Let me take you on a trip ...
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Personal Income Tax


     Pit-37 przynajmniej oddany nie na ostatnią chwilę, nie tuż przed zamknięciem urzędu. Rozliczenie bez męża, bez ulg na potomków, bez żadnych odliczeń w ogóle. 1% ku oburzeniu bliskich nie oddałam na dzieci, dzieci zdrowe czy chore, porzucone, sieroty, na rozwijanie młodych talentów, nie. Nie wspomagam dzieci obcych ludzi i kropka. Jak również nigdy nie oddam grosza na przewidywane wspieranie darmozjadów księży. Lub ich dzieci.

     Swój procent przeznaczyłam na lokalną organizację, która leczy kocie maleństwa, prowadzi sterylizacje
i adopcje kotów.

    
     Na cześć Pimpusia i ogólnie, to najlepszy cel. Prawda?




17:49, confetti
Link Komentarze (8) »
sobota, 14 kwietnia 2012
eyeliner


     Jedziemy z Mattem.

     Czy pisałam już, że mam wybitnego pecha do tego osobnika?

     Pisałam.

     On także wskoczył na wyjazd za całkiem inną osobę, do dziś nie wiem czemu. Miał jechać mój Fan, chciał przecież chodzić do mnie na lekcje = wtf? Każdego innego bym się spodziewała, ale Matt? W jego sytuacji rodzinnej? Czy nie powinien trwać przy kobiecie swojej tu na miejscu? Może także chodzi mu o pieniądze? W sumie szwagier też jak musiał to wyjeżdżał i zostawiał Melię.. Może ten podobnie?

     Kiedy się o tym dowiedziałam byłam zdecydowana już na wyjazd i mina mi zrzedła. Było-minęło, po gafie i rozczarowaniu jakie zaliczyłam, wyparłam gościa z głowy szybko i skutecznie, szmat czasu upłynął, nigdy nie wchodziliśmy sobie w drogę, życie płynęło dalej. Raz jedyny M. wbił mi do pracowni, w której miałam zaplanowane zajęcia, zaczęliśmy sobie jedno drugiemu ustępować, pełen wersal. Ano były po drodze jeszcze te wspólne chrzciny
(odnośnika do notki dodać tu nie umiem), co mnie raczej rozśmieszyło a nie podłamało (jaki to los potrafi być przewrotny), bo sprawa tego faceta była dla mnie zakończona. A tu znowu.

     I przez chwilę, jedną chwilę coś we mnie wbrew sobie drgnęło, hmm, jedziemy razem, i co z tego że chrzciny, może to była zwykła wpadka, może się rozpadło skoro on sobie wyjeżdża, a o ślubu dotąd nie było. Może chce wyjechać, uciec od problemów, zapomnieć? ..

    I może JA mu w tym pomogę? Nie no, aż tak nie myślałam. Wnerwiało mnie, że znowu trzeba będzie odwalać wersal, a tak na serio to dałabym kolesiowi w nos. Nic do niego nie mam, a znów wchodzi mi w paradę.

    Kilka dni później, jakby w odpowiedzi na moje rozterki, życzliwa napisała mi sensacyjnego newsa, że .. Matt się żeni. Na razie więcej się nie dowiedziałam, gdzie i kiedy.

     Może na to zbiera więc kasę.. Dziwne ale ten sms popsuł mi cały wieczór, całkowicie. Cóż to co wyjazd będzie, z "moją byłą" i gościem, z którym nie wyszło..? Gorzej być nie mogło. Może będę czuła się jeszcze bardziej samotna niż wtedy gdy byłam na misji sama? A może czas na naprawdę grubą kreskę, odpędzenie demonów i zupełnie nowy rozdział? Westchnęłam głośno, odłożyłam papiery i książki i już miałam zamknąć na noc lapika. Ale zerknęłam na stronę z wynikami dofinansowań o jakie starałam się zimą.

