Let me take you on a trip ...
środa, 27 marca 2013
słodkich snów


     Nasz kotuś z końcem zimy całkiem zapadł na zdrowiu. Tzn końca zimy to praktycznie nadal nie widać i nic dziwnego, że nawet zwierzakom nie chciało się w marcu harcować. Ale kocio ogólnie wyglądał i czuł się coraz gorzej. Praktycznie nie wychodził z piwnicy, przesypiał dnie zwinięty a to w wiadrze, a to w starej pralce. Kichał krwią i bałam się nawet do niego ostatnio podchodzić, a poza tym nie miałam też czasu. Rodzice relacjonowali, że kiedyś jak już wyszedł to wrócił z poturbowanym okiem, a potem wyrosła mu na mordce wielka, twarda gula, nieomal druga głowa. Nie potrafiłam sobie tego i nie chciałam wyobrażać. Nasz kociu z niejednej już opresji dzielnie się wydostał, więc nie dopuszczałam do siebie stresu i złych myśli jeszcze i na ten temat.

     Ale kiedyś późnym wieczorem zeszłam do piwnicy podkręcić junkers i zbudziłam niechcący kota śpiącego w pudełku. Podniósł się i spojrzał na mnie nie kot, ale jakby zmutowany stworek, gremlin, koszmarek zniekształcony chorobą i cierpieniem. Myślałam, że mi serce pęknie. Od rana zaczęłam gonić rodzinę, by jakoś małemu pomóc. W końcu w domu wszyscy siedzą, ktoś powinien zadzwonić po weta, znalazłam im numer i oczywiście pobiegłam do pracy. A do nich jakby nie docierało. Mama niby uparła się załatwić wizytę znajomego lekarza, choć też się nie spieszyła. Może czuła, że gdyby wet zobaczył takiego kota jego decyzja byłaby tylko jedna.

      Jednak w piątek nagle zaczęła wydzwaniać do tych znajomych i dodzwonić się nie mogła, też próbowałam i potem okazało się, że mieli jakąś awarię. Tego dnia zeszliśmy razem Pimpusia obejrzeć. Wyszedł do nas, napił się ciepłego mleka, chciał skoczyć mamie jak zwykle na kolana, podszedł i do mnie i wyjątkowo głośno miauczał, a ja bałam się pogłaskać ukochanego kota. Jutro obejrzy go lekarz, postawi na nogi, wtedy będziemy się tulić jak zawsze - myślałam.

      Rano mama przed zakupami wybrała się do znajomych kawałek na pieszo, bo to ludzie z naszego osiedla. Zamówiła weta na popołudnie. Ja w sobotę rano szybko zbierałam się znowu do pracy, wtedy mama wróciła, zajrzała do kota.

     A Pimpuś zwinięty w kulkę w swoim ulubionym pudełku w cieple obok pieca zasnął sobie na zawsze.

     I wtedy dopiero wszyscy otworzyliśmy szeroko zdziwione oczy. Zatrzymaliśmy się zaskoczeni. Może dawno dobrze wiedzieliśmy, że nie było dla niego ratunku, ale nikt z nas nie wierzył w jego koniec.

     Przeryczałam prawie całą sobotę. Byłam zła na siebie, że płaczę grubymi jak groch łzami za starym, schorowanym przybłędą. Ale przecież był to nasz kochany, wesoły od lat członek rodziny, bohater setek anegdot, obiekt troski i czułości. Pewnie płakałam też nad sobą, nad faktem, że jeden z nielicznych promyków w moim życiu właśnie zgasł. Często się obawiałam, że kot wyjdzie i nigdy nie wróci i czy to nie będzie gorsze, niewiedza i wieczne czekanie. A kotuś wybrał sobie ten moment u nas i przy nas, tak jak od lat był z nami. I to też było strasznie bolesne.

      Jedyne czego się uczepiłam na pocieszenie to słowa Melii, że daliśmy mu mnóstwo miłości i opieki, o jakiej mógłby pomarzyć niejeden rasowy kot. Tyle, że końcówkę sknociliśmy. I tego nie mogę sobie darować.

