Let me take you on a trip ...
poniedziałek, 23 lipca 2012
toy shops


     Roczki chrześniaków ominęły mnie ze względu na wyjazd. Tym razem nie przejmowałam się prezentami. Rodzicom i tak najbardziej przydaje się kasa na bobasa. A zabawek i gadżetów dzieci mają od groma. Poza planowaną więc kopertą nakupiłam Piotruniowi ubranek i autko w delegacji. Najłatwiej i najprzyjemniej mi się ten prezent wtedy tam wybrało i kupiło i wiem, że się sprawdził, bo mały już chodzi w tych fajnych koszulkach z dobrego materiału. Spokojnie mogę mu gifty kupować, dobierać, pakować. Bo to nasza krew, nasze plemię, dziedzic nasz.

     Ale z Kamilką mam inaczej. Zamiast tak jak Piotrkowi wybrać w tym samym sklepie ubranka i mieć z bani .. nie mogłam. Po prostu nie mogłam podejść do działu dziewczęcego. Przez cały chyba pobyt, a kursowałyśmy po sklepach codziennie, nie spojrzałam nawet w tamtą stronę. Choć pamiętałam o tym i zapomnieć nie mogłam. W ogóle zdawało mi się, że tamtejsze wielkie sklepy i centra handlowe pełne są dzieci, niemowlaków, bardzo dużo widziałam np. bliźniaków. Wyrwana ze swojej trasy dwie firmy i dom, wrzucona zostałam w jakąś inną bajkę, pełną ludzi, rodzin, dzieci w sklepach, parkach, na ulicach, w autobusach. Kiedy taki brzdąc zaczął wyć w sklepie, zaczynało się we mnie gotować, wrzeć, boleć tak nieznośnie, że gotowa byłam wybiec tak jak Wojaczek zwykł wychodzić ze sklepu. Wyskakując z wystawową szybą.

     Najdzikszą torturą dla mnie jest przy strasznym pragnieniu własnej latorośli chodzenie po sklepach pełnych różowych lalek i kupowanie za ciężką kasę plastiku dla dziecka obcych ludzi.


00:12, confetti
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 lipca 2012
zero albo i mniej


     W czym problem z tą wyprowadzką? - zapyta średnio nawet rozgarnięty czytelnik.

     Podejmując się ze względów finansowych wyjazdu na misje zagraniczne osiągnęłam cel - spłaciłam właśnie hipotekę. Sęk w tym, że nie z samych wyjazdów, ale po przelaniu wszelkich nadgodzin, urlopowego, kasy za matury = całych oszczędności jakie miałam na koncie. Koniec z wielkim długiem, ale też prawie nic nie mam w kieszeni.. pierwszy raz mam taką sytuację, że jestem na granicy utraty płynności finansowej. Co mnie bardziej przeraża niż niedawny kredyt. Ciążył mi on parę lat, ale obok zawsze były jakieś dochody. Teraz nie ma nic, bo wyczyściłam wszystko, żeby to zakończyć i nie płacić bankowi odsetek.

     Także po wielu latach pracy jestem nagle na zerze. Śmieszne mieszkanie spłacone i to jest wszystko co mam. I teraz .. Głowię się na wszelkie sposoby co dalej. Sprzedać czy wynająć? W pierwszej kolejności myślę o pozbyciu się go, choć będzie to bardzo trudne. Nie mówię już o bolesnej stracie pieniężnej jaką na nim poniosę, ale przy obecnej konkurencji, mnożących się u nas luxusowych osiedlach nie wiem, czy ktokolwiek się skusi. A bardzo trudno będzie tej klitce zrobić dobrą reklamę. W porównaniu z nowymi lokalami z balkonami, kuchniami itp.

