Let me take you on a trip ...
niedziela, 30 lipca 2006
Good Night, Good Luck

     Stanęło na tym, że nad morze pojedzie z nami i Melia i wtedy naprawdę zaczęłam się tym wypadem cieszyć. Ktoś powie, że to chore radować się wyjazdem z siorą, a ja owszem. Po pierwsze b chciałam zabrać M., bo od dwóch lat nie była na żadnych wakacjach, nic tylko uczy się, studiuje i pracuje, wkrótce i na 3 zmiany, odkłada kasę, a przecież taki urlop jak nic i tym bardziej jej się należy. Namawiałam ją od lipca i już straciłam nadzieję, gdy oto jakimś cudem udało jej się wyprosić urlop w terminie naszego wyjazdu. Dwa, we trzy to zawsze lepiej, raźniej, bezpieczniej, we dwie to nawet nie wypada, hehhe;). Trzy, my z M. nie tylko w życiu się spoko dogadujemy, a w podróżach to już całkiem. Wielkim komfortem jest zwiedzać z zaufaną i bliską osobą, a my mamy jeszcze tę samą wrażliwość i odbiór świata, nie lubimy zbytku, ale za to chcemy jak najwięcej zobaczyć i przeżyć, zrobić świetne zdjęcia. Zawsze jak gdzieś daleko wyjeżdżam, b żałuję, że nie jesteśmy tam razem, ale mam nadzieję, że kiedyś odwiedzimy razem jeszcze niejedno wspaniałe miejsce. 3miasto to skromny póki co urlop, ale sprawdzony i najważniejsze, że mała też wreszcie trochę odpocznie!

     Chcę wyjechać jak najprędzej, odciąć się od tematu kredytów, nieruchomości, nieudanych planów, od tego miastka, uczniów, a i rodzinie dać od siebie odpocząć +zatęsknić. Krótko to i nie tak excytująco jak w zeszłym roku, ale grunt, że w ogóle się gdzieś ruszę. W przyszłym tygodniu w 3mieście cała masa atrakcji! A przyjazd naszego tria - to największa;), hehhe!

    Nagle w środku nocy wczoraj odezwał się jak duch zza światów Felix, jest u siebie, ale za jakiś czas znów przyjedzie, on wielki wielbiciel Polski, hyy. Jakoś się w życiu ustawia, ma jakąś pracę tam, zamierza się ożenić, to z Polką. Pisze mi to i nagle, że tęskni za mną+żałuje, że nigdy nie spróbowaliśmy. No. Też mi go czasem brak, tych naszych niekończących się dialogów, smutów i dowcipów, hehhe, ale czy żałuję? Gorzej żałować tego czego się nie zrobilo czy zrobiło? Był czas, że stwierdziłam, pójdę zań jak w dym, ale potem pojawiła się ta jego kobita i luz, rozeszło się to i lepiej. Jest jednak wciąż jakaś dziwna więź między nami, fakt. Mimo to, zawsze się go jakoś bałam i wiem, że to iż się pows3małam nie było bez powodu, pisałam o tym nie raz. I nie raz twierdziłam, że myślę i robię głupio.= Doprawdy lepiej, że się ulotnił. (Powtarzam to sobie głośno i wyraźnie. I że mu gratuluję. I życzę powodzenia.) Tak>

15:58, confetti
Link Komentarze (2) »
sobota, 29 lipca 2006
SexyBack

    Czy to ten upał czy mnie całkiem pogięło skoro spodobał mi się ni z gruszki ni z marchewki Justina Timberlaka czy jak mu tam teledysk, na starość?! Rytm dość prymitywny ale niezłe słowa i jest tu jakieś napięcie, zmysłowe, nie inne, wreszcie:)

http://www.youtube.com/watch?v=85vd2naJfFA&search=Justin%20timberlake 

Wszystko ten koleś tydzień temu, mnie rozstroił, jakbym to jakaś pozbierana była. No, myśli mi się minutę przed snem o nim teraz, a jednocześnie wiem, że kolejny raz to już się nie spotkamy i uspokaja mnie to. Że nie będziemy głupio gadać o mej pracy i jego studiach w zadymionej spelunie oczami przewiercając się nawzajem. Lalalala, ależ sentimentalna nucia. Już lepszy Justin.

