Let me take you on a trip ...
piątek, 27 kwietnia 2007
Voyage Voyage

     Boże, naprawdę nie umiem nic napisać.

     Życzę wszystkim wspaniałego odpoczynku w ten najdłuższy weekend w historii naszego zwariowanego kraju!

     Trzymajcie kciuki, by udało się jadącej ze mną ekipie odciągnąć mnie od wieży Eiffla, do której zamierzam się przykuć i pozostać tam na zawsze:) Choć nawet nie wiem, czy warto, czy Paryż wart jest tej koszmarnej autokarowej podróży, stresu (i zatrzymania na ten czas okresu://) itd. Dojedziemy, zobaczymy!

     Ok, ok, odkręcę tylko jedną śrubkę z wieży na pamiątkę. Mam nadzieję, że się nie zawali!

     Na mój widok;) Buziaki, pappa!

http://www.youtube.com/watch?v=6PDmZnG8KsM

wtorek, 24 kwietnia 2007
London 3

     No i ostatni set zdjęć z Londynu, żeby ożywić mój szarawy wizualnie i opisowo ostatnio  blog. Żyję już następnym wyjazdem, ale ten wciąż głęboko we mnie tkwi:

Mosty nad Tamizą

I kolejne dwa/

Tower Bridge w przepięknym świetle/

Under the Bridge/

Zachód słońca nad rzeką/

Spacer po St. James' Park/

Wiosna w parku/

Wieczorem na Victoria Street/

W wycieczce udział wzięły/ :)(:

20:11, confetti , My Eyes
Link Komentarze (3) »
sobota, 21 kwietnia 2007
I Love Skinny Boys

     Prawie maj, pełnia wiosny. Na zmianę zimnej i gorącej, słonecznej, że aż bolą oczy. Wczoraj ocknęłam się, że przecież wycieczka tuż tuż, wyszukałam sobie francuskie hity na youtube i wreszcie złapałam należny klimat. Dziś byłam w X, kupiłam 2 sexy bluzeczki na wyjazd, ale odpuściłam farbowanie ze względu na to by nie niszczyć włosów, a przede wszystkim by nie wyglądać dziwnie na tak doniosłej wycieczce, bo chciałabym tym razem rzucić jakiś wyrazisty, inny niż zawsze kolor. Lecz kto wie .. może jeszcze zaryzykuję:)

     Mam nieposkromioną ochotę napić się na max, napalić i tak dalej:)

     Też na max/

    

22:38, confetti
Link Komentarze (2) »
niedziela, 15 kwietnia 2007
No Comments

       Marzenie o tym, by się to wszystko już jak najszybciej skończyło, to jedyna myśl, która trzyma mnie przy życiu.

      W pracy poświąteczny a przedmajowoweekendowy zapieprz, kursy, szkolenia i konkurs językowy wkrótce. Koniec roku coraz bliżej i znowu ta myśl gdzie stąd uciec, co z sobą zrobić w wakacje i po nich. Że w domu nie wytrzymam to pewne. Melia rozkochana nonstop chodzi na randki, pachnie, maluje się, przebiera, kupuje ciągle nowe rzeczy i kwitnie. Ja - bardzo się cieszę, bo pisałam wam już kiedyś o jej pierwszej wielkiej nieudanej miłości, moich wyrzutach i pragnieniu by sobie szybko kogoś nowego znalazła - i jest. Zapewne b dobry chłopak - zapewne - bo - i to jest ten żal - do tej pory mi go nie przedstawiła, nic mi o nim nie mówi itd. Bardzo mnie to boli, a dla tych co nie czytali mych dawnych wpisów powiem, że bynajmniej nigdy jej nikogo nie odbiłam czy coś w tym stylu. Wszystko się między nami popsuło przez te akcje z mieszkaniami - w końcu żadna z nas nic nie kupiła, a jakaś zadra została. I uwiera. Mnie, bo jej to teraz nic oprócz A. nie obchodzi, to nie jej brakuje naszych rozmów i dawnego bezbłędnego kontaktu. A mi się nie chce znowu zaczynać jakiś wyjaśnień, zawsze to ja mam zaczynać jak coś mniędzy nami nie gra, ona nigdy, gadamy więc tylko zdawkowo, sucho się śmiejemy i tyle. Mam dość pedago-psychologii w firmie, by i w domu rozwiązywać nieporozumienia, mam to w nosie. A najlepsze, że przed nami wycieczka i już sama nie wiem, czy chcę by ze mną jechała, yyy, suka jestem, wiem. Skoro nawet nie umiemy normalnie pogadać, to wolałabym od niej odpocząć. Namówiłam ją i zapisałam na ten wyjazd jesienią, gdy była sama, miała wielkiego doła i nieraz ją wtedy reanimowałam, a teraz ja mam hm lekką załamkę i kogo to kurde obchodzi, nikogo. O nic się tu nie chcę dopominać, nie robiłam tego dla czyjejkolwiek wdzięczności, robiłam tak, bo tak trzeba i już i cieszyła mnie ta pomoc, a teraz ... na co jej Paryż skoro ona najchętniej zostałaby z kolesiem w Dziurce Małej. Teraz ona ma wielką miłość, ja dalej nic.

