Let me take you on a trip ...
sobota, 02 listopada 2013
marmur i gruz


     I znowu nagle przygotowania, pakowanie prosto po pracy i szkoleniu i wylot w podróż służbową, tym razem przez Skandynawię na Bałkany, do dziwnej, biednej metropolii, stolicy bez zabytków, turystów i pamiątek, a pełnej smutnych ludzi w dresach lub szaro-czarnych ubraniach rodem z lat 80tych. Do miasta okrutnie poranionego przez przeszłość, przez obłąkanych dyktatorów i złodziei, które długo jeszcze nie powstanie z popiołów pogrążone w chaosie, hałasie i brudzie. Jedyne co dodało mu wtedy uroku to wspaniała, letnia jesienią pogoda i ostre słońce odcinające złocistym pudrem rzędy jasnych budynków od idealnego błękitu nieba.

    I to mi wystarczyło, to ciepło i egzotyka daleka od dumnej, bogatej Europy. By z ciekawością odkrywcy zanurzyć się klika dni w innym świecie, by dużo owszem pracować, ale też zwiedzać, smakować jadła, poznawać ludzi i lokalne zwyczaje. Byłam tam z grupką osób z firmy, by współpracować z dużą międzynarodową ekipą z projektu, a udział nasz w spotkaniu wypadł bardzo dobrze, fajnie też zacieśniłam i nawiązałam kontakty na wycieczkach, bankietach i kolacjach.

     Mimo iż byliśmy w naprawdę biednym kraju, gospodarze bardzo nalegali abyśmy zamieszkali w wielkim, luxusowym hotelu, gdyż pewnie chcieli nam się jako część jednak Europy pokazać. A i swój rodzimy biznes chcieli wspierać. I tak przez parę dni znowu (bo już tej jesieni miałam podobny wyjazd, tyle że integracyjny w spa) przemykałam po miękkich dywanach, śmigałam windami i kosztowałam wybornego jedzenia. W hotelu bez turystów, ale za to pełnym zesłanych w delegacje lub w interesach biznesmenów, którzy otwarcie łowili przy barze kobiece spojrzenia. I ogólnie wielu - jak na branżę edukacyjną - nowych facetów kręciło się tym razem w projekcie i każdego dnia miałam fajne sygnały z ich strony.

    Ale ja, zafixowana ostatnio na punkcie jednego tylko gościa, radośnie zawodowo i towarzysko udzielałam się za dnia, a nocami stukałam do niego mejle, by nie budzić współlokatorki - zatem ukradkiem, na kolanach w odjazdowej, nowoczesnej łazience. Wygrywając mu niczym na pianinie pieśni miłosne, na dwie stęsknione ręce.


22:04, confetti
Link Dodaj komentarz »