Let me take you on a trip ...
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
alejandro
    
     Dwa lata starszy, ale wygląda b młodo, duży jak lubię ponad 100kg, ale nie tak wysoki jak podawał (albo ja jestem znacznie wyższa niż mi się wydaje?), spokojny choć dużo mówi, ale lubię go słuchać, głos ma ciepły i mocny, b inteligentny, fajne poczucie humoru, ale ma ostry dowcip i świetny gust muzyczny i filmowy. Czyli ideał? Nie, nie sposób ocenić człowieka po dwóch spotkaniach, ale sam o sobie mówi, że leniwy, popołudniami ogląda seriale, gra w need4speed, mieszka nadal z rodziną, za dużo mówi o swojej byłej, często przelicza kasę, oszczędny jest jak Szkot, żartowałam z niego. Ma jednak dystans do siebie, nie upiera się, nie naciska. Fajny jest...

     Pierwsze spotkanie piątek wieczór, kiedy zgłosiłam w domu, że idę robić program naprawczy z zespołem przedmiotowym. A wsiadłam w pociąg i podjechałam do pierwszego większego miasta gdzie się umówiliśmy. Żeby było neutralnie, żeby mnie nie woził/odwoził, bo miałam postanowienie do obcego auta nie wsiadać. Po czym byłam w nim już po 5 minutach. Tak intensywnie pisaliśmy i rozmawialiśmy przez jakieś .. 10dni, że mu zaufałam. Że uczciwy i dobry chłopak jest. A jaki pikantny, czuły i ostry czasami był, oh .. nadal na to lecę jak ćma w stygnący beton. Znowu intuicję swą przedłożyłam nad zasady bhp, zaledwie po 2 esy wysłałam Anji i Melii gdzie jadę. Zgroza.

     Autem pojechaliśmy do Rynku, dużo spacerowaliśmy, byliśmy na latte, znowu spacerowaliśmy, siedzieliśmy pod parasolką bo padało, potem hm w aucie. Wydał mi się bardzo luzacki, więc b fajnie się z nim czułam, żadnych nerwów, jak .. z młodszym bratem, choć w klimacie kaziro;) Żartowaliśmy cały czas z siebie, sytuacji, czata, neta, z którego się poznaliśmy, jakie nudy powtarzaliśmy i wybuchaliśmy śmiechem. A jednocześnie podkręcał mnie hasłami z esów, zachwycał się jaka jestem zgrabna i powabna, dotykał, a i ja jego, co najdziwniejsze zupełnie trzeźwa, a zwykle muszę się trochę napić, żeby cokolwiek z kimkolwiek ... I w takiej niby zabawowej tonacji, zgrywając się pomizialiśmy się w tym aucie, potem w przejściu podziemnym i na peronie, ale lajtowo, bo ludzie się pojawili no i mój pociąg. Grzecznie wróciłam więc do domu.

     W nocy nie mogłam spać, rano chodziłam przyćmiona i zamyślona, a z czasem zasmucona, bo .. o wiele mniej esów mi posłał, dużo suchych i zdawkowych, że niby remont, zakupy ... Oj, poczułam, że jednak go rozczarowałam i bolało, bolało mnie wszystko, dusza, umysł i ciało tego dnia. Dopiero późno w nocy podsumował, że dawno tak super się nie bawił, że .. jeszcze nie tęskni, ale myśli dużo.. A ja tęskniłam już. Nie pytałam o czym tak myśli, wyłączyłam fona by mnie nie kusiło wdawać się w dialog.

 

     W niedzielę rano mi przeszło, wzięłam się za pracę czyli faktycznie za analizę matur. A ten zaczyna wydzwaniać, żeby się spotkać. Dużo nie fochałam, szybko skończyłam ten dokument i popołudniu podjechał po mnie. W domu nic nie meldowałam, bo nikogo nie było, posłałam esa Melii. Pojechaliśmy do innego miasteczka, tam gdzie w maju sprawdzałam pisemne, a jako nastka uprawiałam nie sex, a poezję, bo jest tam siedziba znanego klubu literackiego. Miałam ochotę mu o tym opowiedzieć, ale .. znowu do tej pory nic sobie o życiu zawodowym nie mówiliśmy. Tu się zawsze mocno pilnuję, bo gdyby mi jakiś koleś numer zrobił, to koniec, byłabym spalona w Dziurce na wieki .. On więc mówił więcej, spacerowaliśmy, robił fotki (pałacom, nie mnie), rzucał ciekawostki i anegdoty... Miał lepszą fryzurę i strój, fajnie wyglądał, choć nadal młodo to odebrałam go jako poważnego jednak faceta. W pozytywnym sensie. W sensie, że wie, czego chce, ale czy mnie to nie byłam pewna. I w jakim sensie .. O takich kwestiach udało nam się nie rozmawiać.