piątek, 28 lipca 2006
Easy

     Licho by nadało z tym upałem. Nie jestem jakaś lala z cukru, nie pracuję teraz, leżę do 10tej, wychodzę kiedy naprawdę muszę, więc najmniej powinno mi to przeszkadzać, a tu owszem. Skupić nawet się nie mogę i pomyśleć. Albo działać.

     Zresztą, o czym tu rozmyślać. Mieszkanie w X. to rzecz tak nieralna jak wylot w kosmos. Radziłam się znajomych, ale oni kupili tam lokum córce na innych zasadach, to oni, zasobni emeryci będą je tylko parę lat spłacać, nawet nie ona. Kredyt na połowę z tego, co ja bym musiała, dostali bez problemu, kawalerkę kupili parę miesięcy temu, a dziś ten sam metraż, co potwierdziła mi agentka nieruchomości, jest około 20-30 tys. droższy! Ceny lecą w nieopisanym tempie, od stycznia nowe zmiany w podatkach za sprzedaż nieruchomości, chaos na rynku, problemy z kredytami i klops. Agentka chciała mnie raz dwa obwozić po mieszkaniach za 200tys, a ja patrzyłam na nią, jakby nawijała po chińsku. Serce mi po prostu ścierpło. Gdybym jakimś cudem dostała solo kredyt na sumę, którą musiałabym spłacać całe życie, stać mnie jeno na odpady, mikroskopijne norki bez kuchni, w starych kamienicach, na parterach lub z lokatorami, cała reszta jest nieziemsko droga. Nie marzę o apartamentach, marzę o przyzwoitym mieszkanku, wartym tych ciężkich pieniędzy, a nie jakiejś kurka groteski. Ale, każdy mi powie, są inne miasta, gdzie za tę cenę lub niższą, można kupić piękne 2pok mieszkania, więc nad czym ty w ogóle dumasz? No, nad czym.

     Nie umiem nawet streścić kłębka myśli na ten temat, w przegrzanym w dodatku umyśle. Boję się streszczać i dochodzić do wniosków. (...)

     Wtedy w X. spotkałam Jo, przyjechała na festiwal filmowy, jedna z naszej paczki, filmoznawczyni, beztroski ptak, osoba niezykle zawsze optymistyczna i pogodna, choć życie nie szczędziło jej wielu tragedii itd. Gdyby nie obiadek z nią i pifcio, chyba bym tam pękła z żalu owego dnia. Jo żyje z dnia na dzień, niczego nie planuje (poza wyjazdem na festiwal do Korei, w czym bynajmniej nie przeszkadza jej kwestia braku kasy), a i tak żyje excytująco i pięknie, potrafi się np wkręcić na exclusiv bankiet dla vipów filmowców itp itd. Żadnej presji, spięcia i napięcia w niej. Jakie jest we mnie. I nabrzmiewam tą presją nadal, w środku wakacji, nagle lata mi oko (typowy objaw nerwu), nie mogę spać, nie chce mi się wstawać, nadludzkim wysiłkiem jest dla mnie umalować się i wyjść na pizzę z dziewczynami, a to przecie samo słońce, sama błogość życia teraz! Nie wiem, jak to dalej pociągnę. Wiem, że mnie to zżera, ale nie umiem się uwolnić and  take it easy, easy.

