Let me take you on a trip ...
niedziela, 31 lipca 2011
Czy ty wiesz co znaczy mieć w sercu jej blask


     - Kocham cię, kocham cię.. - on szepcze mi do ucha. I szybko dodaje - Powiem wszystko, żebyś tylko mi obciągnęła.

     Nie uczyniłam tego :) Ale lody, które jedliśmy wcześniej były wyborne - smak tiramisu z kawałkami dojrzałych bananów i soczystych winogron. Plus śmietanka z sosem toffi. Bo dzisiaj było czule i na słodko.

-----

     bajm - miłość i ja

 /pieśń, która spodobała mi się na jakiejś firmowej przytupajce, melancholijna nuta, chociaż metafor pani Kozidrak odczytać nie umiem/



23:48, confetti
Link Komentarze (18) »
sobota, 30 lipca 2011
baby bool


     Nie uśmiechało mi się to, ale zakupiłam śpioszki, buciki, jajka-niespodzianki i poszłam do Aszi. Mieszka teraz w wielkim, nowym domu, po którym dziewczynki mogą jeździć rowerkami i jeżdżą sobie. Poza tym przekopują zabawki, huśtają się w ogrodzie i przybiegają co rusz do mamy. Najmłodszą (=moją przyszłą chrześnicę) nosił i bawił na rękach mąż Aszi, bo akurat był na zwolnieniu. Szczęśliwy, zadowolony, wyraźnie odmłodniał jako dumny ojciec córek, a jest od nas sporo starszy. Kiedy odwiedzałam pierwsze pociechy Aszi to nadawałam jak katarynka zdając relację z tego co się dzieje w pracy, tym razem jakoś się nie rozgadywałam się. Aszi zaliczyła między urlopami rok w szkole, ale głównie mówiła o życiu rodzinnym dziewczyn z gima. Idzie już nie pierwsza, a druga fala baby boomu, girls, którym staranie się o rodzeństwo dla synka nie wychodzi mówią, że mają problem. Nowe osiedle, na którym zamieszkała Aszi zapełniają same młode rodziny, w tym wielu naszych znajomych, o czym nawet nie wiedziałam, bo siedzę tylko na tej swojej drugiej stronie miasta, a najwięcej w szkołach.

     Od Aszi dowiedziałam się, że Barbie za kilka dni bierze ślub. Milka dopiero za rok, bo zbierają fundusze, ale wkrótce. Też nie wiedziałam, nie pod3mywałam znajomości z moimi serdecznymi kumpelkami ze starej firmy. Pewnie pomyślały, że zadarłam nosa ze wzgl na inną pracę, ale to przecież nie to.

     Oczywiście życie rodzinne to nie je bajka jak z reklamy margaryny. Ale wokół mnie są same szczęśliwe rodziny, to się czuje jak je odwiedzam. Może jedna i to daleka koleżanka rozwaliła sobie małżeństwo romansem, co wszystkie mężatki zgodnie potępiły. Lecz ogólnie w moim otoczeniu są same przykładne młode rodziny. Nawet rokendrolowa Alexia urodziła dziecko. I rozwódka z dzieckiem, która będąc solo zawsze snuła się spięta i nadęta (od razu widać było, że sama) a tu odkąd wyrwała faceta zmieniła styl bycia i ubioru, rozkwitła. I radośnie szybko zaciążyła, bez ślubu i formalności. Biega po firmie wybierając imiona i masując się ciągle po wyexponowanym brzuchu, co mnie może razi, bom uprzedzona, ale inne dziewczyny też. A jak to zrobiła? Plotki głoszą, że odbiła gościa innej metodą starą jak świat tj naprawi pan kran, kolego? Bo tupet i charakter to ona ma nieziemski. To fakt, nie plota.

