Let me take you on a trip ...
wtorek, 24 listopada 2009
hearing damage 2

    

     Anja, jak sama mi zdradziła, ma zimową depresję, wodzi wzrokiem za Mattem, Matta spotkałam ostatnio w centrum jak spacerował powoli z .. kolegą; dziewczyny z pracy, te co zawsze muszą być na czasie planują przedświąteczny wypad do świątyni masówki ikea i planują bal przebierańców, szkoda, że nie ma śniegu i nijak nie umiem załapać klimatu, a już widać wypada. Tak jak oglądać film o wspomnianych vamipres, by mieć jakiś temat ze światem, by nie wpadać w popłoch, że coś mnie ważnego omija, sprawdzić, upewnić się, że to tylko kolejna papka i usnąć błogo i bez wyrzutów. Bo te wszystkie hity muzyczne i kinowe to ponoć tylko jakiś dramatyczny 1% tego, co naprawdę można odkryć w sieci i w sklepach. Fakt, że tryby promocji, generatory przebojów bezlitośnie wykoślawiają nasze gusta, ale tak naprawdę oglądamy i słuchamy tego samego, żeby mieć o czym rozmawiać, być na czasie, być bardziej razem. Po to też jedziemy do ikei i obchodzimy święta, nieważne czy w coś wierzymy czy nie, choć akurat przeciwko gromadzeniu się w swej wspólnocie pierwotnej nic nie mam i bardzo lubię. Wypada, nie wypada – czy coś w tym złego? Czy istnieje jeszcze jakaś prawdziwa alternatywa, czy ona także jest obliczona na tani efekt – tj. temat wytrych, tyle, że dla innej wspólnoty?

 

     Mijam wtedy Matta w centrum i tak się akurat składa, że idę z canonem do dziupli gorącą sesję sobie zafundować, bo obiecałam T, a to sobota moja jedyna wolna była tej jesieni, dobrze wykorzystana, bo zdjęcia wychodzą mi cudowne i sexowne, aż mi dech samej zapiera. Pirelli wysiada i idzie do domu na piechotę. Szkoda, że tylko z aparatem taka fun, ale co. I znów - wcale tego nie chcę, a ciągle stoję w opozycji do reszty towarzystwa, hitów kinowych itp. Bo filmy lubię zgoła inne i dla dorosłych. I co poradzę na to, że mój były obiekt zamiast migdalić się ze mną w dziupli to spaceruje po mieście z facetem. Ok., ok. bez aluzji, mnie też się zdarza wyjść na kawę z koleżanką. Bez takich.

 

     Wcale nie chcę być pokręcona i zboczona, by robić sobie śmiałe fotki, a wszystkie z samo----wyzwalacza, tylko tak się scenariusz układa. Pewnie w lepszej jego wersji mogłabym być tak dobra i wspaniała jak Jezus Zbawiciel z Rio de Janeiro, ten co ręce rozkłada tak, że nic tylko się w nie wtulić, zapomnieć się, bez plugawych podextów i dewiacji, zapaść się w te ramiona i skamienić tam w bezruchu, jak on bez ruchu stoi Ponad. Bardzo chciałabym go kiedyś zobaczyć na żywo. No w Rio. Do nieba nie chcę wcale – jak to śpiewa Fisz. Póki co, jedziemy lada dzień z canonem do europejskiej metropolii całkiem cenzuralne fotki robić, stacji, metra, ludzi, kamienia i szkła.  Nie mogę się doczekać.

 

      Thom śpiewa mi do ucha cały wieczór, słuchawki wpycham tak głęboko do wewnątrz, że po szyi cieknie ciepła krew. 

 

 

18:00, confetti
Link Komentarze (6) »
hearing damage 1

    

    Mój blog będzie teraz bardzo nudny (jakby kiedykolwiek był inny). Skończyłam z facetami, fałszywymi friends, uspokoiłam się, choć zawodowo to wiadomo - użerka ciągle i zawsze = stała dawka adrenaliny wpływa co dnia w moje żyły jak pobudzający lek, jak trucizna, bez której właściwie nie umiem już żyć. I to mi wystarczy.

