Let me take you on a trip ...
środa, 29 listopada 2006
Brokeback Mountain

     Bardzo się bałam tego filmu, tragedii wiszącej w powietrzu od samego początku, choć ostatecznie finał mocno mnie rozczarował wobec tak ciekawie zawiązanej akcji. Ale i odetchnęłam z ulgą, że nie był mocniejszy i bardziej miażdżący, bałam się tego bardzo, siedziałam i gryzłam palce cały czas.

     Zadziwiające, że ci dwaj panowie na każdego mogą wyglądać, ale nie na gejów, a jednak w ich historię uwierzyłam od razu. I w ich uczucie, głębokie i po prostu ludzkie, nieważne czy homo czy heterosexualne. Tak jakoś bardzo mnie to wszystko targnęło za serce, że jeszcze długo trzymał mnie ten film i powrócę doń jeszcze na spokojnie.

     Wrócę nie raz/ 

piątek, 24 listopada 2006
A Schoolboy

     Jak już wspominałam, moja excytacja pewną książką i filmem na literę P., sprawiła, że ostatnio jakoś przypomniał mi się mój dawny uczeń z korków. Właściwie nie powinno mi się to z nim kojarzyć, bo nasz układ zawsze był profesjonalnie superpoprawny. A jednak.

     Nigdy nie wierzyłam w jakąkolwiek fascynację nauczycielki swoim uczniem. Fascynacja w gimie zakrawa na pedofilię, a ja mam zdecydowanie zdrową awersję wobec nieletnich niż odwrotnie. Ale Andy chodził do LO, nasze matki znały się od lat i jakoś nakręciły mi te lekcje. Nie wiedziałam, że będzie mi tak ciężko. Skupić się siedząc koło niego rozłożonego na mojej kanapie, odpędzić dziwnych myśli jak wreszcie wychodził, skupić się kiedy miał przyjść. A przecie był to całkiem szczeniak. Szczeniak, a z wyglądu jak młody bóg, b wysoki, smagły, rozklejający wzrokiem czarnych jak węgiel oczu, beztroskich i roześmianych a dawno już nie dziecięcych. Może to był żałosny zachwyt świeżo odrzuconej. Może to tak z braku laku. Choć, jak wyznałam wtedy E., roznieciłby mnie on nawet jakbym była mężatką z trójką dzieci. Strasznie mnie kręcił fizycznie, jak mało który. Pamiętam, że kiedy zabójczo kochałam się w pewnym (również pięknym) artyście, nigdy nie mogłam się z nim hm wyobrazić. Z A. nie miałam najmniejszego problemu, te myśli prześladowały mnie, roztapiały i nie dawały spać;). Uff.

     Niestety, intelekt nie szedł w parze z jego urokiem osobistym, każda lekcja była wielką harówką, wychodziłam z siebie, wymyślałam od podstaw różne metody, a kiedy odkryłam, że on nie wie po polsku co to jest przymiotnik, lekko wymiękłam. Potem nagle przestał przychodzić i naprawdę odetchnęłam. Bynajmniej nie tylko z naukowych powodów:)

     Aż tu nagle wczoraj po chyba dwóch latach ... dzwoni sobie jakby nigdy nic. Czy go pamiętam i czy mogłabym go dalej uczyć. Bo musi wreszcie zdać tę "maturkę". Tak mnie zaskoczył, że zamiast się zdecydowanie wykręcić, wymamrotałam, że ofkors. Mimo, że będzie to dalej niezła orka i w ogóle. Po co mi on na mojej kanapie, tak bez sensu. Wygłodzonej starej pannie guwernantce, heh. Nie?

     Zjawił się dziś umówić i jest jeszcze piękniejszy.