    Paczę, mój wniosek na szałowy wyjazd letni (=trzeci projekt) został zaakceptowany :)

    Takiej mieszanki radości/markotności naraz nie przeżyłam dawno.

     Są ludzie stworzeni do dzieci, ślubów, świąt z rodziną, cholesterolu, wielkiego telewizora, samochodu, pralki, spacerów w parku. Są i inni.

     Tego wieczora zrozumiałam kto jest kto.
     I poddałam się. Z pokorą pora przyjąć tę puentę.

------

  nicki minaj - moment 4 life


18:13, confetti
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
weekend

     Uwielbiam takie filmy. Nie o gwiezdnych wojnach czy armagedonach ale o relacjach między ludźmi. Ogólna fabuła niby banalna, rzecz o namiętnym weekendzie dwójki gejów, którzy spotkali się aby się zakochać/pokochać (?) i zaraz rozstać, ale opowiedziana w bardzo sugestywny, naturalistyczny i przejmujący sposób. W outującej się polskiej rzeczywistości wysyp wątków gejowskich mamy obecnie wszędzie: w każdym serialu, wśród tancerzy, śpiewaków, członków jury przeróżnych talent shows (w realu gorzej, ale może to na prowincji) itp i jeśli ktoś ma tego dosyć lub jest uprzedzony - nie strawi tego filmu. Był on przez moment i dla mnie ciut za gęsty od forsowanych gejowskich manifestów, ale to było nieuniknione. Mimo tego jest to nadal i przede wszystkim poruszający obraz o namiętności, intymności i rodzącym się uczuciu dwojga ludzi, nie gejów.

     Krótko mówiąc wyrwał mi serce z korzeniami..

     Może dlatego, że gdybym była facetem na pewno byłabym homo ;) ? Może dlatego, że miłość facetów zawsze wydawała mi się szczytem jednak perwersji, odwagi i prawdy o uczuciach niezmąconych stereotypem płci i społecznych ustaleń? Miłość lesbijek mało kogo chyba gorszy i bulwersuje, bo kobiety są zawsze bardziej uczuciowe i to okazują, np dotykają się, całują i nie ma w tym nic niestosownego. Na facetów zawsze patrzy się wtedy podejrzliwie.

     A może z całkiem innych powodów ..

     Świetne zdjęcia, znakomita gra aktorów i ujęcia. Piękne, śmiałe, może nawet ostre sceny miłosne. Fajny brytyjski klimat. Cudny tytuł. Polecam..

-------

     Zupełnie inny weekend - reż.
Andrew Haigh



Tagi: films
00:04, confetti
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 kwietnia 2012
stara przyjaźń nie rdzewieje ?


     Na praktykę jadę z Liną. Tak, z tą agentką, z którą niegdyś mocno się przyjaźniłyśmy, a potem śmiertelnie skłóciłyśmy się o głupotę. Kawał czasu się nie odzywałyśmy, nie ułatwiałyśmy sobie pracy, czyli obciach wyszedł z tego aż miło. Potem nastąpiła czysta obojętność, budowanie innych relacji czemu oddała się intensywnie Lina, można powiedzieć rozkręciła się, ja wycofałam z paru aktywności, ale szybko zaczęłam żyć własnym życiem, nie nasłuchując co ona robi, z kim i gdzie, a i taki etap chwilę miałam. Odcięłam się, wyleczyłam, zwyciężyłam? Nigdy bym nie pomyślała, że jeszcze kiedyś pogadamy, nie mówiąc o wspólnych wyjazdach.

     Z dobry rok temu Lina odnalazła mnie i zaczęła się odzywać na efbuniu. Co mnie bardzo zadziwiło, ale uznałam to za pewien przełom. Odpowiadałam zdawkowo, uszczypliwie, z dużymi przerwami, do czego nie musiałam się zmuszać, bo uraz swój przecież miałam. Ale czas naprawdę leczy rany, wymazuje urazy i sprawia, że człowiek zaczyna śmiać się ze starych waśni. Albo po prostu dojrzewa i mądrzeje. Dość już dziecinady, uznałyśmy.