     Easy, girl.

czwartek, 27 lipca 2006
Daleko od Szosy 3

    I znowu było słońce i ten upał niemiłosierny, nie wiadomo gdzie cieplej, czy w domu, czy na polu, wszędzie żar. Spięta się jakoś wtedy stałam, nic tylko chciałam wracać, ale byłam zależna od brata R, bo w weekendy żaden bus tamtędy nie jeździ. Udałam przed Ritką, że jest ok, im bardziej bym się piekliła, tym większy miałaby ubaw. W końcu zaczęliśmy się zbierać, by po drodze jeszcze skoczyć nad jezioro, tak jak ostatnim razem gdy byłam. Ładujemy się nieomal do autka, a tu nadchodzi sobie ten koleś z wczoraj, w najlepsze do brata R., oczywiście wpycha się z nami, najeżam się na max, choć już bardziej zagotować się nie mogę. I gdy on se pływa koło nas w najlepsze, wciska mi na koc i się opala. To jest chore, to jest wstrętne, wnerwiam się i.. jednocześnie wymiękam wgapiając się w jego opaloną klatę i plecy, ślina mi kapie na koc, nie słucham, co on tam gada o jakiś kobitach, hipnotyzuje mnie to obce a znajome ciało, i gardzę sobą i obrażam się na siebie, i alleluja, słońce blednie, wracamy pod sam mój dom i już dawno nie chciałam tak zawrócić, choć byłoby to najgłupsze w świecie, wiem.

     Nie pytaj, czemu ja o tym tak obszernie, choć wcale to pisania nie warte.

     (...) Ale tym razem to już wszystko. :))

00:04, confetti
Link Komentarze (2) »
środa, 26 lipca 2006
Daleko od Szosy 2

     Ale kiedyś, po tej aferze z miłością mego życia, to Ritka mnie reanimowała. Przyjechała do mnie i gdy zobaczyła w jakim jestem stanie, zaprosiła zaraz do siebie. Dopiero na miejscu miałam dowiedzieć się o imprezie, jaką u siebie zmontowała, pełną różnych chłopaków, szaszłyków i bimbru, hehhe:). Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie w ciepłą letnią noc, ja i dwóch kolegów zbałamucilismy siebie nawzajem, kac alkoholowy mieszał się następnego dnia z moralnym, jeden z kolegów (cichy i skromny) spanikował i nie pokazał się więcej, z drugim w milczeniu piliśmy dalej do wieczora. Tak, najpierw mi to pomogło, a potem, oj bolało paskudnie, i alarm się włączył i tak dalej. Od tamtei pory całkiem inaczej patrzyłam już na miłość, duchowość, fizyczność, wiem, haniebne to. Z czasem wszystko oczywiście się bogu dzięki rozmyło, tylko skutecznie unikałam wizyt u Ritki, aż do teraz.

     Świat jest mały, ale ludzie się po nim rozpraszają, wyjeżdżają, wchodzą w związki=nie jest tak łatwo na szczęście wpaść na siebie. No ale ja mam pecha.

     Po sobotnim wylegiwaniu się w domu, w sadzie i na ganku, wieczorem postanowiliśmy się przejść z Ricią i jej młodszym bratem. Do baru i na disco zobaczyć, bo tam nic innego nie ma. Oczywiście, że przypomniał mi się tamten incydent, ale R. od razu to wtedy zbagatelizowała by mnie uspokoić, teraz nie wracałyśmy do tego, więc zupełnie się nie przejmowałam. Przeniesiona w ten inny wiejski świat myślałam o wielu rzeczach, ale nie o tym, bo po co psuć sobie humor i znów mieć kłopoty ze spokojnym spojrzeniem w lustro, heh. Aż do czasu gdy zjawiliśmy się w barze. Ja i brat R. już wstawieni, R. szukała stolika, i nagle dookoła znowu tylu facetów, nikogo nie poznałam, więc nadal czułam się świetnie. Siadam wesoło do stolika na?przeciw R. i kogo widzę? Wytężam wzrok, bo mam nadzieję, że mi się zdaje, ale skąd, on też się wgapia jakby zobaczył cesarzową Japonii. Tak, jeden z nich, ten w stylu macho, który to wszystko wtedy zaczął, typ bajeranta plejboja o twarzy ostatniego drania, co to kobity raczej lecą na to niż nie,yyy. Słabo mi się nieomal zrobiło, bo gdybym go gdzieś z dala ujrzała, prysnęłabym w 1sek, a tak, trzymam się więc butelki, wyłączyłam z rozmowy, a w środku po prostu się gotuję. Ten świdruje mnie na wylot, gada coś o mej pracy, a ja chora i mi niedobrze, R. patrzy gdzie indziej, bo jak powie potem, też spotkała swego exlovera, tyle że nie jednorazowego, noc żywych trupów, mówi potem, jestem wściekła i na nią i na siebie, na siebie jak diabli oooch. Wreszcie wstajemy, on się kręci, na szczęście porywają go kumple, disco beznadziejne, chcę tylko już uciec jak najdalej. A R. w drodze do domu dalej tylko o sobie, raz tylko zdumiona stwierdza, że on mnie świetnie pamiętał, a zwykle nie kojarzy swych lasek sprzed tygodnia. To załamuje mnie jeszcze bardziej, wstyd jak cholera :///. Chciałam, mam za swoje. Nic nie jest bez echa, wszystko gdzieś się kiedyś odezwie.