     Głupiam aż głowa boli/

    

21:47, confetti
Link Komentarze (9) »
środa, 22 listopada 2006
Buy Now

     Nie wiem, po co znowu byłam w weekend w X., masochizm to po prostu. Ceny kawalerek sięgnęły tam już 200 tys, musiałabym wyjść za szejka, by kiedykowiek zobaczyć takie pieniądze na koncie. Gdyby ów szejk w ogóle był tak miły, by mi przelać ofkors:) Póki co, nie ma się już co łudzić. Tyle rozsądek, a wewnątrz coś mówi mi, nie odpuszczę, kiedyś i tak się tam przeniosę, wymyślę coś, znajdę szejka nie szejka, wyjadę, zapracuję, coś wykombinuję. Tak już wrosło we mnie to marzenie i plan, że nie umiem wymyśleć niczego innego wzamian.

     Pojechałam z Melią, bo jeździ tam na kurs, poza tym nalegała bym dała się zaprosić do restauracji na obiadek w ramach niby zaległych moich imienin. Bynajmniej nie chodziło mi o ten obiad, M. jest ostatnio total zdołowana pracą i ogólnie życiem, chciałam jej więc towarzyszyć. Nie wiem już sama jak jej pomóc, kupiłam jej nawet deprim i bierze, więc naprawdę kiepsko się trzyma. Mało co mogę z niej wydusić, zacięta się zrobiła i nieprzystępna, wiecznie ją rozbawiam/rozmawiam, ale już brak mi pomysłów. Coraz mniej mówię jej też o swoich wybojach, po co. Ja nie pomogę tobie, ty nie pomożesz mnie, chciałoby się rzec. Może nie, a może tylko my możemy wspierać się naprawdę.

     W galeriach już pełny świąteczny wystrój, wszyscy w gotowości czekają na najlepszy sezon handlowy w roku, uśmiechnięci sprzedawcy, gigantyczne choinki, lśniące samochody, wszys-tko. Nie ma jeszcze żadnych SALES, więc wróciłam jeno z paroma kosmetiksami, typu błyszczyk glamshine itp. Drogi aż boli i w sumie po co, ale miałam go już, jest świetny. Cały ten świąteczny przyspieszony jarmark nie obszedł mnie wcale. Kiedyś zachłystywałam się tym jak dziecię na boże narodzenie, dziś spokojnie patrzę na ten marketingowy zmasowany atak handlowy, za nic nie wezmę czegoś byle tylko kupić. Ile byś nie kupił, nie kupisz wszystkiego. A i tak najważniejszego nie da się kupić i tak.   =spokojnie/

     ...  Poszalejemy na wyprzedażach!! ;))

20:04, confetti
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 20 listopada 2006
Let Me Out Of Here

     Ja nie piszę, niech on lepiej śpiewa:

http://www.youtube.com/watch?v=pX8HaxDOEQQ

Why don't you quiet down
Why don't you quiet down
Why don't you quiet down
Why don't you quiet down

(...)

We are going to crack your little souls
We are going to crack your little souls

     ... nareszcie odrobina powietrza/  potrzebuję więcej

piątek, 17 listopada 2006
No More Tears

     Długo się zbierałam by odwiedzić Aszi i jej małą córeczkę. Bo ciągle nie mam czasu, bo ... nie miałam na to siły. Zwlekałam i zbierałam się w sobie, żeby jakoś dać radę. Dałam, a jak, dzidzia jest przecudna, ma mądre niebieskie oczy, cały czas jest głodna, a co zje to wypuści:)) Kupiłam jej różowe ubranko. Aszi świetnie wygląda, jest jak zawsze pogodna i wyluzowana. Pierwszy byłam w jej nowym mieszkaniu, pachnącym świeżością nowych mebli, urządzonym nowocześnie a bardzo schludnie, wręcz ascetycznie, jak to A. lubi. Jest ono zaledwie parę kroków od naszej "firmy", w nowym bloku, jasne i całkiem duże jak na początek. Lub na zawsze. Słowem, idealnie. Mąż dzwoni, że wróci wcześniej, A. opowiada mu o obiedzie, ja siedzę na brzegu kanapy te dwie godziny, patrzę niby normalnie, a chwilami jak zza grubej szyby, żeby w ogóle tam wysiedzieć, wytrzymuję całkiem długo, potem idę do domu, kładę się pod kocem, zakrywam po czubek głowy. Jedna łza, tylko jedna paląca łza, zła jestem o nią na siebie, przecież mam wszelkie żale i smutki poza sobą, więc czemu?

