Let me take you on a trip ...
niedziela, 28 listopada 2010
pistoletto


      A teraz nagła zmiana klimatu :)

     Projekty jak widać mogę pociągnąć, wnioski napisać i na nich zarobić, w fajną podróż wyskoczyć .. O ile tylko nie jest to ProjektFacet. Te mi siadają na całego. Nie wiem czemu. To jest aż statystycznie niemożliwe chodzić po tylu randkach i ciągle zaliczać zonki. A przecież skoro nadal chodzę i chcę próbować, to z jak najlepszym nastawieniem, dużą tolerancją i uśmiechem na twarzy. A może tak tylko mi się wydaje? Że jestem uśmiechnięta. Może mam obłęd wyryty na twarzy i każdy wnet się na nim poznaje i ucieka w siną dal. W każdym razie na pewno coś jest ze mną nie tak.

     Skończę więc wątek Alejandro, bo o niego tu chodzi. Tak, powinnam była dawno już to przystopować, po tym jak się tygodniami nie odzywał i przypominał o mnie z nudów, strzelał fochy, był nerwowy i niemiły dla mnie, potem przepraszał i przymilał się, kolejny typ mocno sfrustrowany, zaklinowany w jakiejś małej wiosce, fan seriali na polsacie, marudny jak baba w menopauzie, czym więc nadal ujmujący mnie - zabijcie, nie wiem.. Można to nazwać brakiem laku, niechęcią do stresu poznawania kolejnej nowej osoby, wygodą spotykania się z lepszym rydzem niż z niczym. Ot, co. Choć ciągle miałam nadzieję, że się to jakoś wyklaruje, miło rozwinie, że choć oboje jesteśmy ciut zamotani i niepoukładani to razem możemy wiele, przy odrobinie chęci i wysiłku. Bo jak to ja, ze skrzywieniem pedagogicznym "zastanów się dwa razy zanim kogoś ocenisz, daj mu szansę, bądź wyrozumiała, bo a nuż miał ciężkie dzieciństwo (a może ma nadal?) lub trudną młodość" - tak jak to nam każą traktować uczniów - w każdym chcę widzieć dobre strony i takie intencje. Ale do czasu. Bo spedagogizowana wiem, że pewne osoby nigdy się nie zmienią a nadmierna wyrozumiałość to też wielki jest błąd.

     Błąd więc, że 3małam z nim kontakt, puszczałam mimo uszu pewne bolesne hasła, dawałam się brać na wycieczki i wysłuchiwać opowieści o jego byłych i obecnych koleżankach (żebyś była zazdrosna), o tym cytat jakim jest chujem, a potem oburzenia, że nie chce mi się z nim miziać. A jak mi się chciało, to jemu nie, nie bo nie, żeby mnie ukarać, nie wiem.. Wiem, że opadał mi fiut na jego temat coraz bardziej, mimo iż stęskniona czułości byłam bardzo.

     Tak bardzo, że wczoraj znów znalazł się u mnie na sofie, nie wczuwałam się w to, ale atmosferka była, ja po pifku, światełka, muzyczka, a wszystko najbardziej po to, by oderwać się o codziennego kieratu i smutku listopada, bo w A. zwątpiłam już dawno. Ale myślę sobie, może choć dobre bzykanko z tego, bo oboje samotni i spragnieni ciągle mieliśmy to na myśli jak głodni pełnoziarnisty chleb. O ile może być to dobre z kimś, w kogo wątpisz tak. Nie powinnam do tego dopuścić, nie z nim, nie znowu z frustratem, który w łóżku zaczął od tego, że się nie angażuje, że chodzi na dziwki (żartowałem, mała), że w sumie mnie lubi, a skoro lubi, to nie będzie bzykał, co bym nie cierpiała. I takietam. Może i żartował z dziwkami, bo często wymyślał jakieś historie a potem zaprzeczał, ale mi fiut opadał tak potężnie, że skostniałam cała w mig jak sopel i koniec. Choć bynajmniej nie wyrzuciłam go z tej sofy, nadal chciałam chleba, może drażni się ze mną, ale potem smakuje ci to jeszcze bardziej, myślałam.

     Ale nie. Umysł miałam uparcie na tak, a ciało się zamknęło i nic, czemu jesteś taka zaciśnięta, za długo nie miałaś faceta itp nie pomogło całej akcji, zresztą gra wstępna była znikoma, by liczyć na cuda i nawet gumek za mało, by dłużej próbować. A jak na finał zaczął domagać się fellatio to w ogóle mnie przymurowało, widziałam ciągle te dziwki, bakterie, nie dałam rady. A ten się wściekł. Że my wszystkie takie jesteśmy, a on nie będzie się już prosił. I że jestem bardzo podobna do jego byłej, z którą był wiele lat, ale ciągle miała z tym problem, a teraz ma innego i pewnie robi mu. Wystraszyłam się, kiedy zaczął ją wyzywać od szmat i k.., ileż było w tym jadu, nie wierzyłam własnym uszom, że można o kimś tak źle. I już nie dziwiłam się, że poszła z innym i niedawno urodziła mu syna, o czym wnerwiony A. opowiadał też mi.

