Let me take you on a trip ...
czwartek, 15 lipca 2010
all I have


     Mam już walizkę - przecudnej urody, namierzoną na allegro, a zakupioną na naszym targu, bo oto idę a ta stoi sobie w najlepsze. Ciemna, lecz kolorowa, markowa, szarpnęłam się, ale warto, tym bardziej, że na jesień czeka mnie kolejna świetna wycieczka, o której nie zdążyłam dotąd napisać.

     Mam zakupione dodatkowo euro, zamówione funciaki, mam ochotę już odlecieć, bo w Anglii ma być o 10 stopni chłodniej w najbliższym czasie, a polskiego upału mam dość.

     Mam smutka, bo Pedro po początkowej serii esów słodkich od paru dni przestał niestety pisać .. Wiedział, że wkrótce wyjeżdżam, więc chyba nie opłaciło mu się nakręcać mnie nawet na jebanko, cóż dopiero więcej :( Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie namierzyła online gościa w mieście, do którego jadę. Jeśli będzie wart tego by o nim wspomnieć, to napiszę po powrocie, a nawet nie wiem czy się spotkam, nie chce mi się znowu spinać. Przy grubym Polaku spiekłam buraka, a to Angol jest i to wyedukowany, niebrzydki i uprzejmy, bo zaoferował mi pomoc jak co i to bez podtextu. Z takimi ofertami jadąc sama to lepiej uważać, ale miło z jego str. Piszemy od czasu do czasu, bez szału, z dystansem = może się jednak odważę spotkać, skoro nie jestem nastawiona na bógwieco.

     Na fejsbuku mam też kumpelkę z drugiego końca kraju co leci na ten sam kurs, wymiana obaw, porad i opinii z nią b mi pomogła się odstresować, a wyszło na to, że to ja jestem weteran podróży, ona nigdy nie była w UK i nie leciała samolotem, a jest całkiem wyluzowana. Z jeszcze jedną Polką jesteśmy umówione na Victoria = jeśli tylko dotrę do Londynu to wspólna podróż do kampusu to pikuś.

     Jeśli dotrę, hehe, narasta mi fobia lotnicza, mam cykora, czytam wszystko o katastrofie smoleńskiej, o Lesie Kabackim, gdzie rozwalił mnie fragment typu:

      W trakcie przygotowań na pokładzie samolotu do lądowania awaryjnego stewardesy stwierdziły brak na pokładzie samolotu jednej z nich – Hanny Chęcińskiej. Załoga łączyła brak stewardesy z przypuszczalnym wyrwaniem drzwi. W prasie opisującej katastrofę pojawiły się informacje sugerujące, że H C została wyssana na zewnątrz samolotu w momencie dehermetyzacji kadłuba i o znalezieniu jej szczątków. W rzeczywistości ciała H C nigdy nie odnaleziono. /wikip/ omg!

     Sprawdziłam też wirtualnie stan floty moich tanich linii - na oko ok, ale to się okaże :)

      Mam nowego fona i dużo muzyki w nim na wypadek koczowania na lotnisku całą noc. Ale chyba odżałuję $$ na nocleg, bo lata już nie te by rześkim okiem bagażu tyle godzin pilnować..


     I co MAM jeszcze? Nadzieję, że cało i zdrowo powrócę z wyprawy!

     Do zobaczenia wkrótce, pozdrawiam!




17:51, confetti
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 12 lipca 2010
powściągliwie oczekuję


     Roboty podejmują próbę zatkania wycieku ropy kopułą.

    Kopuła waży 68 ton i wieczorem (czasu polskiego) znajdowała się w odległości ok. 90 metrów od miejsca, z którego od 20 kwietnia wycieka ropa. Przedstawiciele BP zalecają powściągliwość w oczekiwaniach, podkreślając, że dopiero po kilku dniach od chwili, gdy kopuła zostanie zainstalowana, będzie można powiedzieć, czy sprosta ona ciśnieniu ropy.