     A ja dalej nic. Już stwierdziłam, że taka moja choroba, społeczne upośledzenie, trwały uszczerb, wrzód. Ale próbowałam. Za poradą orędowników optymizmu i brania spraw w swoje ręce działałam w zeszłym roku, w tym nie miałam czasu i też.. im więcej tych randek tym większy stres i obawy. Czytałam w jednym z ostatnich twoich styli artykuł Singielka 10lat później i zamiast nabrać otuchy, że zdarzają się w społeczeństwie takie girls jak ja, to przeraził mnie trafnością. Opisem
pragnień uczucia i dziecka, wywyższania się mężatych i dzieciatych, wykorzystywania dyspozycyjności, narastającej frustracji i zaklętego koła. A z wiekiem jest coraz gorzej. Jeszcze parę lat i chyci mnie menopauza!! Buu ..

     Nie umiem już obracać swej sytuacji w żart, tracę dystans i spokój ducha. Koleżanki robią akcję głosowania na plac zabaw nivea. Molly chce podrzucać mi małą. Melia przyjeżdża z wózkiem prawie każdego dnia, Mami piszczy, gaworzy i planuje jak to się nim zajmie, kiedy siostra wróci do pracy. I mały będzie u nas?? I tak dalej..

    Coraz częściej marzę o tym, żeby się to wszystko skończyło.

    Tylko nie wiem jak to zrobić.

-----

   
BT Feat. Kirsty Hawkshaw - A Million Stars

    
23:11, confetti
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 25 lipca 2011
The rivers of the pavement are flowing now with blood


     Jedną z postaci, która niezawodnie wprawia mnie w wyborny nastrój i wyzwala ze mnie najlepsze odruchy jest mój Kiciuś. Wiosną jak to kocur (ostatecznie ustaliliśmy, że to on) na długo znikał i rzadko nas odwiedzał, ale z nastaniem lata praktycznie u nas zamieszkał. Kocur, bo toczył wiosną ostre boje z innym samcem, tak, że aż żółta sierść dosłownie w powietrzu latała, biedak. Kotuś bić się lubił, ale ciągle wychodził z tych wojen poturbowany, czym oczywiście zyskał nasze żywe współczucie i schronienie w piwnicy. Niesamowite, ale sam znalazł tam sobie super miejsce, na starych poduszkach Melii :) Nocą gdzieś łazi, ale zawsze wraca na dzień i uwielbia spać tam zwinięty w kłębek, piii.

    Wcześniej Kociu lubi się najeść, więc dźwigam dla niego puszki z wątróbkami i dziczyzną, czyszczę miseczki, biegam z mlekiem, w międzyczasie rozmawiamy sobie, mruczymy i dużo tulimy się. I to nie jest namiastka niczego czego mi brak, to jest zupełnie osobne i bardzo słodkie. Nie mam ani grama tak cudnych uczuć do Piotrusia, ani innego bobasa, o! Choć z boku i dla rodziny wygląda to jednoznacznie. Ale nigdy nie będzie mnie to obchodzić.

-----

 
   Kasabian - Where Did All The Love Go
?

(w życiu nie widziałam angielskiego wokalisty z tak przepięknym sexi akcentem co by miał wygląd stuprocentowego Polaka z Zagłębia Górnośląskiego)


21:38, confetti
Link Komentarze (4) »
czwartek, 21 lipca 2011
You can feel the electricity all in the evening air


     Na wycieczce z Alejandro długi spacer, rozmowy o niczym, kolacja w fastfudzie, a potem zimno i siąpi deszcz. Żadnych erotik aluzji, tym bardziej żadnych śmiałych. Nigdy nie rozmawialiśmy o dominacji ani odwrotnie. Albo nie pamiętam tego.

     Tymczasem on wpada w szał kiedy później nie chcę się sama rozebrać. Bo nie lubię sama. Pół więc nagą chwyta mnie za włosy, szarpie, bije mnie po głowie, po twarzy, pluje na mnie, bije, szarpie, wyrywam się, czołgam się do kąta i w kąt wtulam się, on chwyta mnie i za włosy wyciąga na środek pokoju i znowu bije, aż głowa mi puchnie i ciągnąc za włosy zamiata mną parkiet, potrząsa i wyzywa od najgorszych. Jestem podekscytowana, ale przerażona, bo w sumie nie znam człowieka, nie wiem czy się zgrywa czy to na serio. Wydaje mi się, że to trwa wieczność, dopiero kiedy naprawdę mocno się wyrywam i łkam teatralnie, A. natychmiast przestaje, uspokaja się, łagodnieje. Sam zdezorientowany, czy ja płaczę czy udaję. Bo zabraliśmy się za zabawę bez żadnych ustaleń i zasad. Mówi, że reguły muszą być. I przytula mnie i głaszcze. Uwielbiam czułe głaskanie po głowie.

