mnie. Zresztą, co ja tu dumam, on rwie tam pewnie u siebie panienki, a tu nagle jest bohaterem mego bloga, miałby duży ubaw. Heheh...

  Te moje dziewczyńskie rozważanka, dziecinne. Poczytajcie blogi bezwstydne, rozbuchane, studentek, znudzonych żon, mężów. A tu - cisza.

  Enjoy the silence

23:17, confetti
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2