     Chciałabym zgarnąć tyle kaski ile się da, wziąć mały kredyt i kupić coś większego, normalnego. Docelowego. Kawalerkę, garsonierę, lokum na numerki już przerobiłam. Kupując pierwsze łudziłam się, że to przejściowe, że lada moment zmienię na następne, ale razem ze swoją ewentualną rodziną, a dziś wiem, że to nierealne. Muszę zadbać o coś optymalnego do życia tu i teraz. I już do końca. Musi być większe, funkcjonalne i bezpieczne. Nie na rynku pierwotnym, bo nie mam nic kasy, żeby kafelkować znowu łazienki i kupować armatury. I brak czasu i ochoty. No i teraz haha jak znaleźć coś co mam na myśli na rynku wtórnym? A nie mogę już gafy popełnić i wziąć czegoś pochopnie, o nie.

     Przeszukuję ogłoszenia, orientuję się co po ile chodzi. Ceny dużych mieszkań faktycznie mocno spadły. Kwoty nie są nierealne gdybym miała gotówkę za kawalerkę. Gorzej jeśli jej nie upchnę. Większość osób doradza wynajęcie i spłacanie tym nowej hipoteki. A z wynajmem to na pewno nie będzie problemu, bo ciągle ktoś czegoś szuka. Kiepska jestem z ekonomii i nie wiem jednak, czy to się serio tak bardzo opłaca. Kredyt byłby ogromny jeśli większe lokum i bo bez wkładu własnego. Jedynym źródłem spłaty mogłoby być tylko wynajęcie. Żyjąc w końcu na własną rękę, a nie koczując w domu nic już bowiem nie nadpłacę z wyprzedzeniem. Kredyt faktycznie rozciągnie się na dekady i cóż że będzie kasa z wynajmu skoro cała pójdzie nie tyle na mieszkanie ile na odsetki i honoraria dla czaków norrisów?

     Może za bardzo kalkuluję, ale muszę być teraz ostrożna, bo całkiem popłynę finansowo..

     Sprzedać czy wynająć? Oto jest dylemat.


13:30, confetti
Link Komentarze (14) »
czwartek, 19 lipca 2012
powinnam ruszyć pupę


     Dobrze, że załatwiłam sobie letni wyjazd, bo gdybym miała spędzić tak cały urlop jak na razie spędzam to ...

     Początek lata po przyjeździe zaczął się ciekawie, wrażenia, wspomnienia, imprezy na koniec pracy, na inaugurację wakacji, spotkania, rozdawanie prezentów itp. Molly wyciągnęła mnie nawet na basen, choć z jasnych względów rzadko zażywam kąpieli w naszej miejscowości.

     Potem pogoda bardzo się popsuła. Skwasiła się i tak ciężka atmosfera w domu. Stara prawda jest taka, że najlepiej mi w nim kiedy bardzo dużo pracuję i praktycznie mnie tam nie ma. Wróciłam i Bratek miał znowu/nadal wolne, czy też kolejny raz szukał pracy. Rodziców nawet nie pytałam, bo nic tylko go kryją i taka to rozmowa. Z mamą się ścięłam, ale to ona zaczęła, nerwowa nie wiem czemu. Mam jeszcze jakieś zaległe wizyty, np u małej Kamilki, ale jakoś nie śpieszy mi się, nie chce mi się.. W ogóle rozleniwiłam się strasznie, zapadłam w czarną dziurę, w książki, filmy, muzykę, dziwne tęsknoty.. Nie nakręcam się już kolejnym wylotem, nie chcę by wakacje były tylko czekaniem, a wychodzi, że są i czuję, że trwonię ten bezcenny, święty czas. Choć z drugiej strony nie ma dnia, żebym nie rozmyślała mocno nad swoim życiem, co dalej, co dalej, a co dalej nie wiem. I nie mam siły na nic.

    A nigdy nie czułam tak bardzo, że muszę się w końcu wyprowadzić.


21:36, confetti
Link Komentarze (2) »
czwartek, 12 lipca 2012
gradem o ścianę


     Do tej pory katastrofy naturalne omijały nas szerokim łukiem. Powódź stulecia kilkanaście lat temu zalała duże miasta obok i rejony dokoła i zatrzymała się tuż pod naszym płotem. Huragany i nawałnice oglądaliśmy tylko w tivi. A historie takie jak tornada czy tsunami podchodziły pod kategorię science fiction.