20:07, confetti
Link Komentarze (11) »
wtorek, 14 listopada 2006
La Pianiste

    Tak wielkie wrażenie zrobiła na mnie książka, że dostałam na urodziny od Melii i film. Ale cóż, ekranizacja nie doścignęła pierwowzoru. Podobała mi się wizualna strona filmu, obrazy, ujęcia, klimat, jak i gra głównej aktorki. Jednak nijak nie oddało to strony psychologicznej całej historii, zmieniło się zaledwie w powierzchowną i beznamiętną opowieść, może i zamierzoną, ale zdecydowanie za płytką jak na rzecz opisaną w książce. Zadziwiające, że Klemmer w filmie nie jest męskim szowinistą. Przedziwne, że dalej męczy mnie ta książka, że chyba zacznę czytać ją od nowa. .../

sobota, 11 listopada 2006
L'Arc-en-Ciel

    Tydzień pracy wnerwił mnie na max. Jak ja mam przedstawiać superatrakcyjne zajęcia (jak to trąbi nam Dyr) jak co rusz dostaję pięć minut przed dzwonkiem wiadomość o zastępstwie albo parę dni uczę.. na stołówce? Gdzie jest fatalna akustyka, lekko mówiąc niemiło pachnie i ciągle ktoś chodzi z obsługi i przeszkadza. Nie jestem jakaś dama, żeby mieć koniecznie luxusową pracownię, ale nie znoszę jak ktoś mną tak o pomiata, i to mnie, a nie innych tak ot przenoszą albo wciskają mi lekcje jak im się tylko podoba. Gdyby Dyr miała choć słowo zastrzeżeń w te dni pod moim adresem, postanowiłam nie przebierać w słowach.

     Praca niezawodnie podnosi mi więc ciśnienie, a poza tym listopadowa nudzia. Ożywiła ją nieco wiadomość o wycieczce do Francji w maju, nareszcie!! Całe życie o tym marzę, zobaczyć Paryż, och! Zawsze pragnęłam pojechać tam co prawda z jakimś loverem, ale co tam, jak na pierwszy raz (bo zamierzam tam w życiu skoczyć nie raz) mogę i z siorą. Tym razem wezmę Melię, choć widzę Mami też ma wielką ochotę. Zapiszę je i dwie, jak chcą, bardzo bym chciała zabrać je obie, ale koszty są jakie są. Bardzo okazyjne, a i tak spore. W tym szarojesiennym nastroju dodało mi to bardzo otuchy, nie ma co. Na czworakach, ale dotrwam do tego maja, dotrwam i już. Muszę się na poważnie wziać za francuski, by jak najwięcej zrozumieć tam, bo odezwać to się pewnie do żadnego sexi Francuza nie odezwę:) No i kupić cyfrówkę i nauczyć sprawnie pstykać foty. Oooo, I cant wait!

     Grunt to mieć choć jedną w życiu perspektywę, zawsze mówię/

21:47, confetti
Link Komentarze (12) »
środa, 08 listopada 2006
Suicide Blonde

     Byłam chora, byłam totalnie chora, kiedy dowiedziałam się o śmierci tamtej dziewczynki. Z przerażenia, z bezsilności i bezradności. Jako nauczyciel gimnazjum, jako dorosły stojący na straży moralności i prawości, jako budowniczy nowego pokolenia, ale i jako urodzony nadwrażliwiec. Na krzywdę innych i krzywdę własną. Jako osobowość także spokojna i dosyć w sumie skryta. Bez względu na to ile mam lat. = Jednocząca się z tymi, którzy nie udźwignęli ciężaru swoich kłopotów i swej duszy. Nigdy przez nikogo nie krzywdzona, ogólnie czy tak, jak skrzywdzono to dziecko, ale mająca różne chwile, różne myśli jak sobie w życiu i z życiem poradzić, itd. Kiedy doszły do mnie wieści o Gdańsku, zrobiło mi się niedobrze, kiedy czytałam artykuł o tym w Dużym Formacie nieomal nie zwymiotowałam. Media powiedziały już bardzo wiele na ten temat, nie miałam zamiaru pisać o tym, uderzać w gazeciarski ton, po co.