     Finał taki jak on lubi, czyli znów zero przyjemności dla mnie. Nawet nie dotknął i nie skosztował mojej morelki w żaden sposób. Z czego zdałam sobie sprawę dopiero w kolejnych dniach. Jak ładnie dałam się
znowu wykorzystać. Co gorsza, znów nie odzywał się potem kilka tygodni i to nie z wyrachowanej gry dominującego pana, tylko .. dlaczego to nie wiem? Bo teraz znowu (jak go fiut zaswędział) zaczął mnie błagać o spotkanie. Twardo odmówiłam w ten weekend. I zamierzam w każdy kolejny.

     -------------
 
  cee lo green - bright lights bigger city

 
     (super melodia i świetny teledysk - duży czarny facet, blondyna w wannie z szampanem, a potem w kajdankach w aucie w wielkim mieście nocą, mm .. słowa śmiesznie banalne, ale ogólnie - l love it!)


11:01, confetti
Link Komentarze (3) »
wtorek, 19 lipca 2011
Tears on my pillow but I will come through


     A potem urodził się - nazwijmy go - Piotruś (bo imię ma bardzo normalne i słodkie), syn Melii i Snejka. Mami mocno się w to zaangażowała, pomagała, zamieszkała z córką, bo szwagier szkolił się na drugim końcu Polski. Ja średnio się przejęłam, tyle miałam wtedy spraw i problemów po powrocie. I tak jak fatalnie odebrałam wieść o ciąży, tak na rozwiązanie i nieuchronny ciąg dalszy byłam już wewnętrznie dobrze nastawiona, choć ciągle zablokowana na wszelkie wzruszenia.

     I mam tak nadal. Często odwiedzam małego, jestem na bieżąco w sprawach wzdęć i kolek, wizyt lekarskich, przyglądam się i słucham o rzeczach o jakich nie miałam pojęcia i szczerze rozpływam się patrząc w piękne, błękitne oczy malucha. Jedyne czego zdecydowanie unikam to brania dzieci na ręce, a mimo to Melia już wcisnęła mi go w ramiona co by go popilnować. Bardzo dużo żartuję z wniebowziętą matulą, która po narodzinach wnuka po prostu odleciała, chodzi i opowiada sąsiadkom szczegóły porodu i woła mnie by im pokazywać zdjęcia z telefonu. Wyszło, że była z Melią na porodówce i zanim ta jeszcze zobaczyła synka .. pocałowała wnuka od razu w stopkę. Myślę, że to będzie bardzo szczęśliwy człowiek, skoro został tak powitany i zalewany jest masą miłości z rodzin z obu stron. O miłości i szczęściu jego rodziców nie wspomnę. Melia podobnie jak babcia wprost promienieje radością, ślicznie wygląda i świetnie ubiera się. Mimo trudnych początków z jakimi zmaga się każda młoda mama, ma już na twarzy ten słynny, piękny spokój i spełnienie. Dlatego cieszę się z całego serca z nią. I jednocześnie to serce mi krwawi i mrozi mnie od zewnątrz z tęsknoty, że nie mogę doznać tego samego.

      Szykują się chrzciny, na które też zbieram
się w sobie i mentalnie nastawiam, a tu wczoraj zabiła mnie wiadomość od Aszi, która urodziła kolejną córkę i .. nagle zaprosiła mnie za chrzestną!! A wiadomo, że Melia też mnie weźmie. Nie mogłam oczywiście odmówić. Jednak dwa razy chrzciny w ciągu paru tygodni to dla mnie szok.. I panika. Nie wiem, co naszło Aszi by mnie wybrać .. Ostatnio prawie straciłyśmy kontakt, bo ja wpadłam w wir pracy a ona macierzyństwa (to trzecie jej dziecko), poza tym mimo wspólnych lat w akademiku i pierwszej pracy nigdy nie byłyśmy takimi przyjaciółkami jak z innymi sisters. Zapewne brakło jej już osób w rodzinie, więc omg - ja mam dołączyć do familii?? Którą owszem znam z wesela, znam jej mamę, która zapoznała się z moją i zawodowo nam pomagała, ale jednak .. To obcy ludzie i ja mam tam iść ofkors solo. No nie ..