     A potem była niedziela.

14:53, confetti
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 lipca 2006
Daleko od Szosy 1

     Weekend spędziłam u Ritki na jej wiosce, na samym końcu wioski gdzie mieszka. Leniwie i spokojnie. Bardzo lubię pojechać tam czasem. Zwyczajnie se posiedzieć, poleżeć w sadzie, pogapić na łany zbóż (olala!), na szybujące tak strasznie wysoko chmury, pracujące kombajny, wtopić się w tę całą krzątaninę, to jak prawdziwe katharsis taki inny świat.

     I pogadałyśmy od serca, choć to R. bardziej, właściwie nonstop nadawała. Spragnieni miłości czy Samotni na przykład. Patrzę na nią i zastanawiam się, czy twórcy tych filmów mieli choć odrobinę pojęcia o prawdziwej samotności. Pewnie mam to samo, ale b maskuję się, udaję, unikam wywnętrzniania się (nio, oprócz bloga), zresztą co to zmieni. R. bardzo tego potrzebowała, nawiązała własnie intensiv kontakt esemesowy z kolesiem z jakiegoś serwisu randkowego i bez przerwy z nim pisała. Na zmianę z opowiadaniem o nim. Widziałam w niej tak potworną tęsknotę po jej nieudanych związkach, udręczoną nadzieję, że aż bolało. Trochę próbwałam mówić o sobie, ale miałam wrażenie, że mało mnie słucha, to dałam spokój. I znów zdystansowana, ale jak najbardziej serdeczna i współczująca doradzałam jej, że powinna ciut być mniej nachalna, dać mu odsapnąć i sobie, a nie tak się podkręcać. Z całego serca i duszy życzę im pomyśłności, ale by uniknąć niepotrzebnego ewentualnego rozczarowania trza w takich wirtualnych relacjach zachować jakiś jednak rozsądek.

     Poczułam się jak jakiś expert, hehhe, no trochę tych znajomości z wirtualu było, ale najczęściej w tym wirtualu pozostały. Gdyby Ritka usłyszała,że pisałam z Felixem z dwa lata i się nam zawiesiło, to by padła. Ona opowiada o tej 5ciodniowej "znajomości" z wypiekami na twarzy rodzinie, a ja chowam F. dla siebie. Zaskorupiłam się, wiem, a i ona mi to wypomniała. Coraz bardziej znam siebie i nie umiem tego odpowiednio użyć. A może nie znam wcale?

