Let me take you on a trip ...
czwartek, 27 kwietnia 2006
Arrivederci

     No to jadę jutro po południu. Rano jeszcze do pracy, wrr. Trochem spięta, bo nie cierpię się pakować, i w ogóle, ale i wszystko mi już pikuś. Biorę tylko skromne wygodne ciuchy, puder i maskarę, żadnych cieni, falbanek i zbędnych dodatków, minimal. Hehe, a i tak pewnie ugnę się pod plecakiem!

     Znów wyjeżdżam tak daleko i znów bezpańsko, prawie nie mam za kim tęsknić, a może to i lepiej, bez sentymentów, wzdychań - właściwie cool. Jeśli nic nie zmieniam w swym życiu, jeśli nie ryzykuję, to nie mam prawa biadolić jeno cieszyć się cudnym wyjazdem, pogodą (3majmy kciuki), jedzonkiem, krajobrazami, starożytnymi zabytkami, itd:) Tak zrobię.

     Na pewno zatęsknię za blogiem, to wiem!

    Gorące uściski dla wszystkich, wspaniałej majówki! papam:))

    

22:32, confetti
Link Komentarze (6) »
środa, 26 kwietnia 2006
Illussion

I wanna be your illusion, be your illusion
To make you happy tonight,
Enjoy this trip with me

(...)

I'll be your dream that you'll remember over and over
If only you tried me, If only you touched me 

      Benny Benassi.

     Hehe, oprócz uwielbienia muzy dość psychodelicznej w stylu Radiohead, Portishead lub np Placebo, oprócz dobrego popu, electro itp, lubię zwyczajne tandetne też disco; jak pieśń powyżej, baardzo lubię ten kawałek. No i niewiele muszę tu od siebie dodawać:) nic.

wtorek, 25 kwietnia 2006
Mea Culpa

     Jakby było mało, Melia ma zapro  na wesele i też nie ma z kim iść. JA wszystko zniosę, ale nie zniosę jej bólu i smutku.

     Lata temu, Melia, my sweet sistar, miała wspaniałego boja, oddanego, zakochanego na zabój. Mało, że świata poza nią nie widział, on nawet mnie zabawiał i nadskakiwał, wszystko dla niej, jak i ona dla niego. Pierwsza potężna jej love, i od razu protest Mami, że za szybko, że za poważnie, że niebezpiecznie. A on, kiedyś mizerny uczeń, i dla niej i dzięki niej świetnie zdał maturę, dostał się wtedy na studia, spoważniał, wyszlachetniał. Nigdy nic niecnego nie uczynił, jak sądzę. Lecz sprzeciw Mami, na codzień łagodnej i kochającej, był wtedy nieugięty. Że mała zawali studia, karierę przez niego itd. Nie widziała skrzydeł, jakie im wyrosły, siły, którą mogliby góry przenosić. Obie okrutnie się wtedy spierały, walczyły. I mała uległa mająć dość ciągłych pretensji, zakazów, nakazów, uległa.

     Do dziś mam ogromne wyrzuty, że jej stanowczo nie wsparłam, a zawsze miałam mocny wpływ na Mami, odpowiednimi argumentami mogłam przekonać ją do czego bym nie chciała. Nie chciałam? Będąc solo, widząc tak doskonałą love? Wolałam uciec w studia, wyjechać, unikać powrotów do domu, odepchnąć to od siebie, umyć ręce.

     Melia spotykała się na studiach z różnymi wielbicielami. Byłam pewna, że kogoś dobrego znajdzie, z roku na rok chciałam coraz bardziej. By nie podzieliła mego smutnego singlostwa, a tu nic. Żaden widać jakoś jej nie ujął, a ten co ujął to gdzieś znikł za granicą, beztroski lekkoduch. Zajęła się ślepo pracą, nauką języka, nie wraca do tematu, nie drąży obecnej sytuacji, nic. Raz tylko na początku jej pracy widziałam ból, który rozrywał mi serce - gdy okazało się, że Ten Pierwszy też tam pracuje, że się muszą tam mijać, rozmawiać. On o narzeczonej, ona o bzdurach. Melia mówi, że gdyby miało to przetrwać, przetrwało by, że to nie wina familii. A ja wiem, że tak, że moja. Że dziś mógłby być to jej dobry mąż, a tak, nie ma z kim się pójść pokazać, bo wiadomo, jak to w pewnym wieku, ciężko kogoś tak o złapać, nawet na głupie wesele. A wesele niegłupie, jej ukochanej przyjaciółki.

     Wszystko mogę znieść, ale nie to, że mała stała się tak podobna do mnie, wycofana, obojetna, pęknięta w środku na wskroś.