  Z szybu, uszkodzonego po zatonięciu platformy wiertniczej Deepwater Horizon, wyciekło dotąd do wód Zatoki Meksykańskiej od 340 milionów litrów do 670 milionów litrów ropy. Jest to największa katastrofa ekologiczna w historii Stanów Zjednoczonych.

     Słabo mi się robi na samą myśl o tym, że ta ropa cały czas wypływa i zabija tysiące ryb i innych stworzeń. Nie daje mi też spokoju Wielka Pacyficzna Plama Śmieci, połać plastikowych odpadów większa niż powierzchnia całej Europy unosząca się na środku Oceanu Spokojnego. Niby co to nas dotyczy, a przecież takie katastrofy wprowadzają do łańcucha pokarmowego wielkie ilości toxyn i trucizny.. Fuj.

     Znowu nawrót lęków egzystencjalno-ekologicznych, rano nasłuchuję, czy rodzice wstali, czy w nocy pochrapują, czy wszystko z nimi ok, nadużywam leków przeciwbólowych (dypowe objawy depry - czytałam kiedyś w teletygodniu). Mimo iż to błogi urlop nadal działam z wielkim opóźnieniem, bo nie mogę się zmusić by wyjść do miasta czy posprzątać.. Mam do tego z okazji wakacji święte prawo, ale w obliczu rychłego wyjazdu na kurs wciąż jestem w lesie, nie mam nawet walizki :) Nastał upał i PMS i dziś klnę jak szewc po co mi to było, powinnam była kupić last minet (ę) na Kanary by opalać się topless, zrelaxować, a nie tarabanić na kurs metodyczny i zwiedzanie Oxfordu. Co za masochizm! A i tak nagrodę Szeryfa na DEN otrzyma woźny lub księgowa..

     No nic, chciałam to mam.. :)

     Nawet nie mogę bojkotować BP, bo nie kupuję benzu. Chyba, że to oznacza, że bojkotuje ich od lat. Zawsze mogę kupić mniej plastiku albo napić się po prostu domowego kompotu zamiast sięgać po napój innego koncernu.. Ok, gaszę kompa, biorę szybki prysznic posikując doń (jak to doradzała swego czasu aktoreczka iza miko bulwersując opinię) by oszczędzić wodę i idę w piżamach z lumpexu poczytać przy świecach książkę z biblioteki ..

     Co i Wam, Kochane, polecam! Follow me girls!


23:07, confetti
Link Komentarze (5) »
czwartek, 08 lipca 2010
Pedro 2


     Spotkaliśmy się w galerii (handlowej ofkors), nie o 10tej a o 12tej, co mi pasowało, bo jechałam na szoping, a on zaraz potem miał wyruszyć do stolicy = byłam pewna, że nie dam za szybko plamy (czytaj dupy) jak to wyszło z Janem. Odnaleźliśmy się w empiku, faktycznie był grubszy niż na focie jak uprzedzał, no i niewiele wyższy od mnie - faceci zwykle dodają sobie 10cm? Tu i ówdzie ;)? Ubrany w stylu eko toczył się jak zakonnik, choć hasła od razu miał śmiałe, nie mnisie. Tak jak czułam przez tel był mocno zblazowany, bezpośredni, wydawało mi się, że wgapia mi się w twarz z ..  odrazą... A mnie po prostu zablokowało na taki styl.. Rozmowa słabo się kleiła, szczególnie, że na wstępie oznajmił, że ma mniej czasu niż planował (może to wymyslił, żeby uciec?)= nie chciało mi się więc starać, kokietować, nic. Poddałam się, nie miałam nic na swą obronę, bo wiadomo, że uroda moja zachwyci tylko niewidomego. Siedziałam wbita w fotel, cedziłam kawę nie czując smaku, on wżerał bułkę z makiem, gadał z pełną buzią i cieszył się jak do sera. Zrobiło mi się duszno, pytał czemu jestem czerwona, ja nic, a on na to, że kobiety przy nim tak mają, że się krępują. Próżny łosiu, pomyślałam i stwierdziłam, że możemy kończyć skoro i tak się spieszy, na co on chętnie przystał.

