Let me take you on a trip ...
niedziela, 30 listopada 2008
niepodległość, wolność, gazeta wyborcza

     Topię się. W stresie, walce z czasem, pracy w pracy i po pracy. Każdy dzień spędzam dokładnie w trzech pomieszczeniach: pokoju nauczycielskim, bunkrze, który udaje moją klasopracownię (i chwalę niebiosa za to, że wreszcie mam znowu swe miejsce) i w swoim pokoju. Cudowne, że droga z pracy do domu zajmuje mi 2 min, ale tygodniami nie widzę miasta, żadnych ludzi oprócz rozbujanej młodzieży i swej rodziny - dwóch wycofanych facetów i matki wychodzącej z depresji. Wczoraj wyszłam do centrum i zadziwił mnie przedświąteczny wystrój, nowe sklepy i wystawy. Zaniepokoiło mnie, że jak najszybciej chciałam stamtąd uciec. Odwiedziłam po drodze Melię, obejrzałam ich nowy nabytek czyli wielkie wspaniałe akwarium i pobawiłam się ze świnkiem morskim. W pewnej chwili Melia goniąc go po pokoju zakrzyknęła - chodź tutaj łobuzie, pobawisz się z ciocią! - i drgnęłam cała w środku. No tak, jeszcze to mnie wkrótce czeka, najtrudniejsze. Wydarłam z siebie pragnienie posiadania dziecka, dorobiłam do tego bezduszną ideologię, ale moment, w którym kiedyś usłyszę tę nowinę aah .. zaboli jak mało co.

     Nie tylko siedzę jednak w domu. Na długi niepodległościowy weekend wyskoczyłyśmy z Barbie, Milką i U. (niech będzie Ulą - bynajmniej nie brzydullą) w góry. Tylko, że wypad średnio był udany - U. miała grypę, w pensjonacie była awaria ogrzewania, a M. nie wiadomo po co ściągnęła tam jakiegoś kolesia z internetu, mimo, że sama ma faceta. Ten zaś gość jechał do niej przez pół Polski = jasne było, że na coś liczył. A M. okropnie go potraktowała - b.opryskliwie i nieuprzejmie, aż wstyd było na to patrzeć. Barbie wyjawiła mi po fakcie, że M. liczyła, że to JA się z nim spiknę! U. ma męża, Barbie odnawia jakiś związek sprzed lat = M. wymyśliła, że przypadniemy sobie do gustu! Fakt, słyszałam w nocy jak girls rozmawiały o mnie, że się przy nim nie odzywałam, że B. chciała mnie rozkręcić, ale nie wie jak. Nie muszę pisać jak mnie to wkurzyło! Jeśli chodzi o gości z internetu SAMA się z nimi umawiam i choćby to miała być porażka spotykam się z takimi, którzy mnie interesują, nie potrzebuję swatek. Może inaczej bym śpiewała, gdyby owszem spiknięcie nastąpiło. Ale nic z tych rzeczy, gościu był jeszcze dziwniejszy ode mnie, a ja nastroszyłam się i wyłączyłam z rozmów z nim zupełnie.

     Ale to wszystko można było jeszcze uznać za wycieczkowe przygody. I tak też to traktowałam ciesząc się pięknem gór, dziko silnym wiatrem, zdjęciami, grzanym pifkiem w schronisku, pyszną pomidorówką w obskurnym barze i słodkim bólem nóg i pupy (!) od biegania po szlakach. Bity rok nie byłam w górach, w ogóle nigdzie nie byłam w tym roku = chciałam naprawdę dobrze wypocząć. Tymczasem jedna rzecz dobiła mnie na max - nieustanne, dosłownie cogodzinne fony facetów M i U, od kiedy wsiadłyśmy do auta aż po powrót. A co tam, a jak tam, a co kupić, a kiedy wracasz itp .. Nie jestem aż tak wredną starą panną, żeby mi parę fonów przeszkadzało, ale były ich setki, po prostu setki! Nawet do B. dzwonił ten jej kolega, tylko do mnie nikt. Na początku mi to mykało, ale z czasem... Najlepsza akcja była jednak w ostatni wieczór - M. zmęczona zasnęła i nie odebrała rozmowy od lovera, ten rano zrobił jej aferę = natychmiast chciała wracać!!  U. nie protestowała, bo była chora, ja też nie bo wkurzona i B. jak się okazało też = zamiast jeszcze pół dnia wędrować po górach, zwinęłysmy się i rano uderzyłyśmy do domu, tracąc jeden dzień wyjazdu i bez sensu tłukąc się tyle godzin z bagażami by być tam tak krótko.

     Często myślę, że coś jest ze mną nie tak, ale czasem jak patrzę na innych to czuję się tak wspaniale zdrowa i normalna. Powinnam zdecydowanie więcej bywać wśród ludzi.