     Boję się. Nie dam rady.

-----

  
CHRIS REA - Josephine


22:09, confetti
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 18 lipca 2011
Everything I cherish is slowly dying or it's gone


     
Życie moje osobiste bez zmian.

     Na wyjeździe nie poznałam nikogo specjalnego oprócz jednego .. Polaka, z którym świetnie się bawiłam na imprezie, ale nie skorzystałam z oferty wycieczki po gajach oliwkowych, bo to było tuż przed samym powrotem. Czułam też w tej ofercie duży podtekst, a jakoś nie chciało mi się wtedy dawać.

     Ten niby super facet, z którym żarliwie pisałam równo pół roku i gadałam na Skype (także nocami na praktyce) nagle gdy wrócił do Europy - zawiesił się. On zajęty był przeprowadzką, ja chodziłam nerwowa i niecierpliwa po projekcie i serdeczne kiedyś wiadomości stały się pełne nieporozumień i tłumaczeń, które zmieniły gorący dialog w chłodną i suchą rozmowę obcych jednak osób. Nie unosząc się honorem próbowałam reanimować to, na co straciłam tyle czasu, ale poddałam się gdy wyszedł drobny szczegół, że gość nie jest rozwiedziony a w długiej separacji, a na rozwód .. żal mu pieniędzy, choć z żoną nie ma kontaktu i ta ułożyła sobie życie. Separacja nie dramat, ludzie różnie widzą pewne sprawy, ok, ale żeby o tym przez tyle czasu nie wspomnieć? Facet wiekiem mocno dojrzały, a to on obruszył się na mnie gdy mu to uprzejmie acz stanowczo wytknęłam. Jak dzieciak. Ręce mi opadły. Trochę jeszcze pisał o spotkaniu, ale mnie już się odechciało, bo to kawał drogi a on zaczął powtarzać, żebym przyjechała do jego domu, nie inaczej. Niezły żart.

    I tak nagle nastało lato i stwierdziłam, że "nie mam nikogo" nawet w necie. Jedynym moim i to realnym fanem pozostał och wstyd powiedzieć tak tak Alejandro, z którym też pisałam na wygnaniu i koniecznie chciał mnie zobaczyć jak wrócę. No i spotkaliśmy się, mimo iż bardzo z sobą walczyłam, tzn walkę toczyłam pomiędzy pogardą dla niego a nudą i samotnością i to drugie wygrało. Ale o tym w innym wejściu.

     Poza tym przypadkiem na fejsbuku zobaczyłam, że Anglik z randki sprzed roku zaręczył się. Wuefista ma dziecko z Ulą. A na plotkach Molly wypaliła, że Matt zostanie ojcem i to bez ślubu. Znowu zaczęła mi nadawać o swoim nadal samotnym kuzynie, ale sprytnie wykręciłam się. Mami pozostała niepocieszona, że ani nie znalazłam żadnego latino lovera, a rozwodnik zza płota, którego widziała przy moim boku prędko znalazł sobie młodą lekarkę i kupują ziemię pod nowy dom. Musiałam szybko ukrócić jej żale, kiedy zaczęła zawodzić - czy ty Confetti zamierzasz zrobić coś ze swoim życiem, nie możesz tylko pracować, nie chcesz chłopa to nie, ale przynajmniej zrób se dziecko, tak, ja matka ci to mówię. Wyłączyłam fonię.

     Ale faktem jest, że czuję się jak wybudzona z transu, letnie słońce oślepia mnie, chodzę i słucham jak to ludzie dobierają się, mnożą, rozchodzą, schodzą, błądzą, radują, żałują, ale robią coś. Ja nie robię kompletnie nic. Czasem strasznie mnie to boli. A czasem czuję ogromną masochistyczną rozkosz, że totalnie zmarnowałam już swoje życie, że nikogo nie dogonię i nic nie muszę już robić. I na przekór pragnieniom i potrzebom wycofuję się z życia jeszcze bardziej. Jedyne czego naprawdę szczerze żałuję, to że tak bardzo chciałabym naprawdę odpocząć, wyjechać a znowu nie mam z kim. A sama na urlop nie umiem jechać.