 

    Jest taki film o wampirach, na którego punkcie szaleją teraz nastolatki (i podobno ich matki), zapomniałam tytułu, z aktorem o nazwisku przypominającym mi warzywo, taki hit, że jak oglądałam go z Barbie i Milką, a Barbie nalewki wiśniowej nie szczędziła nam w trakcie, to po godzinie zasnęłam snem niewinnej i zbudziłam się głośnym czknięciem własnym, ale hit, więc mus był fenomen ocenić. Gaży aktora o nazwisku warzywa bynajmniej zakupem bileta nie podniosłyśmy, a kto wie, może nawet dividi ściągnięte było przedpremierowo. I teraz druga część hitu przetacza się przez świat i już nawet nielegalnie filmu nie chce mi się oglądać, widziałam zwiastun, jeno soundtrack uwagę moją przykuł, jeden utwór, mianowicie Thoma Yorke mojego ukochanego, wokalisty Radiohead, tego, co głos ma anioła, a powoli traci wzrok, a muza jego jak nic na pewno w film o wampirach się wpisuje i nawet komerchą nie trąci, a wręcz trzyma poziom, bo mam ciarki na grzbiecie, mam ciągle jak tego słucham. Znakomicie brzmi nocą w listopadzie.

 

     W bibliotece nawet książkę miałam w ręce, tę, od której wampiromania się zaczęła i moment zawahania – wziąć, poczytać z ciekawości, dla formalności, mimo, że krytycy zmiażdżyli powieść bezlitośnie? Nie czytać dla zasady, mimo, że mit kusi, a reklama robi swoje? Ostatecznie wzięłam książkę Anny Kavan Lód – heroinistki i niedoszłej samobójczyni – czytam pod biurkiem na komisjach matur próbnych i podoba mi się.

 

17:56, confetti
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 listopada 2009
szansa na sukces

   Nie znam niezawodnego sposobu na sukces, ale znam sposób na nieuchronną porażkę - starać się każdemu dogodzić

  Platon

---
    z księgi Gute Madchen Kommen in den Himmel .. - recenzja wkrótce
sobota, 07 listopada 2009
folia

     
Mimo napiętego grafiku (z sobotą włącznie) ostał mi się jeden dzień, w który mam malutko zajęć = tylko wtedy robię dłuższy wypad na zakupy, załatwianie spraw i spacer w jednym. Czekam na ten moment cały tydzień: gdy wreszcie to ja szybciej wychodzę z młyna niż inni i z ulgą zajmuję się swoim życiem. Od jakiegoś jednak czasu Szeryf zaczął mi burzyć ten piękny zwyczaj uciążliwymi zastępstwami za notorycznie nieobecną laskę z naszego zespołu. Nie wiem co jej jest, czy dzieciak choruje, mąż, ona czy kanarek, nie obchodzi mnie to, a może powinno, skoro co drugi tydzień dostają mi się takie gratisy. Jedną godzinę dłużej zostać, ooook, z bólem ale jeszcze mogę, świnia nie będę, jednak ostatnio Sz. zaczął mi serwować zajęcia do końca dnia i to z oknami włącznie, co jest dla mnie szczytem nieelegancji z jego str! Ale kto by się tam elegancją w kombinacie przejmował. Widocznie doliczył się, że uczniom za dużo godzin ucieka i na siłę zaczął wciskać je innym. Ok, wszystko zrozumiem, zostanę ze swoimi klasami (poszlifujemy do maturki), ale nie mam żadnego interesu w tym, by nadrabiać czyjeś zaległości. W mój dzień święty, jedyny, gdy mam już w głowie trasę szopingu obmyśloną i działanie zaplanowane. Zrozumiem nawet to, jak dowiem się o tym choćby dzień wcześniej, nie na długiej przerwie = tuż przed. Nie chodzi o przygotowanie, rozkład lekcji znam na pamięć i mogę jechać z koksem jak stoję, ale .. nie w mój dzień, nie w ten.

     Raz już wyłgałam się ukradkiem, w tym tygodniu patrzę - znowu ten sam schemat - znienacka, z okienkiem, do końca zajęć, grr! Zagotowało się we mnie, bo musiałam uderzyć do centrum w trybie pilnym, m. in. .. odesłać torebkę z allegro. Kupiłam ją na książki i .. okazała się za malutka na to, co z sobą każdego dnia targam. Bulwers mnie złapał niepospolity. Ooo, minął bezpowrotnie czas poświęceń dla firmy, biegania Confetti na każde podłe zawołanie! Zostałam godzinę, ok, niech stracę (mimo, że zast są płatne, ale o kasie zarabianej w szkole nie rozmawiam), potem ruszyłam do sekretariatu, lecz żadnego z szefów nie było, nakłamałam coś sekretarce o wizycie u lekarza i po prostu wyszłam. Kazała mi później dzwonić do szefa, dzwoniłam już z domu i dwa razy usłyszałam, ze zajęty = wypaliłam, żeby mu przekazano, że nie przyjmuję dziś tych godzin, nie że proszę by mi je odpuszczono. Dobry pracownik to asertywny pracownik = nie można se pozwolić, by zawalano nas dodatkową, niepotrzebną robotą. Żadnego uznania za to i tak nie zdobedę, a wykorzystać się nie dam.