     A tu od paru dni nawiedzają nas gradobicia.. Ni stąd ni zowąd nadpływa wielka czarna chmura, zrywa się szalony wiatr, zacina deszcz, a w okna biją jajka z lodu. Pierwsze było najgorsze, zrobiło wiele strat w okolicy, zniszczyło nam ogródek, kwiaty, warzywa, winogrona.. Ludziom auta, rynny, elewacje.. Powaliło drzewa, wybiło co słabsze okna.. U nas zanim ktokolwiek zdążył podbiec do okien by zatrzymać przeciąg poszła szyba w jednych drzwiach prosto na kafle podłogowe. Huk był straszny, trwał i trwał jakby parę minut. Wydawało mi się, że gdybym nie zatrzasnęła w porę swoich drzwi balkonowych wyrwałoby je lub wyssało na zewnątrz moje meble, graty i laptopy. Nigdy nie stresowały mnie szalejące żywioły, uwielbiam nocne burze, intensywne śniegi, ale wtedy kiedy łomot wiatru, deszczu i gradu był na granicy kataklizmu pierwszy raz jak żyję poczułam zaszczucie przez przyrodę, rozejrzałam się gdzie się chować w pokoju jeśli burza będzie narastać, oderwie dach i dosięgnie mnie w środku. Pod stołem, w szafie czy w sofie?

     Sąsiedzi, którzy gromadnie wylegli potem oglądać straty zgodnie mówili, że nigdy czegoś takiego nie przeżyli. Niby nic, nikt nie zginął, nic takiego w porównaniu do wielkich tragedii, a jednak.. Jesteśmy zaprawdę malutcy wobec sił natury, którą tak chcemy ujarzmić i kontrolować. Wznosimy wielkie konstrukcje, strzyżemy trawniki, betonujemy i betonujemy coraz więcej terenów zielonych. Zdziwieni, że żywioły i tak znajdują ujście swojej energii..

    
     Najciekawsze, że to było raptem pół godziny. I za chwilę w rozrzuconych na liściach kroplach zaiskrzyło tęczowo słońce.



21:27, confetti
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 lipca 2012
forte-piano


     Poza tym na wyjeździe tradycyjnie umówiłam się na szybką randę.. Z tubylcem. Pierwszy raz z młodszym. Który napisał do mnie na portalu z miasta, do którego jechałam. Uznałam to za znak i tak się rozpisaliśmy, że nawet nie wymieniliśmy fotek. Na miejscu bardzo fajny kontakt telefoniczny. A kiedy nastąpiło spotkanie gościu obejrzał mnie i .. spylił!!! Mówiąc, że sorki, ale jestem dlań za stara.. Mimo iż wcześniej niby był fanem MILFs.. Za którą się w sumie nie uważam! Tzn za mamuśkę. Sam o wyglądzie wymoczka skromniejszego od mego przeciętnego uczniaka.. Ooh. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się coś takiego. Ucieczka faceta z randki.

     Czułam się jakby mnie ktoś skopał po twarzy.. To mógł być mój bardzo zły wieczór.. Sama błąkająca się po obcym mieście.. Gotowa skoczyć z klifu. Ale napotkałam moją ekipę opiekunów i podopiecznych chętnych na nocny spacer.. I wędrowaliśmy, ale razem.. I odeszło wszystko co złe, wrócił rozsądek, poczucie obowiązku i pracy dla innych. I taki mały wniosek, że co by nie było fotkami wymienić się trzeba..

     Choć nie wiem, czy kiedykolwiek się jeszcze z kimkolwiek tak spotkam.. Już nie mogę. Za dużo niewypałów. Jestem totalnie felerna, upośledzona w relacjach z facetami, autystyczna, chora, chora. A nigdy nie podejmę terapii, o której nawet myślałam. Jakiegoś wyprostowania wykoślawień, wyćwiczenia poprawnych reakcji, odblokowania się. Moja wrodzona pokręcona natura jest genetycznym uwarunkowaniem takim jak moje DNA, tembr głosu, grupa krwi.. Nie można tego w żaden sposób zmienić. Wiem, bo ostatnio uważnie obserwuję siebie i innych. I wiem, że to choroba.

