Let me take you on a trip ...
wtorek, 29 lipca 2014
hurtem o spotkaniach w twierdzy


      Bardzo jestem monotematyczna ostatnio, ale w wakacje próbuję nadrobić pisanie ogólnie, a co rusz wychodzi, że jest o Nim.

     O widzeniach kolejnych miałam wspomnieć. Wszystkie one były już dwugodzinne, bo na prośbę osadzonego miesięczny limit 120minut można połączyć w jedno spotkanie. Rzadziej się wtedy widzimy, ale każdorazowo dłużej, co nadaje większy sens moim wypadom.. A i można razem posiedzieć nieco dłużej niż tylko chwilę, kiedy ledwo udaje się usiąść i odetchnąć a już wołają, że koniec.

     Maj - równo tydzień wcześniej byłam w wielkim mieście w Azji, a w kolejną niedzielę u Niego. Po ciężkich maturalnych dniach w pracy. Luby umówił mnie z dziewczyną kolegi, która z miasta X zabrała mnie do ZK, żeby szybciej i wygodniej było. Ona jechała do niedawno osadzonego faceta, wykształconego gościa, który wywinął jakiś numer i miał kilka lat przed odsiadki sobą. Dziewczyna, moja niemal rówieśniczka, zapracowana babka bez dzieci, była nieźle wściekła na całą sytuację, w której pozostała sama, a wszystkie plany na przyszłość nagle wzięły w łeb. Mało jej mówiłam o naszej historii, ale podejrzewam, że poznała ją od swojego i chyba szczęka opadła jej ze zdumienia. A może i pogardy wobec mnie? Różne myśli zaczęły mi wtedy krążyć po głowie. Taka stęskniona, a jednocześnie zmęczona, zrezygnowana i bezradna siedziałam na tamtym widzeniu. Zrozumiałam, że to nie żarty, że widzenia staną się przykrą normą na parę miesięcy, że nie będzie inaczej. Wrażenia z moich szalonych dalekich podróży straciły tam nagle barwę, codzienne sprawy nie miały większego znaczenia by snuć beztroskie opowieści. On siedział przede mną, powtarzał gorliwe zapewnienia, przytulał, całował, a mnie szkliły się oczy i słowa grzęzły w suchym gardle. Gdy wychodził łzy płynęły mi na dobre, podróż powrotna ciągnęła się jak gumowy ser z taniej pizzy, ledwo słuchałam co nadawała towarzyszka niedoli i niewiele dodawałam od siebie. Wtedy też właśnie ta babka musiała nie polubić mnie, kiedy wysłałam jej po paru dniach wesołego smsa nie odpisała. Nie zaproponowała mi kolejnego podwiezienia, a ja się nie narzucałam. Choć spotkałyśmy się i tak przypadkiem pod ZK następnym razem. Traktowała mnie oschle i bez chęci poszerzania kontaktu, choć sądziłam, że skoro trochę nas łączy to będziemy się jakoś razem trzymać i dodawać sobie otuchy. Nic z tego. Może całkowicie skupiła się na własnym dramacie i nie miała ochoty na grupy wsparcia. Lub też uznała mnie za całkowitą świruskę i wolała iść swoją drogą sama? Do dziś nie wiem.

     Czerwiec - tym razem było to spotkanie bardzo wesołe i udane. Czułam się winna za ostatnie smętne widzenie, a i on mówił, że miał wtedy kryzys, bo i do niego doszła wtedy świadomość, że to nie przelewki. Po chwilowym etapie pierwszego szoku, zmian, nowego otoczenia zrozumiał, że P1 stało się faktem. Ale obiecaliśmy sobie, że co by nie było te wyczekane widzenia muszą być naszym małym świętem, nie ponurą stypą. Zresztą, nie było w tym nic na siłę, naturalnie przetrawiliśmy nasze smutki, a spotykając się chcieliśmy dzielić tylko radość i dobrą energię. Pamiętam, że przywiozłam mu wydrukowanych wiele informacji o różnych kierunkach i uczelniach w rejonie, ceny zaocznych, siatki godzin, specjalizacje. I z zapałem zaczęłam mu to objaśniać, pokazywać wszystkie kartki. A ten.. ledwo na to spojrzał.. No to dalej przekładałam te ważne papiery, o które mnie prosił. A on nagle przesunął mnie z krzesełkiem bliżej siebie zapewniając, że wszystko poczyta, ale teraz chce się cieszyć z mojej obecności. Do końca było już tak słodko i przemiło. Naładowaliśmy swoje akumulatorki i złapaliśmy tyle szczęścia ile się dało.