 

     Zrobiło się ciemno i chłodno, wróciliśmy do Dziurki, ale wcześniej .. zahaczyliśmy o jeden parking pod lasem. Było w aucie gorąco i śmiało, ale bez konsumpcji, bo niewygodnie, on duży, ja wysoka .. Dużo nie myślałam wtedy ani po, ale jedno przemknęło mi przez głowę jak express .. Że wszystkie moje nobliwe/normalne koleżanki właśnie kąpią dzieci, prasują mężom koszule, a ja się wygłupiam na poboczu i mam na tyle farta, że koleś mnie nie gwałci i kroi w plasterki właśnie jak ser gouda. Facet naprawdę bardzo w porządku w tej całej zabawie, kręcą go ostre klimaty, ale pociskał wulgaryzmy tak czułym tonem, że co chwilę się śmiałam, hehe..

 

     Śmiać się czy płakać nad sobą to nie wiem co. Wydaje mi się, że całkiem już upadłam. Bo dziś znów malutko się odezwał, tyle, że zaspał rano do pracy. I żebym nie myślała za dużo .. I cisza .. Choćby nie wiem co, nie narzucam się i dam radę.

 

     Wczoraj równo o 3ej w nocy obudziłam się i nie mogłam spać. Męczyło mnie, że byłam za łatwa, a to mógł być ten cenniejszy facet .. Choć w sumie skąd mogę to wiedzieć. Nic nie wiem. I co dalej nie wiem też, ale czuję, że  (...) .


21:21, confetti
Link Komentarze (9) »
środa, 25 sierpnia 2010
wklejam notkę, zanim się zawiesi


    

     Z końcem wakacji ogarnęłam się nagle trochę, podcięłam włosy, pofarbowałam na kolor hot chocolate, założyłam inne ciuchy i torebkę z Anglii. W ciągu pół godziny kupiłam laptopa. Spinkę do włosów wybieram znacznie dłużej, a zakupy większych rzeczy ot, tak. Jak np mieszkanie, niestety. A bo pan mnie dobrze zbajerował, ale fachowo, no i z ceny spuścił i vatu.


     Szału nie ma, najwięcej płaci się za parametry i obudowę, na bajery mnie nie stać, moja jest total klasik, ale podoba mi się. I wiem, że lap satellite jest dobry jakościowo. Nigdzie z nim łazić nie będę, powiększyłam sobie w starej cenie prędkość neta i teraz stareńki pc nie wydala, poza tym nie otwierają mi się na nim już nowsze, ważne pliki, np dokumenty do rozliczenia z wyjazdu. Czyli kaprys nie był tylko mus kupić. A teraz opanować ten nowy system, poinstalować trochę rzeczy i to bez myszki, aaj, chwila będzie. Nic to, dumna jestem, że sama se rutera bez łaski telekomunikacjipolskiejesa zamontowałam (robili problem z modemami, jak zwykle) i net już śmiga, a podłączyłam na logikę, nie z instrukcją, bo nie działało jak pisali. Póki co rzadko go sobie tam przepinam, bo nie mam mychy i gg, nie chcę go zaśmiecać, a i porniografii głupio mi tam oglądać, bezcześcić, oko.

     Eeeh praca nadciąga, byłam już na dwóch poprawkach, na obu w komisjach z Liną, grr. Nawet w innej szkole nas obie posadzili! Co za pech. Ja ofkors przewodnicząca, bo mam papier. Nie odezwałam się pierwsza, ona zaczęła tylko o examie. Niby pogardliwy luz, ale punkta zdającej spaliłam z niekomfortowej sytuacji. A L. ciągle długopis ode mnie ciągle pożyczała. Jakiś uczeń się poci, produkuje, a ja nagle myślę, ludzie, skończmy ten cyrk, będę mądrzejsza i na koniec jej powiem - nie będziemy się nigdy przyjaźnić, ale nie róbmy szopek na forum i na polu zawodowym!! Że aż dyrektorzy za nami biegają, bo nie przekazujemy sobie info itp! Miałam taki impuls. Bo nowy rok szkolny, nowy sezon jak w serialu - nie wygłupiajmy się przy ludziach. Ale weszła do nas szybko na koniec Anja, zagadała, bo wiedziała jaki motyw i tak wyszłyśmy razem we trzy ze szkoły. A potem i Mami i Melia przypomniały mi, żebym się nie płaszczyła, bo w sumie by na to wyszło, że kolejny raz JA miałabym zagadać. I jeszcze by mój rozejm laska olała, zdolna przecie do tego, oooj niedoczekanie. Zatem lata mi to już na dobre. Jak widzę czasem jak się zachowuje, z kim teraz 3ma, to żal taki, że hej.