     Ani też zapisać się na wizytę u psychiatry, co czuję że naprawdę powinnam zrobić :)

------

  kings of leon - pyro

 
21:48, confetti
Link Komentarze (6) »
czwartek, 14 lipca 2011
And you warmed me with your smile


     Okazało się, że praktyka to był pikuś w porównaniu do powrotu. Przylecieliśmy w nocy, nie zdążyłam się dobrze rozpakować, a już od następnego dnia zasiadałam w komisjach maturalnych. W których jak zwykle mocno rozpisano moją osobę, nawet przez pomyłkę dano mi termin kiedy byłam jeszcze na drugim końcu Europy. Zamiast wziąć kogoś innego - egzamin ten przerzucono po prostu na czas gdy wróciłam. Każdy kolejny weekend miałam też obłożony zajęciami na zaocznych by odrobić wolne jakie dostałam na wyjazd.

      Zaczął się wtedy czas wystawiania ocen końcowych, bo wyjątkowo dużo klas udawało się na praktyki zawodowe krajowe i wyjazdowe = trafiłam na ten najgorszy etap semestru kiedy uczniowie budzą się z letargu marząc o ocenie o 3 stopnie wyższej niż przewidywana i ruszają do boju by ją uzyskać, hehe.

     Ledwie skończyłam ostatnią maturę następnego dnia ruszyła letnia sesja na zaocznych. Czyli przez kolejne tygodnie nie miałam ani grama oddechu o jakim marzyłam. Z wysokich obrotów zagranicą przeskoczyłam na jeszcze wyższe tutaj.

     Ale nic to wobec faktu, że od kiedy tylko wróciłam .. zaczęłam zbierać  od SanczoPansy
regularne zrypy. Ja, która nigdy nie miałam uwag od Dyrekcji nagle zaczęłam przemykać po firmie, żeby nie wpadać mu w kadr i zasięg jego uwagi. Nagle zakwestionował on bowiem i skrytykował miejsca praktyki, które sam przecież znał i zatwierdził. O wszystkim jak było codziennie meldowałam mu w mejlach (póki nie wyjechał na urlop i nie odbierał poczty) = znał od początku sytuację, ale wytknął mi to dobitnie. Co oznaczało, że fakt ten położy rozliczenie i projekt, a ja jestem temu winna. Od razu twardo broniłam się nieopatrznie wytykając uchybienia innych praktyk (czego Sanczo jak się okazało nie cierpi), ale zrozumiałam, że naprawdę dałam plamę i nieomal załamałam się. Może jestem trąba, że za bardzo skupiłam się na sferze opiekuńczo-wychowawczej, ale na to nas uczulano, o tym co przeoczyłam nikt mnie nigdy nie informował.

     W dodatku z nerwów i zmęczenia spaliłam też ewaluację. Bo wiadomo, że pojechać to jedno, a potem zaczyna się wysyp ankiet i podsumowań. Które w ocenach nieformalnych wypadły bardzo dobrze (żadna praktyka w historii szkoły nie była tak dobrze oceniona = na 5plus i wyżej wg wywiadu innej Dyrekcji), ale już w oficjalnym dokumencie wypadła b. blado, za co znowu poszłam na dywan. I patrzyłam jak Sanczo wali w pięścią w stół, macha kartkami i ujada jak wściekły jamnik. Inna rzecz, że sobie wtedy złą wersję wydrukował, a uspokoił dopiero gdy zobaczył papiery, jakie musiałam osobiście z młodzieżą poprawiać czyli po prostu pościemniać. W tak gęstej atmosferze ciągał mnie jeszcze po władzach chwaląc się projektem, kazał pisać artykuły, robić gazetki i prezentacje, co przyszło mi z największym trudem i obsuwami, bo  na hasło praktyka
miałam odruch wymiotny.