     Lipiec - tym razem było jeszcze ciekawiej, bo luby (nicka znajdę mu wkrótce) napisał wniosek o widzenie bezdozorowe. Nie mylić z intymnym, bo takowych w danym ZK nie ma. Jest to jednak i tak rodzaj dużej nagrody, na którą trzeba zasłużyć i wyprosić ją chodząc od kierownika do wychowka i z powrotem. Bez dozoru znaczy się mogliśmy wyjść sobie do ogrodu jaki tam mają, posiedzieć wśród zieleni na ławeczce z zadaszonym stołem na tyle dyskretnej, że można się goręcej przytulić niż w sali, ale jednak rozsądnie, bo za krzewami wre życie osadzonych, którzy pracują jako mechanicy, pomocnicy, czy kucharze wożący obiad. Troszkę mogłam więc zobaczyć ten Jego świat. Jego rewir ponieważ i On dostał ostatnio pracę! Za którą będzie dostawał nawet symboliczną wypłatę, zgodną z ustawą ofkors. Ciężka to robota na terenie ZK i na pewno mocno zasługuje na ten pieniądz. Ciężka, ale bardzo chciał pracować i już się tam sprawdził, wspiął się po drabince wymagań i ceni to, że nie gnije w celi, czas mu szybko płynie, uczy się nowych umiejętności, systematyczności i żmudnie zdobywa punkty, by szybciej wyjść z P1 i by wyjść w ogóle. Bardzo Go wspieram i pomagam Mu jak mogę (o tym wkrótce), ale widzę, że warto, że ciągle robi postępy, nie załamał się i dzielnie idzie do przodu. Stara się wydrzeć co się da tamtemu systemowi, dla siebie, dla nas, dla mnie - tak jak to ostatnie widzonko, które sobie wspominam, gdy pozostaje tylko czekać na następne..

   
21:44, confetti
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 lipca 2014
potęgi klucz


     Szkoła jaką robił luby w ZK to nie było zaoczne technikum czy liceum dla dorosłych. On chodził na dzienne studia. Oczywiście miał specjalne przepustki na uczelnię i z powrotem, szczególne procedury. Facet, który na wolności z lenistwa skończył najgorszą zawodówkę, za murami zabrał się do nauki, zrobił technikum i maturę. A po wielu latach przyszła szansa na kontynuację edukacji. Może to nic takiego, z samych nudów jak najbardziej można tam nad książką przysiąść, ale wbrew pozorom aż tak wielu do nauki się nie garnie. Z drugiej str wyższe wykształcenie za kratami nie jest aż takim ewenementem, poza społecznymi nizinami trafia tam sporo wykształconych ludzi, biznesmenów, inżynierów, a raz to luby nawet z prawnikiem siedział. Jednak przejście z zawodówki na uniwerek w takich warunkach to jest pewien wyczyn. On był z tej nauki b dumny, jego rodzice też. Mówił, że to studia dały mu największą motywację w życiu i wiarę z siebie. Mógł się rozwijać, chłonął wiedzę, rozmawiał z naukowcami, dostawał nawet stypendium za wysoką średnią. Tak, tak, wszystko z pieniędzy szacownych podatników. Ale każdy człowiek ma prawo do nauki, rozwoju, zwiększania swoich szans. I my, podatnicy, też powinniśmy mieć w tym interes. By osadzony miał w ręku jakiś fach i umiejętności. Na Zachodzie kształcenie więźniów to b powszechny proceder. On poczuł się bardzo dowartościowany, dopiero wtedy zaczął też myśleć o kobiecie, o tym, by kogoś znaleźć. Ktoś powie, że na nic ten dyplom, że i tak w Polsce pracy nie znajdzie. Choć robił ciekawy i przydatny kierunek techniczny. Może i tak, ale ta nauka spełniła swój nadrzędny cel - resocjalizacyjny, otworzyła mu umysł i skrzydła.