     Rozstaliśmy się szybko i niedbale, a wszystko trwało nieco .. ponad pół godziny. Istna fast date. Snułam się potem po sklepach jak zbity pies zdołowana kolejnym zrąbanym spotkaniem, rozmazała mi się maskara, a w gardle utknął wielki ziemniak. Bez skutku wmawiałam sobie, że wszystko zależy od dwóch osobowości czy za sobą się zgrają czy nie, mają prawo nie, żaden dramat. Ale ja poczułam, że nie mam już siły, że nie będę więcej próbować, ośmieszać się, nigdy. Stara głupia krowa  - żeby się tak przejmować!

     A Pedro całkiem szybko posłał słodkiego esa jakby nigdy nic, dużo pisał też nastepnego dnia, że mam super tyłek i nogi (kiedy on zdążył to odnotować?) i jestem wartościową osobą (reszty nie mogę zacytować), yeah, niejeden mi to już wciskał. Podłamanie z poprzedniego dnia wcale mi nie puściło. Ale najwraźniej dam się na to nabrać..

    
23:31, confetti
Link Komentarze (2) »
Pedro 1


     Tradycyjnie już raz na pół roku Confetti podniosła swój blady tyłek i uderzyła wraz z nastaniem wakacji na drobne randewu.

     Od zimy trzymałam wątły kontakt z (nazwijcie to desperacją) T2 (seniorem trzecioligowym aktorem i pisarzem), który z parę razy wystąpił z niemoralną propozycją, ale desperacja moja widać była nie tak totalna albo jego siła perswazji wątła.

     T. (senior kapitan sadysta i przedsiębiorca z usa) czterdziesty raz przesunął podróż do Polandii z powodu tym razem powodzi, która zrujnowała mu biuro (to samo skąd pisał do mnie czochrając bobra) oraz choroby syna. Różne mieliśmy na przestrzeni lat problemy, ale nigdy nasz mailing nie był tak ubogi jak ostatnio. Może to i lepiej.

     Z nastaniem lata skumplowałam się trochę z Molly odwiedzając jej rancho poza miastem, jej córcię roczną przecudną, słodką a spokojną jak młoda dama, piiii - fenomen. Razu jednego Molly sposobem naciągnęła mnie na swatanie ze swym czarującym samotnym kuzynem, o którym opowiada mi od lat. Że spokojny, oszczędny a niebiedny, a ile podróżuje z kolegami! Ja się jej tam brońboże nie użalam czy co, sama ciągle wracała do tematu aż w końcu kolesia poznałam. Kwadrans i może to nieuczciwe, że tak szybko go oceniłam, ale odebrałam go jako spedziulonego cwaniaka, który referował dane statystyczne dot zanieczyszczenia powietrza i ogłosił się wegetarianinem akurat w chwili gdy sięgałam po pięknie opieczonego kotleta bynajmniej nie sojowego :( Zepsuł mi apetyt, zjadłam tylko surówki, a potem pękałam ze śmiechu gdy M. po jego wyjeździe wypaliła, że ciotka kolesiowi do potraw vega mięso mieli i wkręca po kryjomu, bo się boi o zdrowie syna. Swatanie jednak ku zdziwieniu Molly nie wypaliło, ja odebrałam go jak powyżej, a on mnie pewnie jako nudną lesbę ;)

     Zaciekawił mnie za to nie tak dawno kolejny gość z neta z miasta X, a z nikim od zimy nie pisałam. Pod 40tkę, ponoć wolny i zorientowany na LTR, a przy tym na d/s. Dziwny facet, na przemian słodki, wulgarny, romantyczny, arogancki, w sumie nieco więc toxik i chwilami podobny w odbiorze do Jana.. Choć zdecydowanie bardziej pewny siebie, zblazowany i nonszalancki, a tego w sumie u ludzi nie trawię. Jednakże esy, mejle i fony szły nam tak sprawnie, tak mnie urabiał czułymi słówkami, że postanowiliśmy się spotkać. I tu zaczęły się schody, bo jest on (nazwijmy go Pedro) niewiarygodnie zapracowany, ciągle jeździ to do Gdańska a to lata do Wawy.. Raz chciał do mnie wpaść w nocy, raz mi wyznaczył spotkanie 10 00 -11 30, co uroczo wyśmiałam. Nie wiem czym się zajmuje, bo wolę póki co nie mówić o swej profesji, więc też nie wypytuję. Ale rzucił mi kiedyś ile zarabia w jeden weekend i to mnie wpieniło, bo pewnie chciał się pochwalić. Byłam już wtedy wkręcona, ale teraz pewnie sobie myśli, że lecę na $$.