     A na końcu, że to koniec, powiedział. Nic nie mówiłam już na to. Nie słyszałam nic z tego, co nawijał potem w aucie (jadę do domu, wolę spokojnie wyspać się u siebie i zebrał się), nic. Jakoś się umyłam i położyłam spać, choć nie zmrużyłam oka całą noc, mimo że tak bardzo chciałam zasnąć i zapomnieć i nigdy nie obudzić się.

     Chciałam mu dać coś znacznie więcej niż głupiego loda, zabrałam go do siebie, otworzyłam się, ale coś widać ze mną nie tak.

     Święta idą, półki sklepowe uginają się od chińskich bombek, Melia opowiada o nóżkach dziecka na usg, Milka w końcu zaręczyła się (z facetem z neta), Barbie, tak, TA Barbie, szykuje się z gościem z neta do ślubu (!!!), dowiedziałam się, bo w końcu napisałam do niej na urodziny. Ale już więcej nie napiszę. W ogóle nic już nie napiszę. Także tu.

     Jak tylko znajdę na drodze pistolet, od razu strzelę sobie w łeb.

-----

michelangelo pistoletto - venus of the rags /tate - london/


18:37, confetti
Link Komentarze (20) »
piątek, 19 listopada 2010
supa


     Ponad 200tys blogów na Bloxie, a że i tak obawiam się namierzenia i demaskacji o swoim ostatnim super projekcie mogę tylko powiedzieć, że był odlotowy, ale na tyle charakterystyczny, że nie mogę o szczegółach nic (szkoooda). Ledwie parę dni i w kraju, ale na takim wypasie branżowo-towarzysko-kulturalnym i w tak wysokich sferach, że wrażeń tyle co po miesiącu. A co najlepsze, będzie w drugim semestrze ciąg dalszy i mam nadzieję nie pokryje się z wylotem na praktykę.

     O, zamknięto też mój raport finansowy z letniego granta bez losowania do kontroli i zastrzeżeń i okazało się, że ja, noga z matmy i ekonomii, rozliczyłam się sama wręcz idealnie co do euro! A tak bardzo bałam się rachunków, tylko tego z całej tej eskapady. Wyszło, że wszystkie dodatkowe wycieczki, weekend w Londynie, zakupy, torebki i cudna sukienka odbyły się na koszt UE, a mogło ich być znacznie więcej! Bo na finał dosłano mi też sporą sumę na konto walutowe, gdyż nie wykorzystałam ryczałtu, co oznacza, że nie musiałam tam głodować. Ale nie szkodzi, schudłam, a zamrażam sobie te $$ i zbieram na trip do Stanów, na mój najnowszy dream. Albo do Tokyo.

     Zaprawdę powiadam Wam, teraz to ja mogę wszędzie.

-----

Jamiroquai - White Knuckle Ride

    
22:38, confetti
Link Komentarze (4) »
środa, 03 listopada 2010
ulga, ulga


     Melia już w domu, ufffs. Miała b. ostre bóle w nerkach, co normalnie zbija się silnymi lekami i wypuszcza do domu, no ale ją woleli mieć pod kontrolą. Choć np zaaplikowali jej dużo ketanolu i nie odnotowali tego w wypisie, co uważamy za niepokojące i nieuczciwe, ale najważniejsze, że wszystko wróciło do normy i bez powikłań..

     Błyskawicznie dojrzałam w całej tej sytuacji, przeszły mi głupie myśli, nawet jeśli jako gnuśna singielka mam do nich jakieś tam swoje prawo... Odstawiłam na bok dąsy i żale, cały czas wspierałam Melię i zasmuconych rodziców, wydzwaniałam do niej, b dużo pisałam, na co nawet nie miała siły odp, a w sobotę po zaocznych pobiegłam na ginekologię. Bez specjalnego wysiłku i spięcia w środku. Mimo, że bałam się przechodzić koło położnictwa, ale na szczęście tylko jeden bobas chwilę płakał, poza tym cisza i b mało ludzi.

     Czasem/często jak się tak natyram z młodzieżą, zęby pozjadam na kursach, na zastępstwach, na zaocznych, po radach i szkoleniach to miałabym ochotę się tak total odłączyć, zalec na L4, żeby ktoś się mną zajął, a wszyscy inni odczepili się i dali spokój. Ale jak tak posłuchałam sobie o bólu, zobaczyłam kroplówki, babki co straciły ciąże i weszłam na moment w ten cały szpitalny bezruch, to mi się odechciało i z ulgą wybiegłam na złote jeszcze październikowe powietrze.. I ciąży też mi się letko odechciało ;) Na pewno takiej niemądrej i w pojedynkę przeżywanej jak sobie planowałam. Bo to musi być koszmar.

     A może chciałabym mimo wszystko i jeszcze bardziej? Nie wiem dziś. Nieważne.