     Kiedy podpadł nawet profesorowie wstawiali się za nim w ZK, ale SW była nieubłagana. Dla Niego, dla nas, dla rodziców był to wtedy straszny dramat.. Dlatego choćby nie wiem co, On musi studia skończyć, dla siebie, dla nas, dla zasady. Będziemy się starać by wskoczył na odpowiedni semestr nadchodzącego roku akademickiego na pokrewny kierunek na którejś z lokalnych, o wiele lepszych, uczelni niż tamta, dość prowincjonalna. O ile nie będą robić problemów, a i tak być może. Najważniejsze, by jak najszybciej wrócił na półotworek, mógł wychodzić na przepustki, wtedy można działać.

     Jedna z moich współpracowniczek, prawdziwa gwiazda w pracy i towarzystwie, taka, która na wszystkim się zna, wszystko wie, wszędzie bywa, posyła dzieci do najlepszych szkół itd ma męża b znanego w rejonie biznesmena. Miałam raz z nim zawodowo do czynienia, i fakt, niezła gruba ryba w branży, b elokwentny, obyty bajerant i czarodziej. A kiedyś słyszałam, że mówiła o nim, nie bez dumy, w kontekście bodajże lenistwa młodzieży naszej do nauki. Że jej mąż zaczął edukację od najsłabszej zawodówki w okolicy, bo "nic mu się wtedy nie chciało". Bardzo mnie to wtedy - pozytywnie - zaskoczyło.

     Można? Można. Czasem z wolna i z ostrożna. Ale wystarczy tylko chcieć.



12:27, confetti
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 lipca 2014
halo, międzymiastowa


    Coraz mniej jest na świecie miejsc gdzie nie docierają kable Internetu, coraz gęściej przędzie się wokół nas sieć wi-fi i zasięgu telefonii. Gdyby smsy, mmsy i rozmowy na liniach były widoczne - powietrze gęstniałoby od nich jak od ziaren maku. Tak, że ów mak właziłby nam we włosy, uszy i zęby. Coraz bardziej stajemy się bowiem zakładnikami szalonego rozwoju komunikacji, wszędzie można nas w tę sieć złapać, namierzyć, zapchać nam skrzynkę mejlami albo wiadomościami na poczcie głosowej, nawet gdy nie chce nam się rozmawiać lub odbierać telefonu. Nitki tej siatki krępują nas, ale z drugiej strony są też jak życiodajne żyłki serdecznego kontaktu z bliskimi i znajomymi, gdziekolwiek nie byliby na Ziemi. Nie ruszając się z domu mogę co rusz komunikować się np z koleżanką, która wyjechała na Alaskę, Ritką z Londynu czy kuzynką z dalekiej wioski pod lasem.

     Jedyne z kim nie mogę mieć kontaktu to z lubym z ZK. Poza ustawowymi 5minutami co drugi dzień - jeśli zadzwoni. Dzwoni prawie zawsze, najczęściej te parę minut, rzadko zdarza się (w zależności od zmiany) 20min, czasem tylko 1minuta. Czekam na nie od rana, chodzę wszędzie z telefonem w kieszonce obcisłych jeansów lub spódniczek (bo gdy muszę mieć wyciszone dźwięki to wyczuję nastawione wibracje). A rozmowy choć tak wytęsknione są zwykle prędkie, chaotyczne, powierzchowne.. Tu liczą się już nie tyle wypowiedziane zdania, ale każde słowa, które powracają potem w myślach i najczęściej jestem zła na siebie, że z emocji i wrażenia powiedziałam coś zdawkowo, płytko i nieuważnie.. To najgorszy etap tej historii, największa możliwa dla nas kara.

     Ludzie bardzo szybko przyzwyczajają się do nieograniczonej, nowoczesnej komunikacji.. Czasem uzależniają się od ciągłego smsowania, mejlowania, prowadzenia "darmowych" rozmów, bezustannego kontaktu z drugą połówką, aż po niezdrowy stalking czy inne szpiegowanie i zamęczanie obiektu. Niewidzialna sieć www czy telefonii owija się im wokół szyi niczym obroża, która wżyna się w skórę aż po bolesne odciski.