     Do miasta szłam jednak wkurzona i .. pełna winy za cały manewr. A co będzie, gdy naprawdę będę potrzebować wolnego? Kolejny raz już mi się nie uda .. Ale czy nie mam prawa mieć wizyt/wyjazdów itp na kilka godzin po planowych zajęciach? Mam święte prawo. I nie będę wyrabiać godzin faworyt Szeryfa, z którym jest ona nieprzyzwoicie skumana. = I tak nic jej się nie stanie, klasy ma zawsze najlepsze, zdadzą każdy exam z palcem w nosie, nie to co moje nieboraki.

     Torebkę odesłałam, byłam w mieszkaniu i pobliskim fajnym second-handzie. Specjalnie nigdy bym się tam nie fatygowała, ale skoro jest rzut beretem od dziupli - często zaglądam. Tego dnia trafiłam na dostawę i wyjątkowo cudne sweterki prosto z manekinów = świetne, nowe i stylowe. Nie wzięłam ich na zasadzie nagrody czy pocieszenia po nerwach, po prostu były śliczne i każdy leżał jak ulał. Parę godzin później na pewno nie byłoby po nich śladu! Potem weszłam z kolei do ulubionego drogiego sklepu - z gadżetami do domu i nie tylko (typu poduszki, świece, lustra, doniczki), bizuterią itp, a wszystko piękne i wysmakowane, zero tandety, co widać po cenach, ale rzeczy są ich warte. No i torebka mi się trafiła dokładnie taka jak chciałam, duża ale nie typu worek, gustowna, świetnie wykończona, żadna chińszczyna jaką właśnie odesłałam. Snobka nie jestem, zatrzymałabym ją, tyle że po co mi torba ledwie na jedną książkę. A w sumie niewiele tańsza była od tej ze sklepu. Hmm, podjarałam się tą torbą, choć.. jak mam coś tak pięknego i nowego .. to mam opory, by ją od razu użyć! Serio! Taki syndrom nierozfoliowanej kanapy, na której niektórzy potrafią siedzieć, jak to mówią, hehe. Torba taka ładna, że szkoda mi ją zafajdać kredą :( I chyba dlatego ostatnio lubię lumpexy - ubrania nie są najnowsze = noszę je bez wyrzutów. Nie tak jak np buty, które kupuję bez wzgl na cenę, bo są piękne, wysokie, sexowne i .. b rzadko je noszę, 3mam w pudłach. Kupuję, żeby żadna inna kobieta nie miała szansy ich ubrać. A mnie się wydaje, że na nie nie zasługuję, bo są takie piękne i nowe = niech sobie leżą. Pogrzana jestem, prawda?

     Na drugi dzień przychodzę do firmy, zdygana, czy mnie Szeryf zaraz na dywan nie poprosi i widzę zastępstwa owej laski przekreślone tj. odwołane = ta se siedzi jakby nic!! Miała być na L4, a nagle wyzdrowiała?! Pandemie szaleją, a ta proszę - zuch kobieta. Czy też .. doszły do niej słuchy, że nie chcemy brać jej zajęć? Bo innej girl też tak dorzucili lekcji jak mnie. Można jednak wyzdrowieć wcześniej :))

     Chcieć to móc - zawsze to powtarzam swoim podopiecznym.
22:21, confetti
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 listopada 2009
niesławna czarna marynarka

szesnasta trzydzieści, listopad, więc chłodno
nie czytam nie piszę już wierszy bo po co
choć u nas ciut cieplej, na placu krakowskim
wybrzmiały w niedzielę standarty z epoki

(podobno w posadach mocnych mu świat
nie chwiał się więcej? o dioptrię mocniejsze
szkła; ma czyste ręce)

a wiersz znam, to nie elegia czy hymn, gdy
różnicą jest rym, nie rozpada się świat,
bo nie składa się z kart.

bo na kartkach układasz się w świata objęciach
i wierz mi, już nigdy nie będziesz piękniejsza
pociągi odchodzą tak samo pośpiesznie i nic
ci się nie rwie jak nić dziś na wietrze

(więc nie myśl źle, że się pruje ten ścieg ta
pieśń, błąd w niej na dnie już tkwił, za
nim ja i z nim ty)

zły czar prysł z dotknięciem jesieni, ten peron
jak jej podorędzie, knebluje mnie szczerość
więc baw się za nas dwie na balu do lata, nim
wyjdziesz na własne milczenie w erratach

a wiersz, no cóż, publikuj i już, kto wie, noty
złe zetnie jak sierp, mróz, twoich ust ima
się rytm. bo miał być luz-gruz, i jest;

wpadnij kiedyś z nim na mnie, jakiś majowy
dzień, odświeżymy ciut wspomnień, nim
przymierzysz mój tren.

a wiersz znam, to nie elegia czy hymn, gdy
rozpada się świat - ciało składa się z kart,
i mniej dba niż o rym.

