Let me take you on a trip ...
środa, 29 kwietnia 2009
Szach Mat

    Nie zgadniecie, dear girls, kto pojedzie zamiast mnie na zesłanie z uczniami, kto zgarnie za mnie kilka tysięcy pln (zależy jak dobrze będzie stało euro), przejmie wyzwanie roku, o którym już dudni w kuluarach, o którym pisać będzie wkrótce cała prasa prowincjonalna, kto dostał jako drugi propozycję Szeryfa i ochoczo się zgodził, a zdygana reszta ze mną na czele radośnie odetchnęła z ulgą. Matt.

   Teraz to ja chcę kurtka też pojechać! Z nim! I nie muszą mi płacić ani eurocenta! Mogę mu tłumaczyć, gotować, zabawiać go, za free, ku chwale ojczyzny;) Bo cóż tam będzie wieczorami porabiał samotnie? Taki sam, bez zobowiązań .. jeszcze kogoś wyrwie .. Przysięgam, słyszałam dziś w pierwszych komentarzach te kultowe hasła - niech jedzie, może kogoś wreszcie znajdzie.

   Niech jedzie.

22:54, confetti
Link Komentarze (2) »
wtorek, 28 kwietnia 2009
Summer of Tears

I sit neatly, just like you told me
I don't move nor I complain
I only speak when I am hungry
Or when there's nothing else to say

So where do I go
If you are not here
I am breaking the rules
I wade in the air
I've broken our home
And fallen adrift
I throw away love
Then fall in again

I forgot breathing for days
Fear I might fall asleep forever
Can't tell the difference between us
How do I lose myself
How straight

This is the summer
This is The Summer of Tears

---

pati yang - summer of tears

--- oszalałam na punkcie tej piosenki, jest to tzw polski triphop i, fakt, inspiracja Portishead jest wyraźna, ale na tyle dobra, że przewyższa jakością niejeden ich utwór. próbowałam wstawić teledysk z youtube, ale mi nie wyszło ---- booo

Oh, po prostu kocham taką psychodelę i nic nie poradzę, że taka muzyka najbardziej mnie porusza i rozciera na miazgę. + czuję tu lekki d/s motyw ;)

Ale TE klimaty nie mają już znaczenia, T. po prostu przestał do mnie pisać, zniknął, odszedł, bez słowa. Zdarza się /

poniedziałek, 27 kwietnia 2009
Tik Tak

      Zimą czekam na wiosnę a potem tak bardzo jej nie lubię, wiosną tęsknię za zimą, za jesienią, kiedy to uzasadnione jest gnicie w domu; kiedy zmrok, deszcz, śnieg sprawia, że czuję się bezpieczna i mam o wiele mniej dziwnych myśli niż teraz. Znowu wracają, wracają mi lęki, nagłe rozklejanie się, ostry dyskomfort istnienia. Wszystko to z czym się w zimowym sezonie niby pogodziłam otwiera się na nowo jak świeża rana. Przeklinam siebie za to, bo przecież narzekanie na mój los to obraza niebios. A jednocześnie sama siebie nie umiem już reanimować, motywować, poklepywać po zadku, raczyć siebie nawet czarnym ale zawsze jednak humorem.

     Zauważyłam, że ostatnio nie lubię wychodzić do miasta, nie chcę by ludzie na mnie patrzyli, uczniowie by się kłaniali, sąsiadki zagadywały. Jeśli muszę coś załatwić mknę jak torpeda, generalnie z braku czasu na spacery, ale też wolę szybko zrobić co trzeba i wrócić i ukryć się, schować. Ubieram się niedbale i niemodnie, żeby nikt dłużej nie zatrzymał na mnie wzroku.. A w domu także się duszę .. W dni powszednie żyję pracą, a w weekendy (ok, w soboty, bo połowa niedzieli to też zawsze papiery) nie mam co z sobą zrobić .. Wczoraj kiedy już wszystko wysprzątałam, wyprałam, skończyłam czytać gazety, a brakło mi filmów na dvd po prostu siadłam i zaczęłam dumać ..  co ja u licha ciężkiego .. tutaj robię?

      Nie wolno tak dumać, należy wziąć się w garść i coś robić, działać, mieć pasje, udzielać się np radzie osiedlowej, zapisać do wolontariatu, do bractwa ojca Pio/Pijo, uprawiać sporty, wychodzić do ludzi .. A ja tak bardzo nie mam siły i ochoty. Ani okazji. W ferie nie mogłam nadążyć za imprezami, teraz wszystko ucichło, chyba za dużo wszyscy pracujemy, żeby mieć powera na weekendowe rozrywki, każdy raczej woli posiedzieć w domu .. z mężem, partnerem, dzieckiem. Z Barbie nie wymieniamy nawet esów, Ritka bez słowa wyjechała znów do Niemiec, Martika coraz bardziej pod kontrolą Pitera, Miss S chora .. Miałam dość babskich wieczorów, teraz mi ich brakuje ..