       I na co Paryż i mnie. Na ostatnich wycieczkach świetnie się bawiłam, bo przestałam się przejmować, że jadę solo. W tym roku jedzie wyjątkowo dużo małżeństw, z młodych osób ledwie my cztery, reszta solidnie więc mnie obmówi, "hehhe Confetti znów w tym roku kogoś z sobą zabiera, ale nadal jest sama i zawsze będzie".

      A Paryż to miasto miłości i kochanków, na dodatek.  

      Wysłałam dziś memu koledze z Dublina najzwyklejsze foto, czarno białe, w stroju domowym, bo z eleganckiej sesji nic nie mogłam wybrać, wyszłam strasznie. On w tym tygodniu wyjeżdża na urlop na Ukrainę, potem ja wyjadę i może mi przejdzie. To jest bardzo niedobre i niepotrzebne mi tylko złudzenie.

     Oj, nieźle dziś podsmęciłam, wybaczcie, nawet nie komentujcie:)

     

sobota, 07 kwietnia 2007
You Are My Drug Boy

     "Mam dla ciebie fajnego chlopaka, Confetti!" - to znowu moja Mami. "Porządny, ciągle jeździ ze swoją mamą," - po namyśle - "chyba się zgadam z tą panią". Oj jak mnie rozczula ta mamina inwencja, o wiele większa niż moja, hehhe! Kolega to mój z podstawówki, bardzo się wtedy owszem lubiliśmy, ale to było wieki temu.

     A ja nie mogę z tym Irlandczykiem. Nie mogę przestać o nim myśleć, nie mogę się skupić na wypieku ciast i siekaniu sałatek. A on mi ostatnio, że cóż może właściwie być między nami, za duża odległość, och a ja akurat na to nie zważam i wreszcie jestem w stanie się odważyć i gotowa jestem na nieomal wszystko. Och. To nie desperka. To naprawdę bardzo ok facet. Więcej nie ma sensu na razie pisać, bo hm, może on ma rację, może to nierealne?

     Nio. A może to bo skończył mi się okres i to jest ten czas, gdy mnie nosi i stąd ta nagła śmiałość u tak nawet nieśmiałej jak ja:))

    Kochani moi - Wesołych Świąt, smacznego jajka!

22:10, confetti
Link Komentarze (3) »
czwartek, 05 kwietnia 2007
Joy & Pride

     W poniedziałek trochę bałam się iść do firmy. Przez weekend jakoś udało mi się znów odepchnąć czy też upchnąć w sobie tę piątkową reprymendę, pomogła mi w tym Anja, zaprosiła do siebie, nakarmiła, pocieszyła. Bo w domu nikomu nie gadam o takich rzeczach. To ja jestem od pocieszania, a na pewno nie od zamartwiania rodziców swoimi akcjami. I okazało się, że nasza przyjaźń z Anją nie jest taka ot powierzchowna. W każdym razie ona udowodniła, że nie a i ja zawsze stanę za nią murem.

     W poniedziałek nie było Vice, = główna szefowa nic chyba nie wiedziała. Nie zastanawiałam się nad tym. Ani nad tym, co powiem jak mnie kiedy wezmą na dywan, jak co, wtedy coś wymyślę.

     W poniedziałek, gdy jednej klasie puściłam film, odwiedzili mnie moi dwaj byli uczniowie. Tacy, którzy najbardziej chyba wykańczali mnie w zeszłym roku, jeden znudzony nadpobudliwiec, drugi zbuntowany inywidualista, muzyk, który pod koniec gima związał się ze studentką (!!! ludzie drodzy, co to za studentki, co uwodzą dzieci, toż to przestępstwo!), opuścił się w nauce i mieliśmy z nim spore kłopoty. A ja to już w ogóle z nim nie mogłam, miałam z nimi b dużo godzin, nie mogliśmy już na siebie patrzeć i nie sądziłam, że kiedykolwiek nawet rzucą mi głupie "dzień dobry" po tym wszystkim, cośmy razem przeszli:).