     Odejście kota to śmieszna rzecz w porównaniu z serią tragedii jakie ostatnio dotknęły moje firmy, naszą małą społeczność, w której doświadczyliśmy szoku i zbiorowej żałoby. Ale w domowym życiu to wielka pustka i strata. Ciągle kiedy owieram drzwi do piwnicy biorąc buty, ciągle myślę, że nagle wyskoczy z półki wesoła, ciepła kulka puchu i wbiegnie sobie chyłkiem do domu.

      Najsmutniejsze, że w tych dniach na drugim końcu miasta Melia znalazła powiększającego się guza u swojej słodkiej świnki morskiej. Plaga. Absolutna plaga nieszczęść wielkich, lokalnych i malutkich tragedii wokół.

     Wtedy po południu zadzwoniła do nas żona weta, opowiadała o odłączonym telefonie i pytała o Pimpusia. Od razu zaoferowała malucha na wychowanie, "bo kotka znajomych ma cztery".

     Nie. Nie chcę więcej żadnych zwierzaków.
   

    

19:10, confetti
Link Komentarze (4) »
czwartek, 21 marca 2013
higher deeper faster


     Wyniki z badań wyszły mi, wg mej samowolnej diagnozy, książkowe. Wszystkie parametry mieszczą się w widełkach, mocz wyjątkowo czysty, a miewałam z tym kiedyś problemy. Lekarzem nie jestem i na pewno wypadałoby to skonsultować przy najbliższej wizycie, ale - nie zapeszając - sama widzę, że muszę mieć organizm piekielnie silny, skoro mam taki rezultat z badań robionych niedługo po feralnej zimowej miesięcznej infekcji. Skoro mam takie wyniki żyjąc w stałym, gęstym ostatnio stresie. Kiedyś nerwy zjadały mnie okazyjnie, przed konkretnym zdarzeniem, wysiłkiem, w problemach. Obecnie napięcie już mnie praktycznie nie opuszcza, dusi mnie od rana do zaśnięcia, bo coraz mniej się ze wszystkim wyrabiam, wiszą nade mną zaległości w papierach, gonią terminy i wcale lżej nie będzie, bo w firmie Cowboya szykuje się ogromne wydarzenie projektowe czytaj wielka praca dla mnie. Stres czuję coraz bardziej fizycznie w napiętych mięśniach, bólach w klatce i fali migren. Wyniki bardzo mnie uspokoiły, ale boję się, że to wszystko kiedyś gdzieś się w środku we mnie odłoży, skropli się w trujący jad i pożre nagle od środka.

     Bardzo się cieszę, że póki co zarejestrowano mnie jako potencjalnego dawcę szpiku i marzę o tym, aby móc pomóc komuś kto będzie przeszczepu potrzebował. Choć oczywiście jak najbardziej życzę mojemu genetycznemu bliźniakowi tylko i wyłącznie dużo i zawsze zdrowia. I jeszcze raz zdrowia.



17:53, confetti
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 marca 2013
zaplecione


     Lina jest w ciąży. W tak niezwykle skomplikowanej sytuacji, że nie do pozazdroszczenia to, ale jednak. Będzie to mała sensacja, nawet z tego względu, że nikt Liny z dziećmi dotąd nie kojarzył, ona zawsze odżegnywała się od tematu i jeszcze niedawno nazywała siebie wiedźmą bez podejścia do maluchów. Uznała, że nawet ja jestem w tym względzie o wiele bardziej czuła, bo zawsze niby tak ciepło i słodko mówię o Piotrusiu. To chyba pierwsza od lat osoba, która ten wątek ze mną delikatnie zaczęła. Nie rozwijałam go jednak zanadto.

    Oto kończy się pewna epoka. Na drugą stronę tęczy przechodzi nasza naczelna imprezowiczka, flirciara = kończą się ostatnie imprezy, upijanie się, wyjazdy, szoping, wygłupy, itp. Po mojej stronie zostają, paradoxalnie, nieliczne spokojne singielki z rodzinnym, niespełnionym nastawieniem.

    Dziwnie się to życie plecie. Niejednej kobiecie.