 

     Ogarnięcie było wcześniej, a bardzo niedawno poznałam na necie absolutnie obłędnego gościa i za dwa dni mamy się spotkać.



-----



lady gaga - disco heaven 
23:21, confetti
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 sierpnia 2010
butterfly in the wind


      Strefa światła - Wiktoria Zender

     Historia prawdziwa dziewczyny, której twarz kwasem solnym oblał kochanek psychopata i zmienił z wyglądu w potwora. Opowieść o wielkim cierpieniu, bólu, latach przeszczepów, operacji, ale i o ogromnej silne wewnętrznej bohaterki, optymizmie i niesamowitym szczęśliwym zakończeniu. Przez wiele dni po przeczytaniu tej książki dotykałam swojej niedoskonałej, ale całej i zdrowej twarzy, która ma uszy, nos, powieki - niby jak każda, a wcale nie każdy nosi na szyi taki skarb i cud. Jak zdrowa głowa.

      Motyl na wietrze - Rei Kimura

     Historia prawdziwa wyjątkowej urody Japonki, która wbrew własnej woli została konkubiną amerykańskiego konsula i do końca życia została przeklęta i odrzucona przez mieszkańców swej wioski. Opowieść o rozdzieleniu z ukochanym narzeczonym, rodziną, przyjaciółką, o tragicznie niespełnionej milości, samotności, niesprawiedliwej krzywdzie, ludzkiej zawiści, o fatum, przed którym nie można uciec. Mała książka, która zmieści się nawet do kopertówki, niby banalna, a ścięła mnie z nóg.

     Uroda szczęścia nie gwarantuje, brzydota nie jest przeszkodą w jego osiągnięciu. Przy obu książkach łkałam ze wzruszenia jak bóbr.


Tagi: books
23:01, confetti , Flying High
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 sierpnia 2010
no, I can't


     Zwiedzanie ---- opisy kolorowych, odlotowych wycieczek zostawię sobie/Wam na szare jesienne wieczory. = wkrótce.

     Faceci ------- oj. Znowu konsterna. Zaczęło się max romantik, wspomniany tu już Anglik z neta rozpoznał mnie na stołówce zanim zdążyliśmy się ze sobą skontaktować online. Widziałam, że gość stolik obok dziwnie mi się przygląda i uśmiecha się, ale bez okularów pewna nie byłam, bo fotę oczywiście zapodał mi ze wczesnej młodości. Ładnie podszedł itd, chłop jak dąb, wysoki, dobrze ubrany a ... japieerdziulę - 5 razy bardziej speszony i nerwowy niż ja! Dukał, jąkał się i pocił, aż mi go było żal. Ale nic to, myślę, rozkręci się. Umówiliśmy się na kolację pod koniec tygodnia, a do tej pory co dzień widywaliśmy się na obiadach. Wtedy nagle odezwał się gość, któremu wkręcona nadałam nawet na blogu imię Pedro i znowu zaczął mnie urabiać zdalnie esami. I te podkręciły mnie o wiele bardziej niż cały Anglik, ale na spotkanie uczciwie poszłam.

     Był punktualnie, uprzejmy i pachnący (ja nie mogę, b często miałam tam wrażenie, że przechodzący faceci b świeżo PACHNĄ, jakby wyszli spod prysznica ... może to intensywne ang mydło tak działa?), siedliśmy, jedliśmy, mimo mego skromnego j ang rozmowa szła dobrze, tzn w lot się rozumieliśmy. Gość okazał się typem nieśmiałego singla, który działa na randkowych portalach, chodzi na speed dates i ciągle poszukuje itp. Jeśli szła rozmowa, bo bywały przerwy, on był nadal speszony, ja jak zwykle, hehe, a co gorsza .. rasowy Anglik nie pił piwa!! Mnie zachęcał, a sam nic = piliśmy cały wieczór orange sok. Wypiłam chyba z 5 litrów i nic – nadal trzeźwa i rozmowa zaczęła siadać.