    

14:40, confetti
Link Komentarze (2) »
niedziela, 23 listopada 2008
Karol Kot

Śnieg w kościołach, śnieg w bramach, śnieg pod Kopcem Kościuszki. Mam cień - widziałem - obejrzałem się.
Mam cień siny na śniegu.
Mam płaszcz, za duży, ciemniejszy od spodni
i mam w płaszczu narzędzie.

Nie, nie zasłaniaj. Nie zasłonisz. Zostaw.
No, jeszcze bardziej odkryj.
Lubię jak krwawisz. Bo stare kobiety
nie. Plecy. Dzwonek. Dzwonki
w kościołach, w bramach, pod Kopcem Kościuszki.

Guzik z orzełkiem. Trener
sekcji strzeleckiej stwierdził, że nie mogę
reprezentować. Wziąłem duży rozmach
i ściąłem jednocześnie: chłopca, śnieg, powietrze,
swój kręgosłup, łodygę, śnieg pada, maszeruję przez sen,

mnożę się.

/m świetlicki/

18:20, confetti , Poetika
Link Komentarze (2) »
sobota, 22 listopada 2008
kanał kodowany

     - Nie wiem czy można poważnie traktować faceta, który wali konia i z upodobaniem przesyła ci fotki swego fiuta - rzekła Lina po paru kieliszkach wina, gdy rozmowy nasze zeszły w piątkowy wieczór z tematu pracy na sfery mniej profesjonalne. Zadziwiające, że choć Lina jest na codzień osobą dość spiętą + zagorzałą katoliczką kiedy się nie spotkamy zawsze gadamy o sexie, nieważne czy po winie czy nie. Z żadną inną kumpellą tak nie mam.

     Wzruszyłam ramionami.

     - Nie wiem, ja go o to nie prosiłam, sam zaczął, a ja mu tego rodzaju zdjęć nie posyłam.

     - Musisz koniecznie przesłać mi jego zdjęcie. Jego, nie penisa :)

     Tyle było o T., potem ona znowu zaczęła swoją śpiewkę o Macie, że na pewno jest sam, że ciągle widzi jego auto pod domem jego rodziców, spotyka z jego matką, a nie z kobietami. Tym razem pożartowałam z nią ostro na jego temat, ale zrozumiałam, że moje zainteresowanie nim kompletnie wygasło. Zresztą, czemu miałoby być inaczej.

     Po kolejnej porcji % Lina tradycyjnie zaczęła ubolewać nad wygaśnięciem jej życia intymnego z mężem, zaczęła prezentować swe sex gadżety, machać wibratorami, a wszystko to z erotycznym kanałem tv w tle i dziwnymi aluzjami, które szczerze by mnie zastanowiły, gdyby nie to że jest stateczną mężatką. A na koniec .. wcisnęła mi (do torby) takie kulki do wkładania do .. hehehe, nieużywane. Nigdy nie miałam żadnych takich zabawek i nie sądzę, żeby mnie to ubawiło. Potrzebuję mięsa, nie plastiku.

     Parę dni potem bezlitośnie oceniła fotkę T. Że źle mu z oczu patrzy i wygląda na mordercę. Zastanowiło mnie to, bo ton jej odebrałam jako szczery, nie żeby se jaja robiła albo chciała mnie rozdrażnić. Ale mogła sobie darować.

     Może jednak pozostanę przy kulkach .. .

19:44, confetti
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 listopada 2008
uwaga zły pies

     Jestem taka fakin bizi, że nie mam kiedy pisać. Ani o czym. Zasypana testami, zadaniami, biegam z rady na zebranie i szkolenie, a jak mam trochę wolnego czasu odwiedzam/przyjmuję znajomych, gapię się w komputer (ale nie mam siły i nie umiem się wyciszyć, by coś tu wpisać) lub po prostu śpię, przeglądam kolorowe magazyny, lecz nie jestem w stanie czytać. Czuję się w środku maxymalnie rozhuśtana nerwowo, mamy bowiem remont pomieszczeń tam gdzie mam swą salę i już trzeci tydzień biegam po trzech budynkach, co totalnie rozwala mi lekcje, polowanie na oceny i efektywną pracę. Małe rzeczy potrafią mnie czasem wytrącić z równowagi, a tymczasem zmagam się ze stresem znalezienia co przerwę sali, która teoretycznie powinna być wolna, a często nie jest, wydarcia klucza starym matronom, co to nie wypuszczają go nawet po lekcji, dźwigam tu i tam bumboxa, ciężką siatę z książkami, kurtkę i szalik (a nuż trzeba będzie biec przez podwórko), dziennik oraz garść kluczy. Zziajana, nabuzowana i nieświeża. Kiedy już okaże się, że zajęte jest w trzech budynkach absolutnie wszystko (nawet świetlice, kawiarenki i łączniki) wracam do swej klasy, rozkładam cały ten majdan i zaczynam na upartego lekcje nagle odzywa się obok młot pneumatyczny albo ogłuszające borowanie tylnej ściany. Próbujemy to przeczekać, ale kiedy huk narasta zbieramy się i koczujemy pod salą gimnastyczną lub na korytarzu, pod maszyną do kawy. Kiedyś wykombinowałam, że wielką klasę ulokuję w małej sali językowej, a drugą połowę w pobliskiej czytelni, ale bibliotekarki wypędziły mi młodzież i nie pozwoliły nawet pożyczyć krzeseł. Wtedy myślałam, że zacznę wyć. Pieprzone małpy, królowe pięciu półek z książkami, powinnam powiedzieć specjalistki od technologii informacyjnej całe dnie przepisujące numerki z woluminów na nowe naklejki ufundowane przez jałmużnę z gminy. Udławcie się swoimi krzesełkami.