     A tu - przyszli do mnie i rozmawialiśmy całą godzinę! Najbardziej z tym od studentki:) Że dostał się bez problemu na najwyższy poziom z j ang w szkole średniej w mieście X., że chce być lekarzem, że dużo się uczy i ... - to mnie naprawdę zabiło - że został laureatem w jakimś krajowym konkursie na tłumaczenie poezji na j ang! Wypytywał mnie o moją twórczość, +czemu zostałam anglistką i czemu - marnuję się w szkole! Ooooo. Grzeczny, kulturalny, taktowny. O ludzie, może to wpływ tej studentki??

     Bardzo jestem z niego dumna. Stwierdziłam też, że nie ma co się zamartwiać tym czego uczniowie nie umieją, idą dalej i świetnie sobie radzą = po co się nadmiernie przejmować. Co by to bylo, gdyby oni naprawdę się zaczęli uczyć już u nas!  

     Prawdziwy balsam na me obolałe ostatnio serce:) Choć kropla!

    

wtorek, 03 kwietnia 2007
Dublin Dream

      "Nie ma sensu dalej prowadzić tej rozmowy" - odrzekła na moje stanowisko babka od mieszkania, tzn jak jej powiedziałam, że cena jest mocno zawyżona i nikt na nie u nas kredytu nie dostanie. I że ja mogę owszem wziąć, ale puste. "A co mnie jakiś bank obchodzi" usłyszałam i takie tam, czyli faktycznie było po rozmowie. Skoro ona buduje dom, bo syn chce mieć psa, a zatem potrzebny jej ogród i pewnie trochę rozrywki w urządzaniu się na nowo. Zatem nie sprzedaje bo musi czy coś w tym stylu. Ehss. Nadal widzę to mieszkanko i nie wiem jak to jest, że nawet nie dziwi mnie że przepadło, że nie czuję żalu ani bólu.

     Stella na dobre jest już nastawiona na wyjazd do Turcji i ślub z tym nowo poznanym gościem z Istambułu. Ale nie czuję w niej specjalnego zapału, podniecenia, tylko zrezygnowanie i decyzję w stylu - a nuż się już lepszy nie trafi, zresztą sama wprost mi też to mówi. I obawia się tej odległości, języka, zależności finansowej na początku, a może i na naprawdę długo. Nie wiem już co jej mówić, jak jej powiedzieć, że może się to fantastycznie ułożyć, a może i nie - nie spróbujesz, nie przekonasz się, a żal, że się nie zaryzykowało jest chyba zawsze większy niż sam skok na głęboką wodę. Stella w ogóle chyba wymyśliła sobie, że możemy przenieść się tam obie, bo naopowiadała tam jednemu Turkowi, że ma samotną koleżankę i ten napisał już do mnie, obejrzał me foto i zastanawia się, czy nie przyjechać tu z jej lubym. No proszę. Nie no, niech reklamuje im inne kumpelki, narobiłabym jej tylko obciachu, bo jesteśmy przecież totalnie różne!

      "A może ty się zakochałaś w tym Irlandczyku, z którym piszesz?" - zapytala nagle. Ano piszę. I tylko Stella o tym wie. Nagle jakoś ostatnio rozkręciła mi się bardzo znajomość oczywiście pisana, co i tak jest pewnym przełomem, bo do tej pory to z nikim nie mogłam złapać nawet zdalnego kontaktu (o czym było poprzednio). W sumie to ja coś do niego skrobnęłam pierwsza na singlowym portalu, potem jakoś wymienialiśmy się półzdaniami, potem o  nim zapomniałam a on zaczął coraz dobitniej zachęcać mnie do pisania i jakoś tak się zrobiło, że już za mocno o nim ostatnio myślę i za bardzo czekam na jego odp. On też jakoś się bardzo ożywił. I tylko myślę, po co ja się znowu wciągam w takie pisanki, fakt, wielkanoc, ale o pisanki to w niej inne chodzi, a nie jakieś osobiste bardzo listy, kręcenie sobie filmu, na który i tak się przecież nie odważę. Kurka, zupełnie bez sensu! Bo i jeszcze foty mu nie posłałam. Mogłam od razu, a teraz to... Wystraszy się koleś i tyle z tego:)

      Zaprawdę ostatni to, z którym się w coś takiego wplątuję/

    

     

     

22:08, confetti
Link Komentarze (15) »