    Wczoraj uderzyła wiadomość, że powiesiła się nasza była uczennica, już studentka, pierwszy rocznik jaki uczyłam. Przemiła, skromna i spokojna, utalentowana. Śmierć niesie się przeklętym echem.

21:02, confetti
Link Komentarze (1) »
wtorek, 07 listopada 2006
Lila Rouge

      Niedziela - pogoda pod psem, idziemy z Melią przez ulicę, Melia pierwsza przechodzi, auto ustępuje przed pasami, drugie, za bardzo rozpędzone, hamuje w jego bagażniku. Nieduża stłuczka, ale nam serca podchodzą do gardeł, jeszcze nie wyjechałyśmy na drogi od kiedy mamy prawka, a już zamieszki na jezdniach... yyy

     Żal nam tego pierwszego faceta, mógł nam nie ustępować, jechać dalej, a tak ma stuknięty wóz..

     Oko mi znowu lata jak szalone, zakupiłam solidną porcję więc magnezu.

     Poniedziałek nad ranem - śni mi się jakiś kolejny kurs, chyba zagraniczny, bo zaprzyjaźniam sie tam z jakąś Japonką, Japonka jest z Kanady, biegniemy przez wielkie miasto, bo musi zdążyć na powrotny samolot. Śni mi się ona jak modelka, kolorowo i wyraźnie. Już wiem, naoglądałam się reklam w błyszczących gazetach, u diora orientalna kobieta reklamuje szminkę rouge. Choć to chyba nie ona.

     Dziś nad ranem śni mi się z kolei świetny facet, kręci się pod moim balkonem, pamiętam, że ma półdługie włosy i roześmiane ciemne oczy.

     A potem nagle dzwoni budzik i to jest jak młotem pneumatycznym w twarz.

22:39, confetti , Dreams
Link Komentarze (2) »
sobota, 04 listopada 2006
Cranberries

     No to mamy listopad, najbardziej ponury, najmniej lubiany miesiąc roku. Choć jak go zawsze ogólnie lekko znoszę. W listopadzie nie widać za bardzo życia, wszyscy siedzą w domach, a czego oczy nie widzą .... . A i ja wolę się w domu ukrywać niż za bardzo exponować. Także jesienne wieczory nigdy nie są dla mnie za długie. W pracy (oraz do i z pracy) tyle się nabiegam, naganiam między ludźmi, że długie spokojne zmierzchy to dla mnie bezcenny luxus:) Chowam się wtedy z książką pod koc, zapalam żurawinowe świeczki (światło, więcej światła!!) i piję różne smakowe herbatki, a to mango, a to hiszpańska mandarynka, mniam.

     Co nie znaczy, że wpadam w jakiś błogostan, o skądże. Też mam swe dni melancholii, smutku i żalu, którym sprzyja ciemne niebo, szare chmury i ogólna moja sytuacja. Bardzo mnie znowu męczy kwestia mieszkania, bezustannie szukam ofert, ale ceny w X. są tak dantejskie, że mi po prostu słabo. A koniec roku się zbliża, jeśli nie znajdę czegoś jak najszybciej, to już właściwie mogę se to odpuścić. Skoro od stycznia będzie jeszcze gorzej, jeszcze drożej.

     Ludzie powoli umawiają się na sylwestra, nasze grono jest tak zżyte, że lubi razem się bawić, no ale mnie nikt nie zaprosił rok temu i teraz będzie tak samo. No bo jak na elegancką imprezę w restauracji zaprosić kogoś solo, nawet nikt mnie nie zapytał! I nie pyta. Wuefistka chce wkręcić tam Anję ze swoim bratem, choć A. go jeszcze nie zna. Dla mnie brakło już kawalerów, heh.

     Nachodzi mnie więc myśl o wyjeździe na święta, gdziekolwiek.

23:45, confetti
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2