     I taki był oto początek>>

15:34, confetti
Link Komentarze (9) »
środa, 19 lipca 2006
English Summer Rain

     Zamówiłam noclegi na tydzień w Sopocie. Anja nijak dłużej nie może, choć różnie zmieniała termin, stanęło jak stoi. Nie wiem, jak to wyjdzie, może i w pracy i tak ogólnie fajnie się dogadujemy, ale czy nadajemy się razem na wakacyjne kumpelki, nie mam pojęcia. A. jest do przesady ostrożna, nie chce jechać w nocy, a przecież nikt nie jeździ nad morze w dzień, bo się ten dzień po prostu traci, a przy tak krótkim wypadzie... Nie jesteśmy dziećmi przecież, a dorosłymi kobietami. I nie wiem, czy w ogóle da się z nią pobalować, wyjść gdzieś wieczorem, ehs. A. jest nadgorliwie przezorna, stale w kontakcie z mamą, wyczulona na swe zdrowie, choć dziewoja jak dąb. Nie mam nic do niej, mogę mieć wyrzuty tylko wobec siebie. Że kolejny raz wyjeżdżam z kim niejako muszę, a nie chcę, i dostosować się muszę, bo inaczej nie pojadę wcale. W zeszłym roku obiecałysmy sobie ze Stellą znaleźć facetów i jechać we czwórkę i masz ci babo placek - pudło. Heh.

    W lipcu o tej porze zawsze przypomina mi się Anglia, choć to już dobre parę lat. Wyjazd jak na anglistę niedługi, porównując obecne pobyty Polaków w UK, choć nic z j. ang nie mają wspólnego. Niedługi a intensywny, wręcz luxusowy, darmowe stypendium w kampusie, gdzie dali mi kieszonkowe, wyżywienie, wszystko. Gdzieś o tej porze zwiedzaliśmy Londyn, ach Londyn, ach. A na koniec małe miasteczka nad MPółnocnym, z kamienistymi plażami z klimatem jak ze skandynawskich opowieści. Przykleiłam się wtedy do tej plaży, przebierałam te kamyki a dziewczyny nie mogły mnie stamtąd odciągnąć. Może tam jest moje miejsce, moja ziemia. Przeczekam tę niechlubną falę emigracji i na pewno tam powrócę. Bardzo tęsknię za Wyspą.

      Tak się czepiam jakiś wspomnień, kiedy już kompletnie nic nie może dać otuchy. Kiedy nie ma już gdzie uciec. O tym może jutro.

      A to Molcio na osłodę:)

  http://www.youtube.com/watch?v=KPZ5CdbgktA&search=placebo%20-%20rain

19:28, confetti
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 17 lipca 2006
Summertime

      Zadziwiające, jak człowiekowi jednak szybko brzydnie wakacyjna nuda, na którą tak niby się czekało a tu ..:/ Tak, wszystko co w nadmiarze, zawsze wyjdzie bokiem. Błąkanie się bez celu, zaczytywanie w prasie, leżenie odłogiem przed tivi na wszystkich powtórkach po kolei, blee, hehhe. Szok dla organizmu po takim natężeniu adrenaliny, jakie miał co dnia przez cały rok, a teraz nie umie się pozbierać. Ciągle i nadal wydaje mi się, że coś powinnam robić, NIE TRACIĆ CZASU, coś załatwiać,a jak nic nie robię to się tak dziwnie czuję, jakiś niepokój wciąż w powietrzu i nocami. Czy to objawy pracoholika na wakacjach? No nie. Wszystko wszystkim ale pracoholik nie jestem!

     Z mieszkaniem w X. będzie bardzo ciężko, tzn z kasą.

     Strasznie mnie to przybiło, mój jedyny cel i sens, ryzyko, jakie podjęłam.. To stąd chyba to ciągłe napięcie. Nie potrafię mysleć już tylko tymczasowo, z dnia na dzień, a tylko wciąż myślę co dalej, a to w wakacje bardzo jest niezdrowe, wiem. Dotychczas nigdy tak nie miałam, co jak co, ale latem chodziłam zupełnie beztroska, boska i beztroska:) Jedynym mym rozważaniem były wyjazdy, nie odsetki kredytowe i to, czy w ogóle go solo dostanę. Wyjazd nadmorski w ogóle mnie nie kręci, Anja skraca go, bo jej inaczej nie pasuje, niech skraca, wszystko jedno. A Stella, czy jak ja jej dałam na imię, czyli girl, z którą byłam w zeszłym roku w Grecji, zdążyła już zwiedzić Egipt i Izrael, buu.. Gdyby nie te mrzonki o mieszkaniu, w myśl którego postanowiłam radykalnie oszczędzać, jak nic też bym tam była, chlip. Ehs, lipka.