     Wczoraj poskarżyłam się dyrektorowi, kiwnął głową, burknął, że to nie nasza placówka prowadzi ten cały remont, ale na drugiej przerwie sam do mnie podszedł, dowiadywał się i niby od przyszłego tygodnia ma być wreszcie cicho. I dziś - na ostatniej lekcji w piątek - już było.

     Niby nic, ale przez wszystkie te dni przychodziłam do domu styrana jakbym przeniosła na plecach tony gruzu. W dodatku w zeszłym tygodniu okazało się, że główny dyrektor nie ujął mnie w projekcie, który zaakceptowany gwarantować będzie anglistom świetną darmową podyplomówkę. A on wcale nie wziął mnie pod uwagę! Odebrałam to jako potwarz + namacalny dowód kiepskiej oceny mej pracy i cały zeszły weekend spędziłam zdołowana i spalona ze wstydu. Lina próbowała mi wpierać, że to jakaś absurdalna pomyłka, bo wszystkie zgłaszałyśmy na pocz roku szkol chęć udziału w tych samych formach doktształcania. I wiecie co? Poszła do dyrektora to wyjaśnić! Nie ja, bo byłam obrażona i upokorzona, a ona pogrążyła mnie jeszcze bardziej w jego oczach, jak sądzę. Ale oto rano zaraz po dzwonku główny przybiegł do mnie z papierami  ... tłumacząc się pomyłką w druku i przeoczeniem mej osoby wyrażając nadzieję, że chcę iść na te studia. Zaskoczona nie odmówiłam. Ale naprawdę mi wstyd, teraz podwójnie, bo czuję, że tutejsza dyrekcja wcale nie chciała we mnie inwestować.

     W zeszłym tygodniu powróciły mi od dawna uśpione problemy trawienne i .. pękł mi aparat, który noszę ze względu na bruksizm. Po prostu go rozgryzłam na pół, cud, że się nie udławiłam w nocy. Kurfa mać.

    

20:05, confetti
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 10 listopada 2008
nie pytaj o Polskę

     Nigdy nie byłam patriotką. Pochodzę z rodziny przesiedleńców, rolników bez tradycji patriotycznych, których całe życie interesowała przede wszystkim walka o chleb, nie o losy ojczyzny. Nie wykluczam, że i bojownicy takowi w rodzinie byli, ale rodzice nigdy w nas postawy patriotycznej nie krzewili. Wybałam na maturze historię, bo nie cierpiałam biologii a z matmy byłam totalną nogą. Na fakultecie połączono wtedy naszą grupę przeciętniaków z najlepszą klasą - dzieciaków inteligentów, oczytanych i obytych w życiu politycznym kraju. Na maturze pisemnej były tylko dwie bdb - za pracę zmanierowanej prymuski i moją - na temat polskie drogi do niepodległości, bo temat bardzo mi jakoś podpasował i wzmocniłam go obyciem polonistycznym. Ale to był przypadek.

     Studiowałam kierunek wybitnie kosmopolityczny, zafascynowana kulturą anglosaską drwiłam z polskiej, pamiętam, że wyśmiewałam poglądy jednej z koleżanek - wielbicielki harcerstwa i kamieni na szaniec. Kiedy pod koniec studiów drwiła razem ze mną - byłam z siebie bardzo dumna. Podczas pierwszych podróży po Europie nie przyznawałam się skąd pochodzę. Jeśli już, to gdy ktoś nie dosłyszał skąd jestem i pytał - are u from holland? - przytakiwałam bez drgnienia powieki. Wolałam być znikąd i skądkolwiek niż Stąd. Kraju męczenników, kombinatorów, katolików-hipokrytów, oszołomów i wiecznych malkontentów. Kraju wciąż doganiającego Europę, choć w Europie od tysiącleci. Po prostu było mi wstyd.

