Let me take you on a trip ...
poniedziałek, 05 listopada 2012
alice


     No Confetti, jak Ty się już z Alicją z Krainy Czarów utożsamiasz (patrz foto wyżej) toś skończona. A mnie po prostu podobają się kolory na nim. Niebo. Ażurkowa brama. Kwiatorośla. Wyraz twarzy aktorki. Krój sukienki. Choć filmu nigdy nie oglądałam. I wiecie co? Tak sobie przypomniałam, że w czasie moich ostatnich wyjazdów byłam w tym ogrodzie. Gdzie Tim Burton ów film kręcił.

     Przepiękny wielki park, pałac i ogród w stylu angielskim. Wspaniałe figury wycięte z drzew, ogromne żywopłoty, różane zagajniki, tajemnicze labirynty, dywany soczystozielonej trawy. Mam stamtąd całą sesję kilmatycznych fotek, ale oczywiście nie mogę nic pokazać.

     Ja naprawdę byłam po drugiej stronie lustra.

     A to sporo wyjaśnia :)



00:06, confetti
Link Komentarze (2) »
niedziela, 04 listopada 2012
big king burger


     Wszystko co pisałam dotąd o pracy to był pikuś, pryszcz, bułka z masłem. W tym roku jest 5 razy gorzej. Czyli na bułce mam twardy salceson, tudzież niezły pasztet.

     Dalej dwie prężne firmy, oczekiwania najlepszego produktu (bezlitosne rozliczanie ze zdawalności), dwa wychowawstwa czyli zarządzanie zasobami ludzkimi i masa pracy administracyjnej, nadgodziny, zastępstwa, pomoc psychol-pedag, 3 projekty międzynarodowe... I tak 6 dni w tyg od września bez zwolnień i wyjazdów, jak to praktykują moje koleżanki po fachu. A same mówią mi, że za dużo wzięłam w tym roku na siebie.. Ile wzięłam, to wzięłam.. reszta sama na mnie spadła, wynik reakcji łańcuchowej plus efekty chorych pomysłów ludzi z MEN i tyle.

    Wiem, że praca to jest małe piwo i pikuś wobec "prawdziwego" życia tj. rodziny, wychowywania dzieci, budowania domów itd.. Jest u nas taka polonistka, która widząc nas te młodsze, zabiegane wyniośle powtarza, że ona dopiero w pracy może się kawy napić, usiąść, porozmawiać.. Bo przy dwojgu maluchów w domu nie ma na to szans.. Hm. No pewnie, goły etacik, zero projektów, przedmiot, z którego każdy ziomal maturę zdaje bez trudu.. Póki co.. bo wreszcie mają j polski baaardzo utrudnić :) Serdecznie nas to, językowców, cieszy. Bo nas to ganiają w firmie jak psy, ciągle coś. Nawet nasze wyluzowane dziewczyny z zespołu bardzo się skarżą ostatnio. Lina chce iść na chorobowe, Miss S marzy o dziecku.. Ja już nic nie mówię.. Brak mi słów. Ostatnio jak zobaczyłam rozpis egzaminów do praktyk, które mamy prowadzić i moje nazwisko najwięcej razy, w każdej mojej nielicznej wolnej godzinie.. Nie miałam wówczas czasu by potwierdzić dyrektorowi, ale tak mną w środku szarpnęło, że postanowiłam wyjaśnić to następnego dnia.. nie przebierając w słowach. Pójść i zmienić jego biurko w proszek do pieczenia. Że znowu ja, że inne nie, że w taki sposób.. A potem nagle okazało się, że nazajutrz już wszystko było diametralnie zmienione, uczciwie i zdecydowanie na moją korzyść.. Pojęcia nie mam czemu.. Może dyro widział mój wzrok. Szalonego zabójcy, któremu nadepnął na odcisk, hehe. Oj, cudem facet uniknął egzekucji.

     Może to wszystko pryszcz, ale coraz mniej mam sił. Nie umiem się skoncentrować, wszystko leci mi z rąk. Źle sypiam, mam notoryczne nudności, niestrawności, ostre bóle podbrzusza i głowy, zawroty, pewnie na tle nerwowym. Ale nie ma czasu iść do lekarza. I do ferii nie pójdę. Jedyny kupon jaki od tego sobie odetnę to dwa super wyloty niedługo z projektów. Jednak okupione przed i po wielką pracą i stresem, więc na samą myśl o tym żołądek podchodzi mi do gardła. I tak to niby-życie mi leci. Do świąt, do kolejnego roku, do końca.

     W takim stylu jak żyję, nie widzę dla siebie żadnego ratunku już.

    

14:19, confetti
Link Komentarze (2) »