     Porzuciłam moją koncepcję anty. Dziś owszem, bardzo przydałoby mi się wobec powyższego i ogólnie Dziecko. Może to jest instynkt, może efekt tykającego zegara, nie wiem, ale często, za często przyłapuję się z wiosną na tej myśli. Dziecko ustawiłoby mnie społecznie, w oczach rodziny, sąsiadek, a przede wszystkim w pracy - wreszcie na kilka lat stałabym się świętą krową, oby jak najdłużej dojną = mającą żelazne alibi na extra projekty, mającą fantastyczny temat rzekę z każdą jedną współpracowniczką i viceSzefową. Dziecko byłoby długoterminową ale opłacalną inwestycją na lata emeryckie, źródłem nieustannych fakt trudów ale i inspiracji, ciągłych wrażeń i wydarzeń. Czy to mógłby być ten sens, którego mi tak ostatnio brak? Bardzo prostackim jest mniemanie, że tak. Bardzo przykrym - niemożność realizacji tego planu. Bardzo boli, gdy Mami z tak wielką, źle skrywaną tęsknotą wykrzykuje do Melii - kiedy będą te wnuki, kiedy?? Na mnie nawet nie patrzy, nie liczy, choć siedzę tuż obok. I szaleńczo wbijam sobie paznokcie w dłonie. Też boli.

    

00:17, confetti
Link Komentarze (5) »
środa, 22 kwietnia 2009
Upiór w Operze

     W poniedziałek spokojnie acz zdecydowanie przedstawiłam Szefowi pod3manie mej odmownej decyzji, ten przyjął to bez zdziwienia, nie nalegał, nie drążył, myślę, że tylko dlatego, że nie wierzy jeszcze, że Miss S rezygnuje, bo póki co dość delikatnie zasygnalizowała tę nowinę by go nie zszokować. Ale my dobrze wiemy, że S nie pojedzie. W tej chwili znów jest na L4, choroba osaczyła ją i bierze coraz dłuższe zwolnienia, coraz częściej.

     W ten weekend w ogóle już nad tym nie dumałam, nie obwiniałam się z powodu rezygnacji, nie analizowałam sprawy. Wiem, że to słuszny wybór z mojej str, nie żałuję pieniędzy i wrażeń, bo wrażeń mi tego lata nie braknie (wreszcie wyprowadzka, ślub Melii itp = czeka mnie masa emocji). Ale to będą inne wzruszenia, odpocznę od pracy, a nie będę odpowiadać głową za gromadę uczniów. Mam prawo zresetować umysł, jeśli nie odetchnę nawet latem - zwariuję. Dobrze jednak wiem, że to nie koniec historii i póki ktoś nie podpisze tego cyrografu - nie zaznam spokoju.

     By naprawdę wyluzować w piątek do późna rozmawiałam i piłam piwo z sister, a w niedzielę byłam z ludźmi z pracy na odchamianiu w operze w mieście X. Mimo, że atmosfera siłą rzeczy była firmowa udało mi się oderwać od obecnych stresów. Przed seansem zdążyłyśmy z dziewczynami nakupić wiosennych ubrań i uderzyć na pyszne jedzonko. A potem na 3 godziny przeniosłam się w magiczny świat opery włoskiej, tragicznej historii miłosnej, sztuki z najwyższej półki. Pierwszy raz byłam w prawdziwej operze. Może na najbardziej porywający spektakl nie trafiłam, ale i tak głęboko się wzruszyłam i pragnę bardziej zainteresować się gatunkiem. Coś jest w tym niesamowitego, że tak hermetyczna sztuka przyciąga nadal tłumy ludzi, w tym całkiem sporo młodzieży. Doprawdy kosmos. A widać ludzie potrzebują go. Nie tylko ja.