     A potem zaczęłam spotykać obcokrajowców zachwyconych Polską, zaczęłam ją zwiedzać i oglądać okiem przybysza, pokochałam Trójmiasto, góry i dziki polski zachód. Odwiedzałam Warszawę i byłam zszokowana kontrastem między wspaniałymi, nietkniętymi wojnami stolicami Europy a miastem raną, bez antycznych budowli i łuków triumfalnych, którego triumfem jest samo trwanie. Ucząc najpopularniejszego j obcego doceniłam piękno i odrębność mowy ojczystej. Ucząc tolerancji przypominam innym i sobie, że podstawą jest akceptacja i duma z miejsca, z którego pochodzę - początek drogi do całej reszty świata i warunek pokochania każdego innego rejonu, zwyczajów i człowieka. Zrozumiałam, że ukochanie ojczyzny MA sens.

     Kocham ją oczywiście na swój osobliwy sposób. Nucę dziś jedną z najpiękniejszych pieśni patriotycznych jakie znam - piosenkę Obywatela GC. Fantastyczna, subtelna muzyka i mocne słowa:

nie pytaj mnie
co ciągle widzę w niei
nie pytaj mnie dlaczego w innej nie
nie pytaj mnie
dlaczego ciągle chce
zasypiać w niej i budzić się

    

23:59, confetti
Link Komentarze (5) »
sobota, 01 listopada 2008
plz, bother me

     Historia mejlingu z Gepardem to przy T. mały pikuś. Niby to jest dla faceta tylko kolejna przygoda, ale on zaczyna traktować to dziwnie poważnie, wciąga mnie, prowokuje i chce uzależnić od siebie. Podejmuję rękawicę, ale jestem zdystansowana, zresztą innego pomysłu nie mam na tę historię. Na tyle, że jak raz przegiął w swoich manipulacjach i to mnie przystopowało umiałam twardo zamilknąć, na tak długo dopóki się nie zorientował, że sama się już nie odezwę. Ale że zorientował się w miarę prędko rzecz dzieje się nadal i to ze zdwojoną mocą. Wysłałam mu bowiem parę fotek, które mi samej się podobały (bo bez twarzy - 3mam się jakimś cudem nieźle), a jego zachwyciły, co z moim pisaniem tworzy mieszankę wybuchową, hehe. Jestem nadal przekonana, że to ja pogrywam sobie z nim, a nie odwrotnie. Pogrywam póki mogę, bo jak mnie kiedyś może spotka naprawdę - mina mu zrzednie. Wiem o tym i to mi daje odwagę by tak się bawić. Czy nie szkoda mi czasu?

     Nie. Mój czas na tzw ułożenie sobie życia dawno już minął, teraz mogę się rozerwać, o! Po czasach załamki wpadłam w kompletną obojętność, a chwilami to wręcz mi odpowiada, że jest jak jest. Jak widzę jak Martika zależna jest od "nastrojów" Petera, jak Lina męczy się ze swym mężem itp krew zamarza mi w żyłach. Oczywiście w życiu to norma, ma ono swe blaski i cienie, KAŻDE życie, moje i ich, ale na dzień dzisiejszy pragnę się cieszyć tym co mam, a nie czego mi brak. Czy to zasługa T., że tak myślę? Nie, bo on nie może mieć dla mnie większego znaczenia. A jednak .. jednak ostatnio zaskakująco odnowiłam swoją garderobę, mimo że do tej pory chodziłam ubrana jak żul, kupiłam więcej kosmetyków i więcej się uśmiecham. Jak głupi do sera, bo nadal nie wiem czy/kiedy on przybędzie, a jak już to nic z tego nie będzie. Mam czas by się tym bawić ale i by się jeszcze połudzić.

     Stoję więc na dorocznym spędzie na cmentarzu spokojna i beztroska pośród kuzynów z ich rodzinami, nie myślę o śmierci, myślę o życiu, radości i namiętności. Odstawiona w nowym płaszczyku, rurkach i super kozakach - i mimo, że mam masę komplexów i nigdy nie uważam się za lepszą - widzę, jak strasznie zaniedbane i zmęczone są te kuzynów żony - i cieszę się, że nie jestem jedną z nich. Nie gardzę ich życiem, tak strasznie chcę polubić tylko swoje.

18:52, confetti
Link Komentarze (3) »
tak/nie

     Autentyczna rozmowa nad grobem dziadka, ciotka szturcha mnie i pyta:

- Ten tam to chłopak Melii, tak??

- Tak.

- A twój?

- A mój nie:)))