Let me take you on a trip ...
sobota, 26 listopada 2011
zapas nik


     Prosta, wyrazista historia podana bardziej jak etiuda, najlepszy rodzaj amerykańskiego kina. Obejrzałam oczywiście ze względu na Mickey Rourka, mając w pamięci jego elektryzującą kreację w 9 i 1/2 tygodnia, której nie powtórzył niestety w Dzikiej orchidei, filmie banalnym i boleśnie kiczowatym, kręconym chyba na fali wcześniejszego sukcesu. W Zapaśniku nie pozostało śladu po ówczesnym plejboju, wręcz przeciwnie - sędziwy Mickey wygląda odpychająco, ale gra wyśmienicie, bezbłędnie, a może nie gra, po prostu jest. Bez wątpienia robi swoją rolą cały film, ale cała reszta też świetna, mocna, do głębi poruszająca. Z bardzo dobrym zakończeniem.

     U mnie nie obyło się oczywiście bez reflexii typu "jakie będzie moje życie kiedy zejdę ze swojego ringu", a raczej wyjdę ze swego cyrku w zapowiadanym wieku emerytalnym 67 lat, haha. Jeśli wcześniej nie zamkną mnie w izolatce w psychiatryku, ofkors.

     Ale o tym przy okazji, hehe ;)

------

   
Darren Aronofsky - The Wrestler


Tagi: films
21:20, confetti
Link Komentarze (5) »
czwartek, 17 listopada 2011
słońce moje


     To jest notka, z którą chodzę już od miesięcy, ale ciągle boję się wrzucić. Drżę, że jej bohater nagle zniknie i wpis straci sens i znaczenie.

     Bo jak to z przybłąkanymi kotami bywa, nigdy nie jesteś pewna czy ów zwierzak powróci ze spaceru. Choć, ku naszemu zdumieniu i zadowoleniu,  słodki Kocio
od lata zamontował się u nas na dobre. Z wrogim kotem już nie walczy, nie znika na noce, czasem gdzieś się przejdzie, ale generalnie nie opuszcza ogrodu i piwnicy. Pan i władca na zagrodzie. Jak ocenił wuj z wioski, Kotunio wygląda jak kot rasowy. Nie nosi już ran z bójek, przytył sobie aż się go zrobiło dwa razy tyle, chodzi a najczęściej siedzi na słońcu jak wielka kula żółtego futra. Kiedy zbiega ze schodów wygląda jak futrzana baryłka albo mały tygrysek. Pan Kicia ustawił nas sobie swoim popiskiwaniem (ma coś ze strunami, chyba pogryzione w walkach, tak, że miauczy z wysiłkiem) i słynnym spojrzeniem kota ze szreka. I ogólnie jest niebywale towarzyski, mądry i rezolutny.

    Latem uwielbiał kiedy ktoś był w ogrodzie, siedział w pobliżu, przyglądał się co się dzieje i obowiązkowo przypadkiem wchodził w kadr wszelkich zdjęć, które pstrykałam rodzince i Piotrusiowi. Kiedyś widziałam jak Tatek kopał ziemię, a Kicio skakał w pobliżu goniąc motyle, szkoda, że nie miałam wtedy aparatu. Czysta magia.

     A robię mu fotki nałogowo. Jak znajduje sobie coraz to nowe miejsca do siedzenia i spania. Typu dywan wyniesiony do trzepania.
Zwinięty wąż ogrodowy (kot w środku). Karton na cebulę. Wiadro. Garnek na ziemniaki. (kot w środku, można go było w nich wynieść jak zasnął). Stare poduszki, szmatki, wykładziny. Kiedyś rodzice szukali go po całej piwnicy, bo jakby zapadł się pod ziemię, a nigdzie nie wychodził. A potem patrzą, stary abażur w kącie się rusza. Kot pod nim!! I tak ciągle coś. Mnóstwo cudownej, dobrej energii i uciechy z niego. Nawet sąsiad rozbawiony zwrócił uwagę, że kot chodzi za nami jak pies przy nodze.

     Nikt nie narzeka, że trzeba Pulpetowi jedzenie kupić. Np puszki wołowinki i kuleczki dla puszystych leniuszków. A ja jestem główną sponsorką. Dania mieszam mu różne, z resztek i specjalne. Mleko podgrzewam, ale lekko, badam, czy nie za zimne i nie gorące, musi być w sam raz. Kocio lubi również zupy, najlepiej ogórkową. Pomidorową też nie pogardzi. Ale już marchewkę
z niej zostawi, nie przepada. Kolejnym razem odcedzam mu więc kawałki tej marchewki. Staram się pilnować, żeby go nie przekarmiać, ale za mało w domu jestem aby mieć nad jego dietą kontrolę.