     A ja .. zaczynam się zastanawiać czy jednak tak nie jest.


    
22:24, confetti
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 05 lipca 2010
zawód


Zawodzi mnie pamięć. Przypominam sobie, na przykład, że mnie nie było.

                            
                                   Roberto Jaurroz





niedziela, 04 lipca 2010
czas nas uczy pokory


     Koniec roku a zatem pasmo miłych akcentów typu kwiaty, podziękownia, dwie branżowe imprezy, ja myślami już w Londynie (wreszcie przelali mi euro na konto i udało mi się zatrzymać nocleg mimo problemów z kartą) a tu bach przyszły wyniki pisemnych, które podano na analitycznej i ... zonk.

     Taka byłam zadowolona z tegorocznych osiągów, a teraz powinnam się podać do dymisji. Już wcześniej słyszałam niepokojące sygnały z innych szkół, kto i po ilu korkach nie zdał, a tu wyszło, że j ang u nas najsłabiej. Nasz zwykle spolegliwy Szeryf nazwał ten wynik dramatem i zarządził program naprawczy, co od września oznacza ostrą nagonkę. Niby nie tylko na nas, bo germaniści i matematycy mają to samo zadanie, ale piętno jest. Jakby to nasza była wina, że j polski był prymitywnie prosty (brawa dla pań polonistek za 100%ową zdawalność - grzmiał Szeryf), że poziom między przedmiotami jest diametralnie różny i różny co roku, a w tym padło na nas. Miałam wstać i powiedzieć to na forum, ale oczywiście stchórzyłam, choć myślę, że wszyscy to wiedzą, a polonistki najlepiej. Same mówiły, że nikt im lektur nie czyta, bo do niczego na tej banalnej maturze się to nie przydaje. Jedną rzecz za to Szeryf dobrze zauważył i też zganił - niskie wyniki z języków w klasach rozszerzonych, gdzie od lat uczy wyłącznie (uprzywilejowana) Szara. Dostaje najlepszą młodzież, która ma 3 razy więcej godzin języka, a nie zdobyli nawet po 80% na podstawie. Sama swoich imiennie wyników jeszcze nie obejrzałam, ale w poniedziałek muszę wziąć to na klatę i dopiero będę się dalej mądrzyć. Przykra sprawa, bo dałam z siebie w tym roku naprawdę max i nie wiem czy dam radę więcej, ale młodsi uczniowie mam nadzieję też wyciągną wnioski. Nic się nie uczą, wydaje im się, że znają parę słów z filmu czy piosenki, na teście strzelają, nie piszą listu i myślą, że zdane. A język obcy to umiejętności, wystarczy parę haczyków na examie i może być ciężko. Nie ma tak letko, moi państwo.

      Na radzie ostro też skrytykowano brak współpracy w zespołach, czym pili jak nic do naszego klubu, bo nieraz dyrekcja była świadkiem naszych chaotycznych ustaleń na wczoraj na krótkiej przerwie, jednym słowem - zostałyśmy w ostatnim dniu zmiażdżone jak psia kupa przez walec drogowy.

     Korekta sytuacji to duże wyzwanie na jesień, teraz nie ma co już się tym przejmować, ale póki sortuję jeszcze papiery i sprzątam materiały nie mogę przestać o tym myśleć .. Co jak co, ale teraz wiem, że mam braki i wyjazd na kurs baaardzo mi się przyda :))


12:37, confetti
Link Komentarze (2) »