Let me take you on a trip ...
niedziela, 30 listopada 2014
widzę, słyszę, nie wierzę

     Zanim ciąg dalszy. Taka myśl w głowie. Że byłam największą pipcią na moim osiedlu. A na stare lata zadałam się z przestępcą. Poznaję jego kumpli. Negocjuję z klawiszami, by jak najwięcej pozwolili mi wnieść na widzenie. Obserwuję ich uważnie, szukam najsłabszego ogniwa, z którym mogłabym - co? - ubić jakiś interes, ugrać coś dla Rafika. Wyszukuję mu, po ile chodzi srebro, zegarki i inne artykuły na wolności dla porównania cen na czarnym rynku w ZK. Wyszukuję informacje na temat gości jakich wrzucają mu do celi. Np co zrobił gość, o którym są słuchy, że skrzywdził dziecko. I wyczytuję, że zgniótł chłopcu butem jąderka. Tego Rafikowi nie przekazuję. Poprawiam angielskie cytaty na tatuaże dla jego kolegów. Oszukuję rodzinę, dlaczego wciąż wyjeżdżam w niewiadomych celach. Bo już nawet nie mam sensownych wymówek, nagle znikam i mnie nie ma. Nie jest tego tak dużo, bez przesady, ale jak się pozbiera to na serio można powiedzieć, że dziwne mam hobby: świat ZK, gdzieś tam na boku. Choć generalnie żyję pracą i domem, w pracy jest b ciężko, ale też arcy-ciekawie obecnie.

     A ostatnio spotykam dawnych rozbójników na moim osiedlu, kumpli z podstawówki, którzy niegdyś toczyli boje z milicją, robili zadymy, drobne włamy i afery. Jeden, słyszę przechodząc na targu, z małym bąblem u boku szuka mu skarpetek do przedszkola. Drugi - paczę wczoraj i oczom nie wierzę - stoi z rodzinką i karmi łabędzie nad rzeką, gdzie i nasz Piotruś uwielbia z babcią spacerować.

    Myślałam, że wpadnę do tej wody i długo nie wypłynę.

    Heh.

22:16, confetti
Link
niedziela, 16 listopada 2014
pora na dyrektora


     Pewnie takie decyzje lepiej mieć na piśmie, ale póki co zdołaliśmy nawiązać z Rafikiem kontakt telefoniczny z uczelnią, z której został skreślony za sprawą wykroczenia wobec zasad ZK i wstępnie wyrażono zgodę na jego powrót. Dzwoniłam do dziekana, ale ten opędzał się ode mnie jak od natrętnej muchy. Skontaktowałam potem R z bardziej przychylnym, choć niższym rangą doktorem z wydziału. I ten o wiele bardziej nam pomógł. R dzwonił osobiście, przypomniał się, a wykładowcy widocznie znali go tam i lubili na tyle, że obiecali zasięgnąć opinii u przełożonych. A ci zgodzili się na powrót Rafika na wolnościowe studia dzienne. Teraz wszystko zależy od dyrektora tamtejszego ZK.. Rodzice Rafika chcą więc umówić się z nim na osobistą audiencję, złożyć prośbę o możliwość studiowania i odpowiednio ją umotywować zdobywszy oficjalną zgodę uczelni.

     Wszyscy mamy mieszane uczucia. Tutaj w zakładzie nieopodal nas Rafikowi jest całkiem dobrze. Ma pracę, pozytywne otoczenie (i bynajmniej nie o estetykę elewacji czy podwórka chodzi), niedaleko do domu, nam jest blisko, by go odwiedzać. Tam powróci jak fenix z popiołów, lecz znowu do tej samej rzeki, w której nieomal utonął i odszedł w niesławie. Ale kontynuacja studiów na następnym semestrze jest możliwa tylko wznawiając naukę na tej samej uczelni. Będą różnice programowe, może dodatkowe egzaminy, na pewno opłaty, ale kierunek jest dzienny, więc ogólnie bezpłatny co też ważne. Jeśli ZK wyrazi zgodę R będzie musiał wrócić 300km w linii prostej na dawne śmieci, bardzo się tam starać i uważać, by znów nie podpaść.

      Na razie jest to bardzo dobra nowina. Uczelnia zaufała mu, daje szansę. Obawiałam się, że rodzice Rafika może są zmęczeni tym krążeniem po zakładach, spotkaniami z SW, upraszaniem o kolejne zgody. Ale oni chcą nadal go wspierać i mu pomagać, choćby w ten sposób. Wszystko jednak zależeć teraz będzie od konkretnego dyrektora, a tego już przewidzieć nie sposób.