----

marta podgórnik

wtorek, 03 listopada 2009
fifteen

     Uczeń przeczytał książkę liczącą 480 stron, przy czym każdego dnia czytał jednakową liczbę str. Gdyby każdego dnia czytał o 8str więcej, to przeczytałby ją o 3 dni wcześniej. Oblicz, ile dni uczeń czytał książkę.

     Matematyka, fizyka i chemia były zmorą moich licealnych lat. I widzę, że nadal mam braki :) Zaintrygowało mnie to zadanie i z żalem stwierdziłam, że nie wiedziałabym jak to ugryźć. I z ulgą pomyślałam, że jak dobrze iż mam lata przedmiotów ścisłych za sobą i nie trafiłam na maturę z matmy! Myślenie nie szkodzi, ale mam uraz, bo "profesorowie" od ścisłych gnębili mnie okrutnie, a na humanistów trafiłam żenujących - nigdy nie mogłam się naprawdę wykazać, dowartościować i zmotywować, bo nawet profilu human u nas nie było. I cóż mi z tych lat nagonki, gdyby nie staż w skarbówce nigdy nie umiałabym obliczyć sobie pita - tak mało życiowe i przydatne były te łamigłówki. Urodzona humanistka, a od lat obliczam sobie podatki i ulgi = wszystkiego każdy może się nauczyć?

      Po pilnowaniu młodzieży na próbnej idę na lekcję z maturzystami i pełna współczucia cytuję to arcytrudne zadanie, a uczennice spokojnie ogłaszają wynik:

     - No jak to ile dni? Piętnaście!

     Jak one tam znalazły piętnaście:)??

  
19:27, confetti
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 listopada 2009
kto tam?

śpiewam Cię
smutek Twój
strach rozcieńczyć chcę
niosę Ci jeżyn kosz
na pociechę jedz
śpiewam czas
każdy dzień
co spopielił się
ziarna, te z których plon
marny, żaden był

chciałabym móc zanurzyć głowę
w strumieniu twojej świadomości
bezpowrotnie

chciałabym przez judasze oczu
twoich łagodnych
spojrzeć kto tam
kto jest w środku

śpiewam żal
ciężar słów
które więzi krtań
niosę Ci
świeży chleb
niosę wina łyk

chciałabym móc zanurzyć głowę
w strumieniu twojej świadomości
bezpowrotnie ...

     Oh, Nosowska jak coś napisze .. to aż ciary na plecach .. Singiel zwiastujący nową płytę. Słowa świetne, szkoda, że piosenka tak oszczędnie zaaranżowana, dorzuciłabym do niej wiecej basów, żeby zyskała na głębi, mocy, nie tylko tekstowo ale i muzycznie. Zdecydowanie brak tej melodii jakiegoś pazura i odjazdu, a szkoda, bo motyw refrenu jest piękny. Prawda?
niedziela, 01 listopada 2009
umarli z żywymi zasiadają do stołu

    

     I nagle po prostu przeszło mi - całe to bolesne zdumienie i rozgorycznie historią z Liną zwyczajnie ze mnie wyparowało. Po wieczorze kiedy przeczytałam od deski do deski kolejny numer Zwierciadła, wiecie, tego pisma, które zawsze bardzo mnie koi, reanimuje wewnętrznie, dodaje otuchy, wiary w siebie i świat dokoła. Niby nie było tam nic przełomowego, jak zwykle nawoływanie do świadomego życia, odpoczynku, jogi, medytacji, troski o siebie, nie było nic a propos zawiedzionej przyjaźni - ale dotarło do mnie, że jeśli nie pozbędę się tej zgryzoty, nie ruszę spokojnie dalej. Sama sobie dałam się zapędzić tą story w kozi róg i mogłabym się w nim udusić rozdrapując to nadal, cierpiąc i pomstując. A na co mi to! Lepiej mieć mniej ludzi obok siebie, ale niech będą to prawdziwi friends.