     Wolę nie mieć w niej tego wspaniałego soulmate, byle by nie była taka jak ja

22:42, confetti
Link Komentarze (4) »
niedziela, 23 kwietnia 2006
Hypnotized

    /.../ Ano zdarzył się wczoraj taki, co bym go chętnie porwała, a jak!  Miły, zaciekawiony, a nie nachalny, pamiętający me imię (zwykle ludzie zupełnie mnie nie kojarzą), i mądrze wyluzowany, co mi się najlepiej w kolesiach podoba. Że nie przejmują się pierdołkami, jak np mój lichy taniec czy gubienie się przy pstrykaniu fotek jakimś super sprzętem itd. Świetnie się nam gadało, piło i udawało taniec, hehh. I te jego fajne duże ramiona! Kiedyś podobali mi się wyłącznie anemiczni, chudzi, śliczni wręcz gejowaci chłopcy,owszem sexi, ale zdecydowanie drobni. Od F. jakoś mi się odmieniło na typ klasyczny, mężny z solidnym ramionkiem, a jak. Choć najważniejszy i tak charakter.

     Boj ten jednak był partnerem świadkowej, która to w pewnym momencie zaczęła go uparcie odciągać, co już całkiem mnie zasępiło, bo ani ja nie chcę być powodem sporów, ani nijak nie kokietuję. Kiedyś, mimo swej średniej atrakcyjności, to mi się zdarzyło, bynajmniej nie kogokolwiek odbijać, ale dawać jakieś znaki, a teraz to ani trochę=sumienie mam czyste. Wnerwiłam się, że nie dość że siedzę jak ta sierota, to jeszcze może być komuś przeze mnie przykro, tj tej pannie, jak czułam = wszystko do bani, wszystko. No i jak to czuć się super i cool? Mmm. A ten boj wciąż chodzi mi po głowie...

     Opanuj się kobieto, plis :0

Dancing with Tears in My Eyes

     Wesele jak wesele, było b fajnie. Co prawda troszkę się spóźniłam na ślub (problem z taxi, wrr), chwilami dziwny żal ściskał mi gardło (jak ksiądz grzmiał z ambony, że samotność to dramat i człowiek nie jest w stanie tego przeżyć - nio), i łezka zakręciła się w oku, gdy siedziałam jak ten mops, a inne pary pięknie wirowały w tańcach, ale co. Najbardziej zastanowiło mnie, że Aszi (o ludzie, jak ślicznie wyglądała - po prostu cudnie!!) tak bardzo mi dziękowała, że przyszłam. Dopiero zrozumiałam, że pewnie ona świetnie wie, ile mnie to kosztowało i dopieroż mi wstyd. Zdaje mi się, że moje problemki to tylko moje problemki i moja sprawa, a ludzie przecież swoje widzą i swoje myślą. Już se wyobrażam, co tam za newsy pójdą w miasto i w pracy, aaaaaaa, pikuś, już nie mam nic na swoją obronę, mówcie co chcecie. Nic o mnie nie wiecie i tak.

     Choć nie powinnam tak myśleć o innych. Wesele było kameralne, a spotkałam tam masę przemiłych osób, przyjaznych i życzliwych. Na weselu M, ok, niech będzie Meg, siedzieliśmy ciągle we własnym gronie, tutaj z każdym można było miło pogadać i fajnie się bawić. No właśnie. /.../

16:01, confetti
Link Komentarze (2) »
sobota, 22 kwietnia 2006
Z Cyklu: Gotowa Na Wszystko

     Hehe, serialu nie oglądam, ale taka dziś jestem - ready. Na to całe wesele, na ciężki tydzień, i crazy wycieczkę. Yeah. Weselem zupełnie się już nie przejmuję, wyczerpały mi się nerwy na ten temat, przełączę się na system awaryjny-znieczulający i jakoś zleci. Byle mieć to z głowy.

    Powinnam na przykład więcej pić, w ogóle zacząć pić. Byliśmy dziś z paroma osobami w knajpce, jeden dla mnie gin z tonikiem i jestem cała happy, o proszę, jak łatwo. Choć ciągle mam wielki uraz do %, nie mogę tak o gdzieś iść i się upić, no chyba że sama w domu, ale to już total denko by było, hehhe. 

    W zeszłe wakacje, te które miały mi wynagrodzić trud całego roku, awansu i niepokoju,  w ciągu paru dni zabrałam się i poleciałam z kumpelką na Wyspę, zanim zdążyłam się na dobre zachwycić, na pierwszej imprezie wypiłam coś od pierwszego napotkanego kolesia, coś co na całą noc ścięło mnie z nóg na amen, zrobiło mi dziurę w pamięci (a może i w mej pustej bańce), tak że obudziłam się w delirce pod kroplówką. W szpitalu, co był nieomal na pustyni, a dokoła biegały chude głodne psy. Podejrzane drinki w klubach, tworzone na bazie narkozy weterynaryjnej, masakra, nigdy nie pomyślałabym, że to prawda. Jeśli coś nie złamało mnie do końca wczesniej, to dało radę. Piekielna złośliwość losu, przypadek, czy moja własna ot tylko głupota? A może podarek od losu, ostrzeżenie, po którym się panicznie pilnowałam (o samej jeno mineralnej wodzie), i nie zrobiłam już nic gorszego, a pokus było lekko mówiąc wiele. Nigdy nie wiemy, co nas chroni, co zabija, ot tyle.

    Boję się wpaść w spiralę pecha, którą napędzają nawzajem bezsilność i desperka.

Picie odpada. Gdzie i jak znaleźć więc ukojenie?