     Wszystko toczyło się jednak powoli, w realu właściwie nic się nie toczyło, bo co innego pisać, co innego porozmawiać. Choć i rozmowy się zdarzały, ale tylko na imprezach i po wódce, pierwsze koty za płoty jednak poszły. A wszystkie chyba nasze koleżanki fakt ten zauważyły, dostawałam nawet esy odnotowujące, że się pogodziłyśmy, hm, wyobrażam sobie zdumione miny babskiego grona. Ale nie dbałam o to. O jakiś tam honorowy wizerunek, o konsekwentne zacietrzewienie i trzymanie fasonu nienawiści do grobowej deski. Bo jestem z natury pacyfistką, zawsze uważałam, że choć były powody kłótnia ta była moją/naszą wielką porażką i jeśli laska wyciągnęła w sumie rękę do zgody - nie mogłam się na nią wypiąć.

     Wkrótce zaczął przewijać się temat praktyki. Lina miała i cynk i nosa, że skład się zmieni i zaczęła mnie mocno na nią namawiać. Miała też i w tym swój interes, żeby sobie dobrać osobę doświadczoną i znającą język, a co jeszcze nią kierowało - nie wiem. Trochę to mnie łechtało, trochę kazało być czujną. Decyzję podejmowałam ostrożnie, zastanawiałam się, czy/jak się sprawdzimy współpracując na wyjeździe, myśląc jak ważna jest ta kooperacja, bo czasem już lepiej jechać solo niż z bardzo niewłaściwą osobą.

     Ostatecznie, z wielu wcześniej podanych już powodów, zdecydowałam się. I bynajmniej nie po to by się Linie przypodobać, przeciwnie, z powodów mocno egoistycznych, by zarobić, oderwać się, sprawdzić, przydać się Dyrekcji itd. Zbyt wiele ważnych rzeczy mnie już kiedyś przez L. ominęło abym mogła się znowu przez nią z czegoś wycofać. Bo ostatecznie to i tak nie ona mnie sobie wybrała, tylko jak pamiętam "wyróżnił" mnie Sanczo, hehe.

     O tym z kim jeszcze jedziemy - wkrótce.


    
19:02, confetti
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 kwietnia 2012
Some people call me the space cowboy, yeah


     Ostatnio rodzice przywieźli sobie
od Melii starą, ale wygodną kanapę  i umieścili ją tymczasowo w piwnicy. Kot dwa dni udawał, że jej nie widzi, po żarełku siedział sobie przy oknie, podziwiał widoki albo ucinał tam komara. Na trzeci dzień władował się bezpardonowo na sofę, zwinął się w kulkę w rogu i spał pochrapując na całą piwnicę. Nie muszę pisać, jak rozkoszny był to widok, a dla kota jaka uciecha. Mama zaczęła go jednak ganiać, bo Pimpuś nasz to nie okaz sterylno-kanapowy, a zbłąkany wędrowiec, czytaj typ nie do końca higieniczny, w dodatku kichacz, a i może kilku pcheł siedlisko. A Mama chce wymienić sobie niewygodny tapczan na ten oto nabytek. Okryła więc sofę kocami, a potem folią, co kocia trochę zastanowiło, ale nadal lubi się na niej wylegiwać.

     Wczoraj Tatek opowiada, że nakarmił kota, po czym ten jak zwykle zaczął się kręcić przy miękkim meblu. W pewnym momencie, opowiada Tato, kot oparł łapkę o kanapę i wzrokiem wyraził zapytanie. Czy może wskoczyć czy nie. Tatek rozczulił się. I mówi - pogłaskałem go po łepetynie, kot uśmiechnął się i zadowolony wskoczył tam hops na drzemkę. :))

     Niesamowite. Rozumiem, że z Piotrusiem można nawiązać coraz lepszy kontakt, bo wykazuje wielkie postępy intelektualne, ale z kotem ??