     Kiedy wracałam wieczorami do domu, na puste piętro (Mami praktycznie zamieszkała u Melii), kiedy nie mogłam zasnąć mimo wielu pastylek miałam  wtedy myśli
bardzo złe. A potem jakoś olałam to. Zauważyłam nawet pozytyw, że .. Sanczo już nigdy na praktykę mnie nie zaprosi i odczepi się na zawsze :) Rozmawiałam z nauczycielami, którzy byli pełni podziwu dla mnie. Dowiedziałam się, że niektórzy .. marzą o wyjazdach, rywalizują, snują domysły co do wyborów opiekunów przez Dyrekcję i powiem Wam, myślałam, że pęknę ze śmiechu. Że taki mnie zaszczyt kopnął, a nie wiedziałam o tym. (Myliłam się, niedługo po moim powrocie Sanczo zaproponował mi nadzór nad młodzieżą w Polsce - odmówiłam natychmiast).

     Nie śmiech, a dreszcz naszedł mnie kiedy dowiedziałam się, że na kolejnej praktyce wystąpiły pewne perturbacje i jeden z opiekunów musiał z uczniem zostać zagranicą dłużej. Nie wiem, co bym zrobiła w takiej sytuacji sama.

     Pomyślałam, że jednak czuwał nade mną dobry duch.

     Poczułam jego ciepły oddech na szyi.

     I od ucha do ucha - uśmiechnęłam się :)

-----

  
Kim Sozzi - Feel Your Love (Extended Mix)



01:08, confetti
Link Komentarze (5) »
sobota, 09 lipca 2011
happy-go-lucky


     Zgrabna komedyjka o zakręconej singielce-nauczycielce, sile jej optymizmu i pogody ducha, którymi pragnie zarażać innych. Niby banalne, ale ze zgrozą stwierdziłam, że o wiele mi bliżej do jej szalonego instruktora jazdy, sfrustrowanego furiata wybuchającego złością i agresją niż do mitycznej Pollyanny :) Pora to zmienić w wakacyjny czas.

     Cudowny, klimatyczny Londyn w tle. Równo rok temu pakowałam się na wyprawę do Anglii, dziś bardzo tęsknię za.

-----

    happy-go-lucky: reż. mike leigh



Tagi: films
21:19, confetti
Link Komentarze (2) »
niedziela, 03 lipca 2011
jednym słowem


     .. o praktyce - hardkor. Nie mogę i nie chcę w czas wakacyjny rozlegle opisywać i wspominać tego co już było i minęło, a że wróciliśmy wszyscy cali, zdrowi a uczniowie zadowoleni, to mogę wpisać sobie plusa i zapomnieć o. Ale znowu nie ma co takiego wysiłku pozostawiać całkiem bez echa ;)

     Bo wysiłek był to dla mnie morderczy. 24/7 przez miesiąc z grupą młodzieży w jednym hostelu w południowym kraju, rozrywkowym mieście, gdzie angielski okazał się językiem egzotycznym wymagało odporności Pudziana, stoicyzmu Waldka Pawlaka i luzu Paranienormalnych jednocześnie. A że mi tego minimalnie (często z czystego fizycznego zmęczenia) czasem brakowało to problemy się zdarzały. Co jest zupełnie typowe na każdym wyjeździe, ale mimo, że nie zaliczyłam osobiście żadnej wtopy, to wiem, że mogłam lepiej pewnych spraw dopilnować, inaczej rozegrać itd, jednak to już jedna wielka cenna nauka dla mnie, nic innego. Na następny raz, wypadałoby dodać, ale o nie - następnego razu nie będzie - nie dam się więcej w taką odpowiedzialność wrobić! A na pewno nie sama! Bo o to mam ciągle największy nadąs. Że wypchnęli mnie samą, a na następne projekty nikt od nas nie jedzie już solo, a Lina to jedzie w tak wybornej konfiguracji, że lepiej nie można trafić (nie mogę tego zdzierżyć, haha). Poza tym nie spotkałam żadnej grupy w tamtym mieście z jednym opiekunem i kto ze mną rozmawiał to robił wielkie oczy.