00:00, confetti
Link Komentarze (4) »
sobota, 02 marca 2013
międzyczas


     Jeszcze przed feriami dobre me samopoczucie zawodowe runęło w gruzach. Jak przewidywałam, mój "ulubiony" szef czyli Cowboy po zimowej sesji zaczął rewolucyjne roszady wśród pracowników. Cudem zawalczyłam, by nie wyrzucił mojej kumpelki z zespołu, a i tak rozdrobnił nam godziny i przyjął sobie nagle kolejną laskę. Nie dość, że sprytną i ambitną to jeszcze taką, do której zawsze się ślinił, robił maślane oczy i często mnie wypytywał o nią w międzyczasie. Niby to nasza bliska koleżanka z branży, sympatyczna i otwarta, ale w dodatku zwęszyłyśmy, że od dawna chciała nam wejść w paradę i jak twierdzą świadkowie "wygryźć z pracy jedną z nas". Uuuj. Pierwszy raz w karierze zawodowej poczułam wtedy ostry oddech konkurencji na plecach i realne zagrożenie dla mojej ciężko wypracowanej pozycji. Do tej pory to ja byłam w pewnych względach panią na coraz szerszym polu, teraz ta laska, nazwijmy ją Majka, będzie mi deptać po piętach i moją niepodległość obalać. Tak myślałam sobie.

     Prawie jednocześnie dowiedziałam się, że w macierzystej firmie krzywo patrzą na moje liczne w tym roku nieobecności. Nie wiem, czy to prawda czy podpucha, ale ponoć młodzież zaczęła zgłaszać, że pani Confetti "tylko lata albo choruje". Oooch. Kogoś zabolały moje drobne bonusy za żmudną, trudną pracę, wszystkie przecież zawodowe, nie wypoczynkowe. A takiej choroby, w czasie której i tak starałam się pracować nie miałam od lat. Nie przydzielono mi w tym roku żadnych dłuższych już wyjazdów z uczniami, a powrzucano w nie osoby starsze i w firmie mocno uprzywilejowane, widocznie zazdrosne wobec częstych wylotów młodych lingwistek. Do kraju gdzie kiedyś wysłano mnie jak na skazanie samą z klasą w tym roku jedzie nie duet a wręcz zespół opiekunów na niewiele więcej podopiecznych!! A mnie odsunięto.

     Co więcej, rozdano nam w tym roku idiotyczne ankiety dotyczące m in naszej frekwencji w pracy. Wychodzi, że mam takie tyły, iż nawet bez aluzji po takiej kartce odechciewa się opuszczania godzin w firmie. Wobec tego zrezygnowałam już z dwóch kolejnych wyjazdów z projektów. Na jeden wskoczyła więc za mnie nowa w pracy Majka. Nie muszę opisywać jak mnie to wkurzyło. Ale z czasem emocje mi opadły. Wcisnęłam jej całą robotę na ten wyjazd i szybko miała dosyć. I roboty za friko i współpracy z Cowboyem. Szybko zjednoczyłyśmy się w zgodnych opiniach i zdumieniu jak płytki, chciwy i wkurzający jest to facet. Który nawet w ferie potrafił mnie katować telefonami abym nakręciła mu kolejny projekt. A ja twardo i ostro się postawiłam. Pierwszy program robiłam z poczucia misji, pasji a on tę pasję przez rok podeptał, lansował się, ugrywał na niej własne małe interesy, rządził nami i kasą i chciał jeszcze. O nie. Moje akcje poszły ostro w dół, ale nie dbam o to. I poważnie myślę o odejściu z tego cyrku, bo jestem wykończona psychicznie całkiem.

     Pracując w dwóch wymagających firmach mam w obu coraz więcej zaległości, braków w papierach, działaniach, rozliczeniach, coraz większe bóle w jelitach i coraz płytszy, nerwowy sen. Od kilku tygodni praktycznie nie było słońca, szare poranki, dnie, długie smętne wieczory = całkiem gasnę, nie mam motywacji, topię się, tonę, plum.


21:04, confetti
Link Komentarze (4) »