     I nie tak dawno miałam tego poruszający przykład - zmarł nagle tato Rity, mojej najlepszej friend z LO i siostry z Klanu, czyli grupki girls, z którymi ciągle żywo się 3mamy i wspieramy. Mimo nawału pracy bez wahania stawiłyśmy się na pogrzebie, jadąc na wioskę z różnych miejsc po to, by uścisnąć naszą sis, oh, wtuliłyśmy się w nią wszystkie bez zbędnych słów, a ona płakała i my z nią, i dziękowała nam zaskoczona, że nawet Katie dotarła z miasta X. Ale dla nas było oczywiste, że musimy być tam z nią. Szczególnie, że Ritka parę dni później wróciła do Londynu.. bo teraz tam rzucił ją los. Najszybciej będzie w kraju na wiosnę, więc kto wie kiedy się znów zobaczymy.. Rozstania, wyjazdy i zawirowania nie nadwątliły naszych relacji od ponad dekady. I wiem, że nasz Klan jest na zawsze.

     Ktoś powie, a może i z Liną się ułoży .. Wiem jak jest = wątpię, ale dłużej nie będę się tym przejmować. Jasne, że w normalnym, zabieganym życiu nie ma czasu na jogę i medytacje, ale zdrowy egoizm to podstawa, żeby nie zwariować – trzeba dbać o siebie, dogadzać sobie, głębiej oddychać, odrzucać złe emocje i ludzi, którzy psują nam charakter (to wyczytałam w mniej ambitnym piśmie, ale zgadzam się z B. Tyszkiewicz, bo to jej słowa). Odkryłam, że bez Liny mam o wiele więcej cennego czasu, bo:


-         nie tracę go na wysłuchiwanie jej narzekań i hipochondrii,

-         nie łażę bez celu po mieście by wydawać kasę na byle co (L. była totalną, nałogową zakupocholiczką, co sama przyznała),

-         nie słyszę nic o jej szałowym mieszkaniu (tak, mogłam mieć chwile zazdrości, ale nigdy jej nie okazałam, zawsze ją wspierałam, miałam nawet zaprowadzić ją do innej znajomej, by obejrzała ciekawe aranżacje wnętrz – durna ja),

-         nie wydaję masy kasy na esemesy o niczym = same korzyści!

 

      Są tygodnie, że gdy nie spotykam się z Melią czy Martiką – poza uczniami+ludźmi z pracy rozmawiam tylko z własną matulą, ale .. wolę to od intensywnych ale obłudnych układów. Podobnie z facetami: Matt zniknął z pola mego zainteresowania, (jak sądzę i Anja na wycieczce nie dała rady go zniewolić, ale nie moja to broszka), Jana odprawiłam i mam spokój, nie męczy mnie, nie urabia tylko po to, by się zabawić na weekend. Piszę jedynie z Tedim i ostatnio z kucharzem z Serbii, bo mnie zagadał, hehe. Wyluzowałam i chcę w spokoju dotrzeć do końca roku. Będzie różnie, bo Święta są trudne, bo wybieramy się z pracy na wycieczkę, na której będę wędrować pewnie tylko z Anją, bo Lina, Miss S z mężami nawet na mnie nie spojrzą, ale mam to w zupie.

 

     Odzyskałam dawne siły, równowagę i nic mnie już nie zdołuje. Na pewno nie listopad, bo uwielbiam szare, zimne dni, ostre powietrze, bajecznie dłuugie wieczory przy świeczkach = łatwiej zmusić się do wieczornej pracy = mam więcej czasu na książkę, film, kawę na mieście. Planuję imprezę dla girls z Klanu, bo czuję, że moja kolej, znowu myślę o meblach do mieszkania, odnawiam zawartość garderoby, by lepiej wyglądać (by nigdy nie ubierać się tak kiczowato jak Lina, blee) i właściwie czemu nie miałabym zacząć ćwiczyć? Może nie jogę, ale proste ćwiczenia, bo nie mieszczę się w co drugie spodnie! Kupiłam sobie nawet balsam rzeźbiący vichy lipometric – nie wiem, czy już coś wyrzeźbił, ale wygładził uda znakomicie.

 

     Jasne, że nie muszę nic nikomu udowadniać. Ale pewnie gdzieś, między wierszami ciągle to robię. Najważniejsze, że nie jest to sensem mego życia. Czasem czuję, że sensu w moim życiu jest bardzo niewiele. Ale nie to jest teraz najważniejsze.



---

tytuł notki: z wiersza J. Hordyńskiego

 

 

17:57, confetti
Link Komentarze (5) »