    A kiedy jestem od razu do niego biegnę, pieścimy się
i rozmawiamy sobie o życiu. Uwielbiam jego ciepło, pomrukiwania i wesołą minę. Choć oprócz słabego głosu ma też notoryczny katar, dławi i się i kicha w tym roku bardzo. Ciężko mu się nachylić do miski, bo prycha i dusi się, mój bidulek. Powinnam go zabrać do weta, prawda?

     I nie jest ujście niespełnionych instynktów matki_Polki, to coś jak sądzę całkiem inne, osobne, choć bardzo naturalne. Co gorsza, stwierdziłam, że o wiele lepiej dogaduję się z Kociem niż z bobasami! I zweryfikowałam swoje ustalenia na temat ambicji macierzyńskich. Nieco.

    Ale o tym wkrótce.


23:12, confetti
Link Komentarze (7) »
wtorek, 15 listopada 2011
We should be happy ever after


    
Nie wiem po co przeprowadzam śmiałe ankiety, bo chłopa=chuja na horyzoncie ni chuja nie widać. (gra słowna)

     Po letniej akcji z Alejandro zatopiłam się w pracy, zapomniałam o facetach. Choć A. jeszcze niedawno pisał i dzwonił (baran jeden), pogoniłam go jednym niekulturalnym słowem, a kontakty na gg poblokowałam i nie chcę mieć z nim nic wspólnego nigdy.

     Miałam jakiś tam drobny po nim uraz, ale już czuję, że mimo rozczarowań, zmęczenia pracą, jesiennej aury chce mi się. Faceta, flirtu, testosteronu i to wcale nie na ostro, ale na spokojnie, leniwie tak. Może właśnie dlatego, że klimat listopadowy uwielbiam, nieprzyzwoicie długie wieczory, głębokie noce, ciepłe światła, mocne drinki dla rozgrzania serca i ciała...

     Tymczasem w realu nic. Nawet ucznia, tak jak to sobie wykombinowała Miss S rozwalając przy okazji swe małżeństwo (!!!), ni starszego pracownika.

     Trochę ostatnio przywiesił się na mnie mój Fan, ten żonaty. Na wycieczce (żona w domu) obfotografował
mnie bez skrępowania, w plenerach górskich i miejskich póki co, nie akty ;) Bo akurat mi padły wszystkie akumulatorki i to był mój pierwszy smutny wyjazd bez canonka w dłoni. A on b. lubi robić fotki to ok, pozowałam, a nawet jak nie, to czułam, że celował we mnie. Jak sobie zrobiłam kolor frizu, to tak mnie przy innych soczyście skomplementował, że spojrzeli się po sobie, a mi zrobiło się dziwnie. Ale najlepsze, że jednak zaatakował z prośbą o prywatne lekcje, które są mu zawodowo b. potrzebne. Sęk w tym, że z żoną .. której doskonale wiem, że nie są potrzebne. Babka ostra jak żyletka, ale znana ze swych urojonych komplexów i chce go po prostu pilnować. No tego bym się jednak nie spodziewała. Że on d.. wołowa i że ona aż taka jednak dosłowna, że się na lekcje chce ładować. Rozmawiał ze mną i namawiał on, ciągle w liczbie mnogiej - bo MY cię Confetti tak bardzo lubimy i inne kity, aż mną telepało. Ok, z nim dałabym radę, ale ich oboje gościć w domu albo chodzić do nich (!!) co sugerowali - to ja dziękuję. Ona krytyczna, opiniotwórcza, trzęsie firmą, po co mi ktoś taki na korkach. Wahałam się, ale stanowczo odmówiłam. Lekcji mam masę, korki wolę dawać dzieciom i młodzieży, a uczyć znajomych i to po fachu to zmora. Zablokowałabym sobie tymi lekcjami ostatnie wolne popołudnie, o nie ma.

     Równo z początkiem szkoły po całym lecie ciszy odezwał się ten gość co pisaliśmy pół roku, rychło w czas. Trzymamy kontakt, bo nadal niby chce się spotkać, ale kontakt to o wiele luźniejszy niż kiedyś. Bo a nuż sobie jeszcze jakieś inne ciekawostki o swoim życiu prywatnym przypomni ;)

     Dużo piszę nadal z Hindusem, a zdaje mi się, że piszemy od wieków. Choć o wiele fajniej się z nim rozmawia niż pisze. I może to dobry znak - lepsza prawdziwa rozmowa, nie pisanki. Chciałabym się z nim spotkać z czystej ciekawości, ale przez te moje zajęte weekendy nie ma okazji.

     Jakiś czas pisał do mnie przemiły chłopak z .. Australii, ale chyba się zreflektował, że nie ma to większego sensu. Punkt dla niego za zdrowy rozsądek.