     Pochodziliśmy więc po mieście, mijaliśmy puby pełne muzyki i bardziej rozkręconych Angoli, eeh, w końcu siedliśmy w jednym, nadal piliśmy ten kwaśny sok, bo uparcie odmawiałam % skoro on nie pije. Zaczął pociskać kity jak to chciałby się spotykać itd. = uznałam, że wracam, bo w środku nocy musiałam wstać na wyprawę do Londynu, odwiózł mnie (taksówkę wziął znaczy się) i zaczął dobierać się do mnie pod drzwiami kampusowego domku, ale nie ma co, nic na trzeźwo i nie z typem ciepłego kluska, którego sama musiałabym chyba zdominować, a nie miałam nastroju. Miałam za to pęcherz pełen soku = pożegnałam się i uciekłam do wc.

     Cały weekend spędziłam potem w L i ani razu nie pomyślałam o kolesiu. W poniedziałek poczułam, że chciałabym zmienić stołówkę, by go już nie oglądać, ale lepszej nie było i dziewczyny zaciągnęły mnie tam, a .. jego nie było. I przez kilka kolejnych dni też. Odetchnęłam z ulgą, ale zrozumiałam, że nawiał, bo i ja mu nie pasowałam. A tu nagle w przedostatni dzień wyrósł mi nagle po obiedzie przed stolikiem, wyciągnął na ławkę i zaczął ni stąd ni zowąd opowiadać, że .. zaczął spotkać się z jakąś lokalną laską z portalu, jakby całkiem zapomniał jak MNIE bajerował ledwie parę dni temu. I to nawet nie po piwie !!! Fakt faktem, nie byłam nim zainteresowana, ale znowu jakiś koleś, z którym byłam na spotkaniu opowiada mi o innej. Nie wiedziałam, czy śmiać się, czy wkurzać. Ale tyle się wtedy działo, nowy kraj, ludzie, zajęcia, że nie miałam czasu się tym przejąć. Good luck, good fuck, goodbaj i pobiegłam na lekcje. Daję spokój z Angolami - kiedyś Felix crossdresser, teraz jakiś inny krejzol. Dosyć, heh.

      Wtedy znów całą swą uwagę przelałam na Pedra. Gotowa ukrócić grę wstępną, wrócić, spotkać się itakdalej. A ten ... znowu nagle przestał pisać. I nie odezwał się już przez tydzień, zdążyłam wrócić, rozpakować się, podzielić z ludźmi wrażeniami, rozdałam pamiątki, pokazałam zdjęcia, potem siadłam na sofie, gapiłam się w nową nokię i nic. Poległam, bo nie wy3małam i wysłałam gorzkiego esa. Odp, którą dostałam po paru dniach rozwaliła mnie na dobre. Że nie wie kim jestem i że może zgadywać z 20stu z poprzedniego miesiąca = .. najwidoczniej nie zrobiłam mu laski w żaden spektakularny sposób. Moje szczęście, że nie.

       Zamiast gruntownie olać tego typu świrów, cieszyć się energią jaką przywiozłam z UK od razu zdołowałam, buczałam w poduchę, myślałam o śmierci, nie chciałam spotykać się z moimi girls. A pisały do mnie i Barbie i Milka, nie byłam w stanie. Tyle związków moich kumpelek przyjęłam ze szczerą radością a z B. mam problem. Teraz wszystkie trzy moje friends ze starej firmy mają facetów, a ja miałabym być na spotkaniu z nimi tą inną, nie umiem. Wiem, że kosztem jeszcze większej pustki, odsuwania się od tak fajnych dziewczyn, ale nie umiem. Co z tego, że dzielnie wyskoczyłam na Wyspy i naprawdę świetnie się tam uczyłam i bawiłam i byłam z siebie diabelnie dumna, że sprawdziłam się, sprostałam wyzwaniu i nic nie będzie już takie jak wcześniej. Po godzinie gadki z girls i tak nie mogłabym podjąć ich kultowego tematu jakim jest facet. Bo co bym powiedziała? Historie powyżej? Poczułabym się serio źle. Udałam przed nimi, że znowu wyjechałam ..

     Głupia jestem koza, potem minęło mi, minął pms (ból przedmenstruacyjny miesza mi się wtedy z bólem istnienia), a wakacje się skończyły i ciężko będzie zobaczyć się z girls. Wpisuję sobie minusa, o!