    Doobra, luz, trza się w końcu wyspać./  By jutro dzielnie wznosić toasty! ciao:))

00:00, confetti
Link Komentarze (2) »
piątek, 21 kwietnia 2006
czwartek, 20 kwietnia 2006
Move Your Body

    I znów praca, bieg, galop, jakby świąt wcale nie było, oo, szczęście że były, bo bym bez nich osłabła. Jak dobrze, że pojutrze znów weekend!!

    We wtorek zakupiłam trochę rzeczy na wycieczkę i poza jedzeniem mam w sumie wszystko. No jeszcze by tak okularki:) Żadnych szaleństw, wersja minimal. Klops, bo nie mam aparatu, ciągle nie mam swego, a słabo się znam na parametrach by tak nagle teraz kupić coś przypadkowego, zresztą, cienko z kaską na dobry sprzęt, a marnego nie ma co nabywać. Może uda mi się jeszcze skoczyć do jakiegoś sklepu, byle nie tego od idiotów. Mam minimalne poczucie patriotyzmu ale obrazili mnie i teraz bojkot.

     Kurka, ponoć mają przecenę płytki Gorillaz, 30 zl - :/

    Na wesele przymierzyłam zestaw z szafy i jest look ok, tyle że - yyy, marszczy się tu i tam, bo coś mi się przytyło, kurczę blade. Parę lat trzymałam jedną stałą niską wagę bez żadnych diet i wyrzeczeń, a teraz, wrr, co jest. Rodzina zadowolona, że nie wyglądam już jak ten szkielet, a mi tak lepiej było, luźniej no i jak mam ciuchy poszerzać, to dzięki, od jutra jogging po parku! Oczywiście dla zdrowia, nie sylwetki. Zieleń, bieg, powietrze w płucach, leśno - wiejskie widoki poza miastem - rewelka! Trza ruszyć rozleniwioną pupkę:)

    Taka cudna wreszcie wiosna. Słońce zagląda w oczy, ciepły wiatr otula ramieniem. Mmm. Chcesz być szczęśliwy? To bądź! - powiedział ktoś.

    (...)

  

20:58, confetti
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 17 kwietnia 2006
Otwieram Wino Ze Swoją Rodziną

     Jakby nie to winko po obiedzie, chyba by mnie rozniosło. Niby nadal świąteczny czas, a ja od rana w niepokoju, że prawie już koniec wolnego, i te myśli o weselu mnie naraz dopadły, i kobiece napięcie. Brr. Dwa kieliszki i od razu machnęłam ręką, kimnęłam godzinkę i luz.

     Po południu odsiedziałam dzielnie wizytę u kuzyna i jego rodziny, obserwując jak me kuzynostwo po kolei prężnie ustawia się życiowo, bo zamiast tracić czas na studia i inne rozrywki zajęli się uczciwą pracą i wymianą mieszkań na coraz to nowe. A ja .. > Nie piszę tego z wyższością czy złośliwością. A z bezradnością. Po raz kolejny zastanawiając się, co jest ze mną nie tak, że nijak nie mogę wyprostować sobie swej drogi i nadać jej sensu. Pewnie, że nie żyje im się łatwiej, o nie. Ale co by nie było mają siebie, są razem i tylko to się przecież liczy. :)

     Muszę coś wymyśleć, coś zrobić. Albo dać spokój. Inaczej nie można.

     Chciałam raz rozsądnie zadziałać, odrzucając to co mi się zazwyczaj zdarza, toxyczny związek, chory związek, dziwny związek, raz chciałam dobrze i mądrze. Chwilę byłam dumna i blada, a teraz już nie. F. dał mi spokój, a spokoju nie dał, bo czasem wrze we mnie, jak wspomnę, z rzadka, ale tak. Choć ogólnie mniej jestem rozedrgana na ten temat i robi się w środku coraz ciszej.

     Da jeden znak i pobiegnę.

    

23:12, confetti
Link Komentarze (4) »
niedziela, 16 kwietnia 2006
Moje Greckie Wesele

     Film, który uwielbiam dozgonnie i bezgranicznie. Niewyobrażalnie uroczo komiczny, ciepły, wzruszający, pouczający. Na max. I przypominający moje zeszłoroczne szalone greckie wakacje:) mmm. Choć wewnętrznie to wręcz kipię, jestem osobą raczej spokojną i wyciszoną, lecz grecka mentalność, żywiołowość, koloryt zachwyciły mnie wtedy i ujęły na max. Z dala od kraju, swego klaustrofobicznego miasta i zwykłego życia otwarłam się i świetnie bawiłam, a ludzie mówili mi, ze ciągle się śmieję, jaka to jestem miła itd, pewnie dlatego, że oni tak ot mówią, a trochę bo wreszcie taka byłam i byłam w tym sobą. Strasznie mi się tam podobało i zauroczona Wyspą jestem do dziś. Jak i filmikiem:)

     Kurczę, gdzież się podziali tacy sexi słodcy kawalerowie nauczyciele jak Ian?? Hyyy/

Kiedyś, jak sił starczy, muszę ten wyjazd powspominać szerzej, hm:)

     

 
1 , 2 , 3