     Póki co raduję się z Rafikiem, a cieszymy się jednak ostrożnie, bo już nieraz los dał nam po głowie.

     Czasem sobie żartuję, że zrobię wszystko, by odstawić go znowu na uczelnię, a sama oddalę się wtedy od niego, zniknę na jakiś czas, by go nie rozpraszać, by spokojnie dokończył studia. R się śmieje, lekko irytuje, przekomarzamy się, śmiejemy dalej. Ale czasem myślę, że naprawdę powinnam tak zrobić. Żeby tym razem wszystko się udało.

     Poza tym.. Widzę jednak przed nami niezły kawałek czasu zanim to się stanie. I znowu coś mnie bierze. Nagle załamuje mnie, że zaraz będą Mikołajki i będę znów odwiedzać z zabawkami chrześniaków. Oglądam ofertę świetnej wycieczki z pracy, którą moja szefowa wymyśliła po wyjazdach ze mną, tak bardzo nam się pewien kraj spodobał. Termin jest na przyszły rok, ale już trwają zapisy, żeby rezerwacja była jak najtańsza. Kiedyś byłabym pierwsza na liście, teraz czuję, że się nie zapiszę. Dlaczego?

     O tym wkrótce.

    

22:19, confetti
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 03 listopada 2014
California nation

     A z trzeciej strony.. na serio wierzę, że nie mam jeszcze/już obsesji na punkcie posiadania potomka. Prawda? ;)

     Ostatnio zwróciła się do mnie dyrekcja miejscowego Domu Dziecka z prośbą o tłumaczenie podczas wizyty delegacji ze Stanów. Nie wiem, czemu akurat poprosili właśnie mnie, jest tylu innych anglistów.. A ja jestem taka niereprezentacyjna i chaotyczna, uważam. Jednak nawet nie próbowałam odmawiać, choć mogłabym, bo pora była lekcyjna = łatwo mogłabym się wykręcić, ale akurat miałam wolne te parę godzin to uznałam, że pójdę.

     W ogóle nie myślałam o tym jako o bolesnej dla mnie historii spotkania grupy sierot i załapania fazy z tej okazji. A nawet Lina po wszystkim delikatnie pytała mnie jak zniosłam to pod względem wyostrzonych ostatnio macierzyńskich pragnień. Zniosłam bardzo dobrze, bo na początku byłam zestresowana czekając na delegację. Rozmawiając z opiekunką przychodziły mi bowiem do głowy słówka jakich na pewno nie znam i nerwowo pisałam pod stołem smsy do anglistek z prośbą o podpowiedź. Kątem oka rozglądałam się po sali z kilkoma dziećmi w wieku szkolnym, nawet ponadgimnazjalnym, bez kręcących się maluchów. Zauważyłam, że przez cały czas wpatrywała się we mnie jedna nastolatka przycupnięta z poduszką na kanapie na przeciwko i tylko wtedy czułam się trochę nieswojo.

     W końcu weszła brygada Amerikanos jak z filmu, stereotypowo dużych, okrągłych, wesołych i wyluzowanych panów z Florydy albo Kalifornii, z którymi cała rozmowa potoczyła się tak wybornie, że byłam zadowolona jak rzadko kiedy. Z doboru słówek, reflexu, płynności i pewności siebie, a nie zawsze tak mam w tłumaczeniach symultanicznych, hehe.. Panowie (sprawdzone i uznane towarzystwo znane w regionie) chcą długofalowo wspierać dzieciaki, dlatego na koniec dyrekcja dziękując mi nawet nie pytała, czy jeszcze kiedyś zechcę pomóc. Po prostu stwierdzili, że w razie czego od razu do mnie zadzwonią. To miło. Już na początku pytali, ile chcę za usługę, ale nie wzięłam oczywiście żadnych pieniędzy.

     Wróciłam pogodna i spełniona. Nie utrudnił mi co prawda nikt tego występu tak jak kiedyś, gdy na wolontariacie przyczepił mi się mocno do nogi jakiś mały chłopiec i wystraszona nie mogłam go odlepić. Ale i wtedy dałabym radę. Tak uważam.

     Tak.


21:35, confetti
Link Dodaj komentarz »