     Szkoda, że bidulek nie ma na tyle oleju w głowie by unikać forsownych ćwiczeń siłowych, bo nadal wdaje się w bójki z kolegami i ... ma wyrwane całe płaty futra, do krwi, po bokach. Już mu się trochę zagoiło, ale nadal nieciekawie to wygląda. Tak go dobrze karmimy, dbamy jak możemy, a tu taki Pimpuś Sadełko z niego. Bez sadełka.

-------

     Fatboy Slim - The Joker /cutest video ever/


20:02, confetti
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
jajogłowa


     Oglądałam ostatnio:

- reportaż o młodych surogatkach, które rodzą dzieci bezpłodnym kobietom. Te ostatnie próbowały już wszystkiego i ostatecznie zdecydowały się na wynajęcie brzucha. Same nie mogą mieć dzieci, ale mają wiernych facetów przy boku, którzy oddają w toalecie nasienie do kubeczka, a surogatka to sobie .. strzykawką?? Ludzie, nie wiedziałam, że tak się to robi!

- film o zamrażaniu jajeczek przez zdesperowaną Holenderkę po 30ce. Ciekawe, że na taki zabieg jechała bodajże do Belgii, bo nie wszędzie można, a zapłacić trzeba .. aż 16 tys. euro. Choć jej historia wydała mi się dziwna, bo w międzyczasie robiła regularną akcję hurtowego randkowania i .. nic, nic.. Nikt jej nie pasował albo odwrotnie. Może tak bardzo zafixowała się na punkcie swoich jajek, że zapomniała iż powinna szukać Człowieka, Faceta, a nie dawcy spermy. Może poza rozrodem nic już jej nie interesowało. Mimo, iż chyba nadal śniła o prawdziwym związku i romantycznym poczęciu skoro tylko mroziła towar, a nie robiła nic bardziej radykalnego. Jeśli w ogóle można tu liczyć na romantyzm. Była chyba dokładnie w moim wieku, jeśli nie ciut starsza.

- The Switch z Jennifer Aniston, także historię singielki, co radzi sobie jak może by wygrać z biologicznym zegarem i korzysta z pomocy dawcy spermy. Czyli tak to się teraz robi - jak mówi polski tytuł. Z pompą i na imprezie. Znowu do pojemniczka itd. Jednakże, jak to w każdej szanującej się komedii romantycznej, przy Aniston
trwa zakochany w niej, neurotyczny przyjaciel, co dobrze wróży losowi samotnej matki.

- Zajście awaryjne, również komedię w ten sam deseń, tyle że wyłączyłam po kwadransie bo słabiutka. Albo nie mogłam znieść grozy poszukiwań faceta, który zapłodni ostatnie pozostałe bohaterce jajeczko. Co to miała też 30tkę i dopadła ją przedwczesna menopauza.

- Bobasy - paradokument przesłodki, ale nic poza tym. Mam taki film na żywo jak tylko widzę Piotrunia.

     Nie wyszukuję tych filmów, same się wynajdują.

     Ehs.. nie mam obecnie na koncie nawet 1tys euro :( Odpuściłam pomysł zgłoszenia się na surogatkę, a potem ucieczki z dzieckiem. Jeśli wypali mi jeszcze kilka projektów to tego lata nie dostanę się z braku czasu do kliniki w Danii. A jak nie w wakacje to kiedy? (Aaa,zapomniałam, kasy na in vitro też nie mam, zonk).

     Pytanie retoryczne, komentarze wyłączę, bo mi wstyd drążenia tematu :)

     A zegara nie mogę wyłączyć, niestety.

     Tic, tac, tic, tac..

------

   Madonna - 4minutes


22:01, confetti
Link