     Nie marzę o tego typu chorych historiach komunikacyjnych. Ale czasem też - jako wierna suczka - chciałabym mieć taką swoją słodką możliwość radosnego kontaktu z ukochanym o każdej porze dnia i nocy.

     Na razie w telefonie z Jego strony głównie cisza.


    

16:57, confetti
Link Komentarze (5) »
środa, 09 lipca 2014
welcome to Asia

     Między widzeniami? Mnóstwo pracy i ostatni wylot z kończącego się projektu. Wyjazd, przed którym zaklinałam się, że choć podróże uwielbiam to więcej już nie jeżdżę, że już wystarczy, co zgodnie popierała moja rodzina za każdym razem widząc ile zachodu i nerwów mnie to kosztuje. Bardzo dużo - organizacja, komunikacja, tłumaczenia, wyliczenia, ubezpieczenia, prezentacje, delegacje, materiały, raporty, paszporty.. Zawsze jednak po powrocie miałam satysfakcję i wiele wspaniałych wspomnień.. Tym razem było całkiem inaczej.

    Chociaż od lat dużo podróżuję i odwiedziłam dosłownie najdalsze zakątki Europy na północ i południe to jakoś nigdy nie byłam na innym kontynencie. Co dla innych ludzi nie jest niczym specjalnym, bo wielu znajomych wyjeżdża co rusz na wczasy do Tunezji, Egiptu i Maroka. Ale z projektu wyjechać np do Azji to jednak inna bajka. Azja to była niby jeszcze cywilizowana, jak dla mnie mogłaby być całkiem arabska, uprzedzona nie jestem, a wręcz zafascynowana taką egzotyką, lecz już po paru dniach ostro rozczarowałam się całym pobytem. Splótł się na to niewiarygodny ciąg złośliwych przypadków, niedogodności, nieuprzejmości i nieuczciwości ze strony gospodarzy, co było lekcją najsmutniejszą. Że nie wszędzie gościnność to samo ma imię, podczas gdy my przyjmowaliśmy u siebie wszystkich w szczodrym, staropolskim stylu.

     Zatem. Po całej nocy na lotniskach godzinne oczekiwanie w tłumie i duchocie na wbicie wizy, potem czekanie na inne delegacje, następnie kilka godzin w korku, przyjazd do hotelu w zabitej dechami miejscowości, hotel najgorszy w jakim mieszkałam w życiu, ciasny, brudny, grzyb, zimna woda, targanie bagażu na wysokie piętro bez windy po mokrych kafelkach, laptop bezużyteczny, bo o wifi nie ma co marzyć, jadalnia w szopie, niejadalne menu, notoryczny smród papierosów, bo nikt z palących nie krępował się kopcić ile wlezie w tak uroczym przybytku. W środku czarnej jak smoła nocy nagle przeraźliwe zawodzenie z meczetu, cały kwadrans z głośnika niepokojąca pieśń świdrująca umysł i długo zostająca w głowie. Bałam się, bałam, tej nocy czułam się jak w jakimś przysłowiowym Afganistanie. W kolejne dni warsztaty, kiedy jest Internet to jest ocenzurowany, pierwszy raz widziałam coś takiego. Spotkania z miejscowymi władzami, styl ich napuszony i duch nad tym dyktatorski. Zwiedzanie prowincji, po drodze przepiękne fakt widoki, góry, doliny, zatoki, bardzo dużo soczystej zieleni, ale i piachu, piach jest wszędzie. W małych miastach w ogóle nie ma kobiet, za to tłumy siedzących nad herbatą złowrogich facetów, myjących nogi pod meczetami, meczetów są tam tysiące, ostrymi minaretami nakłuwają blade niebo, w miastach, wioskach, górach, nizinach, dolinach, wszędzie są. Kobiety jeśli pojawiają się to omotane w chusty w setkach kolorów, wzorów i tkanin, a i my musiałyśmy nakładać takie wchodząc boso do świętych miejsc. Niemożliwe by na prowincji napić się chłodnego lekkiego piwka, wina, nic, zero alkoholu. Poza tym.. Raz biegając „za potrzebą” natrafiłam na ślicznie okafelkowaną toaletę miejską, bingo. Do jednych jej drzwi wielka kolejka turystek, a ja zadowolona otwieram drugie wolne wc.. I cofam się szybko, te nachalne, manifestacyjne eleganckie dziury w podłodze, bidety wszędzie, a toalet mniej, zacisnęłam nogi, cóż.