     Wróciłam do domu upojona muzyką, nasycona dobrym jedzeniem i wybornym towarzystwem. A najlepszy był kruchutki kurczak, świeże warzywa i lekki sos ... Mmm. Jednak jestem prymitywna, bo ze wszelkich sztuk najbardziej cenię kulinarną. I miłosną ;) Yes.

sobota, 18 kwietnia 2009
Kisiel

    

     Sprzątam sobie pokój w sobotnie południe, muzyka na full, słońce świeci, dzwoni telefon - widzę obcy numer, odbieram a tu .. Matt. W jak najbardziej zawodowej sprawie, wziął numer od Liny by cośtam od kogośtam przekazać w sprawie matur - ale nie taka znowu pilna historia, żeby interweniować w weekend .. Pomyślałam sobie. Ucieszona jak nastolatka, że mogłam usłyszeć jego słynny mocny a słodki głos w swoim fonie - nieomal przeżyłam orgazm :)) No ale też wiem, że jeśli coś miał przekazać to sumiennie po prostu to zrobił i tyle nawet w wolny od pracy dzień, jak to on dziko uprzejmie (proszę - przepraszam - nie przeszkadzam? itp). Tak mnie zaskoczył przedstawiając się, że nie pamiętam co w pierwszej chwili palnęłam, ale przysięgam dziewczyny, coś zbyt entuzjastycznego i kurka zbyt czułym głosem, aaaaaaaa. Ja i moje urojenia, a facet po prostu odfajkował co miał zrobić i poszedł na balet ze swoją kobietą (której nadal nikt nigdy nie widział), ale na pewno tak. Mimo to jakoś tak fajnie się czuję mając jego numer. A on ma mój. Oh.

Objection

     Licho nie śpi, jeśli spało - obudziło się. Choroba Miss S powróciła do niej na tyle poważnie, że nagle w tym tygodniu zrezygnowała z uczestnictwa w praktyce, a nie jest to dziewczyna, która z byle powodu roztkliwia się nad sobą. Naprawdę cieszyła się na ten wyjazd, ale zdecydowała, że nie może ryzykować. Dzień przed ogłoszeniem owego faktu szefowi Miss S zaczęła mnie prosić .. bym ją zastąpiła. Czyli historia, na której temat zdążyłam zdrowo odetchnąć znienacka powróciła i już pierwszego dnia po przerwie świątecznej podniosła mi ciśnienie i przyprawiła o takie kłucie serca, że ledwo ręką mogłam ruszać. Kurfa mać. Poczułam się tego wieczoru jak w palącym potrzasku pomiędzy lojalnością wobec Miss S, a zdecydowanym oporem i sprzeciwem co do wyjazdu z grupą zupełnie obcych mi uczniów, sprzeciwem wobec psikusa losu, zagrożenia, że jako pierwsza będę znów brana pod uwagę, by zamiast po majowej sesji egzaminacyjnej (2tyg na ustnych w czterech szkołach, 2 weekendy sprawdzania matur pisemnych) wreszcie odpocząć - nadal jechać na jak najwyższych obrotach przez połowę wakacji .. Przysięgam, że nie mam na to siły .. Nie mam motywacji, nie mam jak naładować swoich baterii, nie mam ochoty wyjeżdżać na takie wygnanie.. (nie podaję szczegółów, ale wygląda to dla opiekuna jak zesłanie). A już nie chcę być w skórze tego, kto odważy mi się w tej sytuacji powiedzieć - jedź, jedź - a nuż kogoś poznasz. Zabiję. W nocy nie mogłam długo zasnąć, ale do rana wyklarowała mi się waleczna postawa instynktownej obrony. Bez względu na to, że od razu pojawią się komentarze, że stchórzyłam lub pogardziłam ofertą. Oprócz własnych racji skłoniła mnie do tego najbardziej postawa Liny, która jako pierwsza po S powinna jechać, bo uczyła i zna tych uczniów lecz jest totalnym tchórzem i kurfa czemu JA mam się poświęcać jak ona odmawia, bo trzęsie portkami, a zmyśla jakieś choroby no i MA MĘŻA - to jest jej autentyczna wymówka. Wielkie przyjaciółki a już zdążyłyśmy się o to pożreć na max - normalna sytuacja w przypadku walki o ocalenie własnego tyłka. A ja nie mam męża i nie pojadę, właśnie dlatego i teraz to już dla zasady. Poza tym nie postradałam zmysłów, by jechać sama z obcą młodzieżą przez pół Europy, nie. Nie w tzw. dzisiejszych czasach.

     I nie myliłam się, tuż przed weekendem sam Główny przeprowadził ze mną rozmowę w tej sprawie, ze mną jako pierwszą i na razie jedyną, odmówiłam od razu i zdecydowanie, i choć czułam, że przyznaje mi rację - prosił by to jeszcze przemyśleć kusząc parę razy atrakcyjnym wynagrodzeniem. Jest ono owszem naprawdę spore jak na biednego polskiego nauczyciela, ale nie - za żadne pieniądze nie jadę.