     Najbardziej rozbawiły mnie wiadomości od jakiegoś Koreańczyka, niby dyrektora koncernu z siedzibą niedaleko nas. Dziwnie słaby ma angielski, czasem nie jestem pewna czy się rozumiemy. Ale plany ma coraz śmielsze. Mimo, że ma żonę w Azji. I dzieci przy boku. Podejrzewam, że gdyby był handlarzem skarpetami na targu długo bym z nim nie pisała. A tak ciekawa jestem kto to jest. I odpisuję. Poza tym sam z siebie zaproponował mi już pracę hahahha. I chyba pierdziulnę kiedyś ten cały swój cyrk i małpki i uderzę na interwju. Mogę nawet sprzątać panu w biurze, odkurzać pyłki z kwiatów w pończochach, obroży i topless, czemu nie.

     Przypomniał sobie o mnie też T. Podobno jego sytuacja zawodowo-rodzinno-zdrowotna tak dramatycznie się polepszyła, że wreszcie może wyruszyć w podróż służbową do Polski i na spotkanie ze mną. Tiaa, rusza już od paru lat. Stwierdziłam, że ja do niego prędzej dolecę niż odwrotnie. Co do lotów przyznał natomiast, że lądowanie naszego samolotu bez kółek było w Stanach sensacją dnia, a pilot zrobił to naprawdę imponująco. Uff, dobre imię polskiego lotnictwa ocalone!

     Powiecie, Confetti, daj sobie spokój z widmami z neta, z których połowa mieszka na innym kontynencie, znajdź kogoś normalnego tu i teraz, bo potem przynudzasz jak to ci źle i ciężko. Ano. Tyle, że ja nikogo już nie wyszukuję, mieszkam w dwóch szkołach, odpisuję TYLKO tym, co się czasem zgłaszają. Minęła mi już presja znalezienia kogokolwiek, a nie ma sensu zaczepiać, jeśli nie mam kiedy się spotkać. A jeśli stawką nie jest już miłość, to mogę pisać z kim popadnie, a jeśli znajdę czas - to spotkać mogę i z żonatym, czemu nie. Może za długo byłam zasadniczą, mdłą romantyczką, a życie jakie jest każdy widzi, pewne marzenia należy między bajki włożyć. Żeby naprawdę zacząć żyć, a nie ciągle czekać na cud. Yeaa.

     W następnej notce o innym, realnym i totalnym moim fanie :)

    

------

    
Example - Natural Disaster


23:06, confetti
Link Komentarze (1) »
czwartek, 03 listopada 2011
vampire weekend

   
      Długi weekend rozpoczęłam na pogotowiu. Zmogła mnie ostra grypa z zapaleniem gardła, zapewne dlatego że niedawne przeziębienie przechodziłam, a raczej przebiegałam do pracy. Ciągnęło się dobre 10 dni. I wróciło ze zdwojoną mocą, piekący ból mięśni ściął mnie z nóg, gorączka rozpaliła głowę jak ogień dynię na halloween. A temperaturę miewam niezwykle rzadko, choć często słabo się czuję, tyle że zwykle zaleczam i tłumię chorobę w zarodku. Lub tak też mi się wydaje.

     W każdym razie leżąc tak dwa dni plackiem miałam masę kolorowych snów, co mi się normalnie nie zdarza.

     Śniła mi się nie wiedzieć czemu Hiszpania, morze i palmy, wyprawa pociągiem na drugi koniec Polandii, Kotlina Kłodzka, sklepy z biżuterią, hitlerowcy torturujący żydowskie dziewczęta (??), tłumy na dworcach i inne zagadkowe obrazy.

     Śnił mi się także bardzo wyraźnie i blisko młody nagi brunet. Ale nie za młody, muskularny, ale nie kaloryfer, taki w sam raz, z dużym .. poczuciem humoru. Węszyłam wokół niego jak kotka, a jego duży kiwał mi się przed nosem i wzdychałam, aah, może wzdychałam za głośno przez sen. Facet trzymał mnie na dystans, to ja zabiegałam o jego uwagę, ale czułam, że mi się uda. Śniłam głaszcząc swoje uda.

     W związku z tym snem, mam nadzieję proroczym :)), odważyłam sobie i Wam, kobiety doświadczone, zadać teoretyczne, ale nurtujące mnie ostatnio bardzo niepoprawne pytanie: czy pan z małym może w pełni zadowolić kobietę? Jakie są Wasze opinie? Tak mówiąc szczerze i bez haseł, że to wszystko zależy. Jak stoi i leży. Ja w swym skromnym erotik lajf napotkałam jednak okazy średnie i nawet spore, ale nigdy małe. Natomiast czasem jacyś napaleni panowie podsyłają mi fotki swoich mikropenów i wtedy cóż .. bez lupy ciężko coś zauważyć. Mówiąc podle i brutalnie. Czy naprawdę tylko technika się liczy? Czy pan z dużym może rozczarować? (tu odpowiem, że tak). A czy ktoś z mniejszym ma szansę to nadrobić?

     Wiem, że to bardzo nieuczciwy temat typu jakie biusty są lepsze, B, C czy D. Ale niech tam, choć gorączka dawno mi przeszła -
zapytam.

     I to nie o poczucie humoru, oczywiście ;)


09:50, confetti
Link Komentarze (10) »