     Setki kilometrów w nieklimatyzowanych busach, zmęczeni, nieostrożni wozili nas kierowcy, których zagadywano by nie usnęli po drodze, a za transport skrojono nas jak za zboże, tak jak za ów luxusowy hotel i jedzenie. A wcale nie musiało tak być, to nie jest (wierzyłam) zapyziały kraj. To konkretni ludzie. Narzucono nam te wszystkie rzeczy i wydatki ciężko wydarte z funduszy UE.

     Zwiedzanie ogromnej, wspaniałej stolicy wspaniale jednak organizacyjnie położone, totalny chaos, bieganie za biletami, bieganie galopem po kilku atrakcjach, żal ogromny, bo pewnie nie odwiedzę tego miejsca ponownie, zamieszanie z zaginionym autobusem, czas stracony na autostradzie w smogu, nerwowe pożegnanie, gorzej nie mogło im to wyjść.. Skowyty z meczetów co kilka godzin z czasem irytujące, a w ostatnią noc w ogóle ich nie słyszałam, bo spałam jak kamień. Wreszcie upragniona podróż powrotna, ale jeszcze skrojono nas na lotnisku za pamiątki, których nie było czasu wcześniej kupić, długi lot z kilkoma przesiadkami, na początku którego Arabka nieznająca j ang (!!) źle nam walizki najwidoczniej oznaczyła i odprawiła. Bo na finał (wreszcie w kraju, uff) informacja, że nasz bagaż został zagubiony. Nie, tego jeszcze w kinie nie grali, patrzymy z ekipą po sobie. Zgłoszenie zguby, zapewnienia, że się znajdzie, ok. Najcenniejsze rzeczy portfel, paszport, telefony, aparat mam ze sobą. Po godzinie jazdy busem do domu orientuję się, że w dużym bagażu została cała papierowa i cyfrowa dokumentacja projektu.. Słabo mi, to nie szef firmy, ale organ prowadzący mnie oskalpuje jeśli nie rozliczę się z naszych osiągnięć i faktur.. Bez bagażu nigdy tego nie odtworzę, jak mogłam nie trzymać tego przy sobie, wkładałam to do torby przy mojej przełożonej, ona też nie zwróciła uwagi, byłyśmy strasznie zmęczone, nie pomyślałyśmy. W domu śmiech rodziny, że wróciłam z małą torebką, nigdy mi jeszcze bagaż nie zginął. A ja parę dni nie mogę jeść, spać, śledzę po kodzie walizkę online, uff, jest namierzona, dopiero tego dnia mogę złapać oddech, a oddycham głęboko gdy kurier przywozi moją ukochaną walizę, ooooch! 

     Jak wiecie jestem podróżniczą twardzielką, nie oczekuję luxusów poza czystą łazienką, cenię egzotykę i osobliwości, ale to co nas tam spotkało to podejrzanie złe pasmo problemów, które pewnie z czasem zmieni się w wyjątkowo zabawną serię wspomnień, ale jednak.. Dało mi to wszystko podwójnie do myślenia.. Żeby już naprawdę zatrzymać się, nie jeździć tyle. Oczywiście nie zdarza się nic tylko temu, kto ciągle siedzi w domu, lecz na serio było tego za dużo.. Wyjazd, który okazał się nieomal traumatik.. Fizycznie i psychicznie wróciłam zmęczona jak nigdy w życiu. A może to była pierwsza prawdziwa podróż, poza swojską Europą, poza kurortami turystycznymi, poza dyplomatycznym protokołem?

 

22:50, confetti
Link Dodaj komentarz »