     Oglądałam o tym film. Code Blue. Coś jak Pianistka. Porażające studium samotności, bezsilności, bezradności, bezmiłości. Tacy ludzie zawsze kończą źle. Bo nie wytrzymują siebie.

     I to jest akurat odruch bardzo zdrowy.



23:47, confetti
Link
poniedziałek, 09 lipca 2012
plus minus


     Z Liną współpracowało mi się naprawdę dobrze. Mimo swoich wad okazała się zręczną i sprytną liderką, wesołą kompanką, a nawet zdolną fotografką pozowań moich, którym niejeden za aparatem lubi moją głowę przyciąć albo w centrum fotki złapać nie mnie .. a kosz na śmieci. Miałyśmy całkiem inny rytm spania, wstawania, dowodzenia, jedzenia i wydawania kasy, a jakoś się w tym wszystkim nieźle zgrałyśmy i uzupełniałyśmy z instynktownym wyczuciem. Może każda miała w głowie naszą pamiętną głupawą schizmę, a może i musiałyśmy o tym wcale pamiętać.. Wszystko naturalnie wskoczyło na dawne tory i ruszyło dalej. Praca, spacery, rozmowy, imprezy, nieustanne zakupy, wygłupy i zero znużenia osobą .. 24/7. Niewiarygodne. 

     Choć myślę, że 3małam i 3mam większy jednak dystans wobec niej niż odwrotnie. Zauważyłam, że odmieniła się na plus, z maruderki stała się całkiem zadowoloną osobą, a powód tego sama wyjawiła mi na wstępie, mimo iż wcale nie chciałam wchodzić w delikatne sprawy. Znalazła wreszcie prawdziwe uczucie, sęk w tym, że pozamałżeńskie, ale jest tak wypełniona dobrą energią, optymizmem i spełnieniem, iż nigdzie i w niczym nie widziała problemów, do wszystkiego miała dobre podejście, a w efekcie szłyśmy sprawnie do przodu z każdą sprawą. Co nie znaczy, że byłyśmy wobec siebie bezkrytyczne, miałyśmy swoje drobne ścinki i różnice w podejściu do podopiecznych, ale koniec końców wyszło to wszystko lepiej niż myślałam.

     Natomiast z Mattem.. Totalna porażka. I nie piszę tego złośliwie jako pogardzona kiedyś fanka jego. Obiektywnie praca z nim na obcym gruncie okazała się męką, za co Lina od początku nie zostawiła nań suchej nitki a potem było tylko gorzej. Okazał się flegmatycznym zawalidrogą, który na wstępie i na koniec strzelił mocne gafy organizacyjne, a pomiędzy mało co robił, bo i odsunęłyśmy go na boczny tor. Znając jego niby wielką estymę jaką cieszył się w firmie, zszokowana słyszałam jak często nerwowo i opryskliwie odnosił się do młodych, bez sensu rzucał epitetami i odgrywał psychodramy. Pewnego dnia, kiedy niestety musiałam z nim wykonać służbowe zadanie a temat zszedł na kwestie zarobkowe wyjazdu.. nie omieszkał mi zaśpiewać patrząc prosto w oczy, że teraz to on żyje oszczędnie, bo MA rodzinę.. ale u mnie to jest inaczej bo jestem sama.. Uuujć. Nie muszę mówić jak mnie to zabolało. Kiedy potem opowiadałam wściekła o tym dziewczynom w kraju pytały.. ale co mu na to odpaliłaś.. nic?? Nic?!!