     Dlatego wolę nie rozpisywać się tu za wiele, nie dumać nad tym/ No.

niedziela, 16 lipca 2006
Change Your Heart

     Zakochany bez pamięci - film promowany przez cudny cover Becka, początek bardzo obiecujący, spotykają się introwertyczny facet i żywiołowa dziewczyna (w tych rolach nieomal nierozpoznani przez mnie i stąd b obiecujący J.Carrey & K.Winslet), fajny montaż i zawiązanie akcji a potem - nic! Jakieś absurdalne i niedorzeczne historie o wykasowanej pamięci, może to i jakiś pomysł, ale położony, tak że aż się sama położyłam i do końca nie wytrwałam=porażka. Jeno se przewinęłam na końcową pieśń a i tak była ucięta, buu../ Poniżej podaję wykonanie by Zucchero, szkoda że tak rozkoncertowane, zamiast ascetyczne, jeno facet i fortepian, ale polecam to wzruszenie;)

      Księżyc, jak widzę, dzisiaj szczuplejszy, przez ostatnie noce świdrował mnie mimo, że zapychałam zasłonami okno, zbój jeden wlewa się do pokoju światłem jak mleko i nie da spać. Księżyc w pełni, ten strażnik, te jego pytania, na które nie umiem odpowiedzieć. Ani skłamać, czyli usnąć, ot tak po prostu.

     Błogi, spokojny sen, oby nam go nigdy nie zabrakło:)

http://youtube.com/watch?v=t9Ouwvkf2CE&search=Zucchero%20-%20everybody

poniedziałek, 10 lipca 2006
Hot Hot Hot

     Upał rozkleił mnie i odrętwił do reszty. Głównie siedzę w domu, sprzątam, gotuję, długo śpię, zgłębiam zasady przydzielania kredytów, przeczesuję oferty nieruchomości, czytam, wreszcie czytam niepodręczniki i niesłowniki. Mam wrażenie, że mózg mi wyparował, że siedzę na jakiejś dziwnej planecie odcięta w końcu od biegu, zgiełku i nerwów. Jakoś dochodzę do siebie, choć czasem jeszcze jakiś głupi szczegół potrafi nagle rozwścieczyć mnie w środku, byle bzdura doprowadza mnie do furii, aż mi samej przed sobą głupio. Jeszcze nie jest to całkowity relax i powrót do równowagi, ale najlepsza doń droga. Strasznie przydałby mi się już wyjazd, ale odkładam na sierpień, by móc na to czekać, mieć wciąż jakąś perspektywę, hehe. Teraz mnie męczy upał, ale oby było i tak ciepło za miesiąc, na ten wyjazd.

     Upał rozkleił mnie i wypalił mi z głowy tęskne myśli. I przede wszystkim - kosmate, hiih. Jak jest tak gorąco, nie mam ochoty palcem ruszyć ani o głupotach rozmyślać. Jeno o basenie z lazurową wodą, ja se płynę na materacku, sączę zimny ginik. Ooo/

     W nocy nie mogę długo zasnąć, męczy mnie niepokój jakiś i .. cisza? Nie wystarcza mi muza w walkmanie, szukam radiostacji rozmawiających o czymś, o czymkolwiek, byle ktoś coś mi opowiadał.

     Rano budzi mnie znów gorące słońce. I słodka myśl, że nigdzie mi się nie śpieszy. O jakie to cudne, nie?!

20:25, confetti
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2