     Może i ja jestem po prostu zwykłym tchórzem, bo nie podejmuję wspaniałego zawodowego wyzwania, może jestem leniem i łamagą, trudno. Nie.

czwartek, 09 kwietnia 2009
baju baj

     Powinnam, wiem, upikantnić jakoś tego bloga, ale kurka musiałabym zacząć zmyślać ...

     T. miał przybyć w zeszły weekend, ale po raz kolejny wizytę przesunął. W związku z interesami, pogrzebem w rodzinie i tym, żebym była odpowiednio nastawiona. Tzn napalona na max, a ostatnio mam z tym problem, bo jestem wykończona pracą i zobojętniałam nawet na jego czarowanie, a jest on w tym bdb. Mam co prawda już tak wyprany mózg, że jestem w stanie iść ciemną nocą prosto do jego pokoju bez żadnych wstępnych konwersacji w restauracji, bo nie chce mi się z nim gadać. To co nas interesuje mamy omówione wzdłuż i wszerz, a o dziedzinach typu dom i praca rozmawiać przecież nie będziemy. Nigdy w życiu nie powiedziałabym mu czym się naprawdę zajmuję, a Lina podszepnęła mi kit dla niego, że niby pracuję w policji, tak "dla bezpieczeństwa". Czyli jakby co, zagram urzędniczkę cbś albo coś takiego. Mam zatem wodę zamiast mózgu, rolę do odegrania i jeszcze mam być mocno podniecona, bo jak nie - nie ma to sensu i on się ze mną nie spotka. Boję się, że się w tym pogubię, zapomnę, zdradzę się, a nie jestem dobra w oszustwach i niczego tak nie lubię jak bycia nie sobą. Choć niby siebie to mam w jego zabiegach odnaleźć. I odrodzić się. Czasem czuję niepokój, ale nie przed T. tylko przed sytuacją, jego nie boję się wcale. Może jestem taka harda, bo tak naprawdę nie wierzę, że kiedykolwiek dojdzie to do skutku. 

     Trzymam więc sobie tę swoją tandetną historyjkę gdzieś w zanadrzu, jedyną od ciężkiej szarości odskocznię, bajkę przed snem i sen na jawie w jednym. I mam nadzieję - że to się faktycznie odbędzie lub nigdy w życiu nie stanie - która z tych dwóch wersji - tego nie powiem Wam wcale.

    

22:56, confetti
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 kwietnia 2009
The Reader

     Czyli film Lektor. Niby obraz poruszający (jak zwykle mimo woli w środku akcji rozkleiłam się), cudowna muzyka, piękna erotyka i napięcie, ale jakoś mam wrażenie, że prawdziwe arcydzieło można by dopiero z niego zrobić - grając mocniej uczuciami bohaterów i motywem Holocaustu również, a świetna fabuła daje wielkie możliwości. Mimo szeroko nagłaśnianych "kontrowersji erotycznych", film to wg mnie typowo dla amerykańskiego kina oscarowego b. poprawny i ugładzony = dość szybko ginie w pamięci. Do dziś jednak męczą mnie pytania: dlaczego Michael nie wspomógł prawnie Hannah, gdy poznał jej tajemnicę, dlaczego wspierał ją przez lata, gdy była w więzieniu, potem się odsunął, a ostatecznie jednak rozpaczał i rozpamiętywał tę miłość nadal .. ? Hm, na pewno taki niedosyt odpowiedzi frapuje bardziej niż przegadanie lub przeładowanie treścią, więc niech to będzie jednak na plus.

     Zdenerwowało mnie, że w jednej z recenzji ktoś napisał, że film "epatuje nagością podstarzałej Winslet" ! Ona podstarzała?! Nie wiem ile aktorka Winslet ma dokładnie lat, ale na początku filmu grała ledwie 30tkę!! Celowo jej nie upiększano, ale czy to od razu podstarzanie?? Normalna babka, a cóż tam było nieefektownego, ledwie raz cycek gdzieś mignął - nic więcej oczywiście. Zrobienie jej na staruszkę - to dopiero im nie wyszło .. Nigdy mnie nie przekonują młode kobiety w perukach, z jasnym spojrzeniem i gładkimi dłońmi udające osiemdziesięciolatki. Ja tam Oscara bym Winslet nie dała, to po prostu kolejna jej solidna rola i tyle.

--- to mówiłam ja - podstarzała Confetti ;)