    A w niedzielę, żeby ulżyć sobie w tym całym stresie firmowo-domowym (bo Bratka wylali z roboty i znowu były afery, o szkolnym napięciu nie wspomnę) a i z czystej nudy znowu byłam na wycieczce z Alejandro ;) Był to do tej pory najbardziej grzeczny i dziwny wyjazd, może ostatni, nie wiem. Raczej już nie zdążę o tym wspomnieć, bo niedługo wyjeżdżam na kolejny ciekawy (krajowy ale daleki) projekt. Jak zwykle mam cykora, uczucia mieszane, że fajnie, że znów na chwilę się od domu oderwę i nerwa, że kosztem kolejnej solo podróży, zmagania ze swoim leniem i domatorskim usposobieniem. Ale skoro znowu potrzebuję adrenaliny, to jadę :)

    3mać kciuki, girls :)

    
20:00, confetti
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 01 listopada 2010
tak, to TO


     Tak, Melia jest w ciąży.

     Nie wiem, co napisać, żeby nie brzmiało melodramatik i patetik.. Po tym wszystkim, jak tu opisywałam swoje rozrodcze pragnienia, zwalczałam je i poddawałam się im, planowałam niemądre akcje i mądrze postanawiałam porzucić ten temat na blogu i w życiu. Jednak life is life, temat sam powrócił. I trzeba stawić mu czoła.

      Mimo iż pierwsza znałam tę radosną nowinę i miałam czas by się oswoić, to kiedy ogłoszona w rodzinie uprawomocniła się - zrobiło mi się dziwnie i łyso. Mami oszalała z radości, chwali się sąsiadkom, zaplanowała na zimę remonty ("bo w przyszłym roku będę tylko z wózkiem jeździć") i odjazd kulinarny ("co by córki zachcianki spełniać"), ojciec przestał się dąsać, a życie ich nabrało nowego sensu. I z tego względu
cieszę się ich radością, bo młodzi nie są, a na wnuka takiego swojego, od córki, czekali długo i z utęsknieniem. Nie no, i ogólnie też się cieszę. Tzn uczę się i staram bardzo. Postanowiłam sobie tamtego dnia, że nikt nie zobaczy ani jednego niewłaściwego grymasu z mojej strony, nikt. Choć jak dostałam od Melii potwierdzoną już wiadomość, to jakaś tam sól w oku zakręciła się... I najgorsze, że Tatek mógł ją zobaczyć, bo tak jak mało kiedy wchodzi do mnie do pokoju, to wtedy wparował i pewnie widział. Kurka wstyd, ale pewnie i tak domyślają się, że z drewna nie jestem i smuta mam. Choć poza tamtą chwilą 3mam się wzorowo, aż dziw. Ale teraz to przecież jeszcze nic, dopiero się zacznie..

     Po paru dniach zmarkotnienia wpadłam jednak w irytację. Na samą siebie, ale i na nich, no jak to, już dziecko?? Żadna z moich soul sisters czy lejdis nie zrobiła mi takiego numeru, hm, bo my wszystkie takie pokręcone (=bez potomstwa): Katie robi karierę prawniczą, Ritka w Londynie, Yo na razie cieszy się kochankiem, Martika zaczyna nowe życie bez Pitera itd. I sporo jeszcze lasek
mężatek z pracy nic, i ich siostry nic. A Melia to zawsze. I ten jej cały Snejk. To jego sprawka, podpowiedź jego rodziny takiej tradycyjnej i dużej, i wszystko u nich wykalkulowane, wyplanowane jak z zegarkiem, ślub, remont i po roku wózek. Nawet w podróży poślubnej nie byli, bo ważniejsza łazienka. Pełen pragmatyzm, utylitaryzm, zero szaleństw. Melia raczej nie paliła się do dziecka, pięła się w górę w korporacji, wiem jednak, że S. był mocno za. "Och jaki to będzie ojciec!", zachwycała się Mami patrząc jak zięciu zajmuje się chrześnicą itp. No i bingo. Facet jak cień, wyjątkowo nierozmowny (przez co zawsze wrażenie, że mnie nie lubi, choć zwykle 3mam stronę introwertyków), a kombinuje na boku. Powtarzamy z Mami, że najważniejsze, że dla Melii b dobry, nosiłby ją na rękach i tak dalej, a że nas nie lubi .. No a teraz to już w ogóle będzie w siódmym niebie, buc jeden.

     Tak chore miałam myśli, ciskałam sobie wieczorem pod nosem przekleństwa i uroki takie, że aż się sama wystraszyłam, że mogę być taka. Podła, złośliwa i zazdrosna. Że sama nic i jeszcze innym żałuję.

     A rano telefon, że Melię w nocy pogotowie zabrało do szpitala, bo miała straszne bóle. Nogi wszystkim nam się ugięły, serca za3mały na moment, a mnie najbardziej.

     Bo trzymają Melię do dziś .. :(

    

-----

     bob marley - waiting in vain
    
22:46, confetti
Link Komentarze (7) »