     Nic. Mogłam tylko albo przemilczeć albo zbluzgać go tak, że całą współpracę szlag by trafił, a i dałabym po sobie poznać jak mnie boli głupie gadanie. Bo na pewno nie boli żal, że mu się ułożyło a mi nie. Przed i po wyjeździe słyszałam wiele negatywnych opinii o jego nieciekawej żonie, dziwnym ślubie, o tym, że skręcił ją z internetu, bo "bardzo szybko chciał mieć rodzinę".. A jeszcze wieki temu jak flirtowaliśmy i żartowałam mu o randkach z neta to mnie wyśmiewał.. Teraz o tej swojej familii mówił oschle, o żonie beznamiętnie, o dziecku bezosobowo, nigdy po imieniu, jednym słowem - dziwnie. A ja nawet nie potrafiłam mu wbić ani jednej szpilki na ten temat. Za to w ogóle nie podtrzymywałam jego nieudolnych haseł o dzieciach, choć o maluchach wiem wszystko, bo nasz Piotruś to prawie rówieśnik jego potomka. Jak zdrowie małego to nie wiem, ale na oko widać Matt szczęśliwy raczej nie jest. A może jednak źle to wszystko oceniam. Któż to wie..

     Mam fatalną pamięć, nie jestem pamiętliwa, choć czasem powinnam. Ale to sobie zanotowałam. Wiem, że to prymitywne, ale przyczaję się, odczekam na super moment.

     I tak mu kiedyś dopiekę, że się nie pozbiera.

     Nie będzie zmiłuj.

  

19:45, confetti
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 lipca 2012
dreaming of the sun that never sets


     Raptem 10 osób, które zgłosiły się po ewentualną prenumeratę mojego bloga powinno mnie uspokoić, że dziennik ten ma znikomą jednak popularność i śmiało mogę sobie pisać dalej. Choć może tysiące czytelników anonimowych podejrzliwie mnie podglądają, heh? Nigdy nie wiadomo.. Póki co, zdecydowałam się jeszcze na kilka wpisów.

     Wróciłam! Z wyjazdu służbowego, który w porównaniu do ostatniej misji faktycznie okazał się zadośćuczynieniem za tamtą mękę i trudy. Z powodu zupełnie innej organizacji, rozmytej odpowiedzialności, możliwości bardzo wielu spotkań z innymi opiekunami, koordynatorami, większej ilości wolnego czasu itd był dla mnie o stokroć komfortowy, żeby nie powiedzieć naprawdę przyjemny. Oczywiście nigdy nie można tego nazwać wakacjami, były liczne akcje, negocjacje i interwencje, ale generalnie osiągnęłam planowane całkowite oderwanie od rutyny, zdobyłam b ciekawe doświadczenie oraz mały, ale zawsze, zysk finansowy.

     W kraju byłam swoim ulubionym, ale w rejonie zupełnie dla mnie nowym. Ponownie nadmorskim, gdzie czas liczy się od przypływu do odpływu, latają i pokrzykują ogromne mewy, sztormy odcinają zasięg telefonii, a szalone wiatry wyszarpują parasole i plączą włosy w dredy. Klimat wyjątkowo nie dopisał, zmoczył nas mnóstwo razy, chodziliśmy w podwójnych polarach, tonęliśmy w kałużach, by potem docenić każdy promień słońca. Zobaczyłam i zwiedziłam wiele pięknych miejsc, wiosek, miasteczek, plaż i ukochaną moją metropolię, jedyne takie miasto, gdzie setki samolotów wzbijają się w niebo i lądują tak często, gęsto i nisko, że odruchowo kulisz w sobie pełną hałasu i spalin głowę.

     Czas minął szybko, za szybko.. Kiedy stanęliśmy znowu na płycie naszego pięknego lotniska i uderzyła nas ściana powietrza upalnego i śliskiego było mi nieomal żal, że to już koniec przygody.. Gdyby nie to, że niedługo wyjeżdżam znowu. I to niejeden raz. Czwarty, ogromny projekt jaki firmowałam swoim nazwiskiem w owalnym gabinecie lokalnych władz - również otrzymał wielkie dofinansowanie.

     Całą moją dychę najwierniejszych czytelników ściskam gorąco!

----

 
Andreea Banica - Love in Brasil


23:37, confetti
Link Komentarze (7) »