     Straszne miałam kryzysy wtedy. Że nie dość, że w życiu jestem solo, to jeszcze tam przez miesiąc snułam się w kółko sama po kafejkach, sklepach, patrząc na wypoczywających ludzi, rodziny i przemyślenia miałam takie, że heeej, ale pominę je tu, ok? Ganiłam siebie, wyluzuj dziewczyno, bujasz się za darmochę w kolorowym miejscu, nie na wakacjach, ale zawsze to spora odskocznia i coś ciekawego. A z dnia na dzień jakoś coraz bardziej kurczyłam się w sobie, koncentrowałam tylko na swoim inwentarzu spięta jak agrafka modląc się nieomal, żeby jak najszybciej odstawić całą gromadę do domu i nareszcie odetchnąć. Taki stres na dłuższą metę jest ogłupiający. Mimo, iż jak wróciłam rozdawałam dokoła szerokie uśmiechy i gładkie wesołe komentarze, to Mami pierwszy raz mi powiedziała, że jestem jak kłębek nerwów, takie czułam nadal napięcie i duszące nerwy.

     Może to też objaw albo efekt nieustannej depry z jaką się od dawna sama zmagam. Tam zobaczyłam to przeraźliwie wyraźnie. Że nic mnie już nie cieszy, podróże, słońce, zakupy, jedzenie, nic. Może to tylko kwestia wyjazdu służbowego, nie błogich wakacji. Ale np pierwszy raz nie byłam w stanie kupić prezentu swoim najbliższym, mimo iż to zawsze była najlepsza część wojaży - przywieźć coś fajnego rodzinie. Mogłam nie dojeść, ale różne ciekawe podarki kupić musiałam. A tu miesiąc minął i nie miałam nic. Chodziło mi po głowie: co możesz kupić siostrze, która ma absolutnie wszystko. Co kupić matuli, która wreszcie czeka na najwspanialsze czyli na wnuka i nic innego jej już nie kręci. Bardzo głupie hasła. Inna rzecz, że dawno nie byłam w mieście gdzie były tylko sklepy bardzo tandetne albo strasznie drogie. Nie jak w UK, gdzie trafiałam na umiarkowane cenowo, dobrej jakości stoiska i wychodziłam z siatkami fajnych ubrań i uśmiech miałam od ucha do ucha. Tam zebrałam się wreszcie w dwa ostatnie dni, wchodziłam do sklepu i brałam bach bach po kolei. Fajne torebki, kolczyki, bluzki i lokalne pierdołki, ale nic przypadkiem i najlepsze, że zadowolona byłam ostatecznie z zakupów i prezentów bardzo. Szczególnie, że znów za to wszystko zapłaciła mi Unia, to jest mój sponsor najlepszych torebek ostatnio.

     A skoro już o $$ mowa, to żyjąc godnie ale nie rozrzutnie zostało mi na koncie (a raczej w szufladzie, bo jeszcze nie wymieniłam eurogotówki) całkiem sporo, co z podstawową pensją jaką dają normalnie ze szkoły i drugim przelewem po powrocie daje przyjemną kwotę, ale powiem, że gdybym zobaczyła niższą to bym się wściekła :)

     Noo, żeby nie było, że z uczniami puścili jakąś odłączoną panią z depresją to dodam, że byłam w tym wszystkim maxymalnie aktywna: miałam ich ciągle w pokoju, biegałam do nich, były wyjścia, imprezy, wycieczki, ale - ileż można nawijać tylko z młodzieżą?? Sama szefowa MEN bez grzywki miałaby chwile niemocy ;)

     Jedno dobre zdanie sobie wymyśliłam na wygnaniu - że jak szczęśliwie zakończę ten projekt, jak dam radę, kiedy wrócę - to nic nie będzie już tak samo. A tu było minęło, chcę być z tego dumna, a zapominam, chodzę więc i marudzę jak to mi źle było samej i ciężko, żeby inni mnie chwalili, hehe ;)

     A wszystko jest jeszcze bardziej niż tak samo.

     Ale o tym w następnych odcinkach.

-----

    akcent - jokero



19:56, confetti
Link Komentarze (3) »