     -


22:39, confetti
Link Komentarze (2) »
niedziela, 15 sierpnia 2010
yes, I can - 2


     Kurs ----- na świetnym poziomie, dużo nauczyłam się od energicznej, motywującej i wymagającej trenerki, a także od reszty mojej grupy. Popołudniami i wieczorami chodziłam na zajęcia dodatkowe metodyczne, kulturowe i rozwojowe typu yoga, salsa, były wycieczki po mieście, wyprawy do pubu i na disco, jednym słowem - rewelacja! Słyszałam wiele opinii, że kursy tego typu w innych miastach, nawet w Oxfordzie i Cambridge, nie są tak ciekawe jak ten, a za bardzo przeładowane teorią. Tu bardzo liczyła się kreatywność, współpraca i wymiana doświadczeń. Wciąż musieliśmy coś wymyślać i tworzyć w co rusz to innych grupach i na każdy temat. A ja planowałam już sobie jechać następnym razem w inne miejsce! Ale kto wie, może znowu tam wrócę!

     Wykładowcy, sekretariat, biblioteka widać bardzo się starali, byśmy tam jeszcze powrócili. Wszyscy przemili, otwarci, niezmordowanie uśmiechnięci. W jednej girl z sekretariatu nieomal się zakochałam i chodziłam tam pod byle pretextem, taka była śliczna, uczynna i wyluzowana. I miała sexi chrypę. (O tym, czy może nie zostać jednak les - wkrótce w notce o facetach, hyhy).


     Ludzie ----- doświadczenie poznawania nowych ludzi i otwierania się na nich przyćmiło wszystkie inne kategorie wyjazdu! Już dawno tyle się nie uśmiechałam (cały czas!!), tak ciekawie nie rozmawiałam, nie naładowałam się tak dobrą energią. Zaskakujące, ale nie zgrałam się ani z tymi Polkami z neta, ani z innymi, które/ych spotkałam. Jedna była typem księżniczki, druga polowała na faceta (i dopięła swego) = już drugiego dnia się odłączyłam. I super! Z fajnymi Polkami mogę pogadać w Polandii, pomyślałam, tu lepiej poćwiczę język obcy. I bardzo prędko znalazłam w grupie dwie b fajne girls, niby z krajów ościennych, ale o egzotycznych korzeniach, a dogadałyśmy się jak trzy siostry! Było wiele chwil, kiedy w kampusie odnajdowałyśmy się bez umawiania, telepatycznie! Wszędzie razem wędrowałyśmy, na obiady, do biura, byłyśmy na dwóch wycieczkach, pomagałyśmy sobie = nigdy nie czułam się sama. W ogóle atmosfera na kursie i w kampusie była niesamowita, masa ludzi z całej Europy, ba, ze świata, a wszyscy przemili, pomocni, rozmowni .. Pewnie to specyfika kosmopolitycznego miejsca i sytuacji, ale jednak pozytywnie zaskakująca, przypominająca o tym, że uśmiech, życzliwe zdanie nic nie kosztuje, a odmienia życie. My Polacy, b często o tym zapominamy, ja sama również. To była wielka nauka dla mnie.


     Warto dodać, że na kursie i uniwerku pracowało sporo Polaków! Niektórzy mieli tak piękny j ang, że nie zorientowałabym się, gdyby nie mówili czasem między sobą po polsku. Wreszcie byłam dumna, że wykształceni krajanie nadzorują pracę w bibliotece, wykładają metodykę, a nie chemię w tesko!! Każdy jeden z nich, gdy usłyszał, że jestem z P był b miły dla mnie i bezinteresownie pomocny, np. gdy źle druknęłam sobie bilet. Czułam się jak u siebie, gdy ktoś okaże się po prostu miły.

      Ogólnie cała moja grupa była b sympatyczna, spontaniczna, bardzo dobrze się w niej odnalazłam i cudnie nam się pracowało. Mój j ang na jej tle oceniam średnio, nie najlepszy ale i nie-? najgorszy. Na pewno czuję, że nadal muszę się mocno rozwijać! Pierwszy raz byłam na zajęciach w naprawdę międzynarodowej ekipie i było to doświadczenie przebogate. Na ostatnich zajęciach i żegnając się spłakałyśmy się ze wzruszenia nie raz. Mam nadzieję, że uda się u3mać kontakt, tak jak to sobie obiecaliśmy. I może kiedyś zobaczyć się jeszcze raz!


     cdn ...




22:40, confetti
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 sierpnia 2010
yes, I can - 1


     Rzadko zdarzają mi się w życiu historie, które od początku do końca byłyby tak udane jak moja eskapada do Anglii. A jednak! Chcieć to móc!

     Oto wrażenia w dużym oczywiście skrócie:

     Podróż --- oba przeloty i przemieszczanie się na wyspie bdb, bez najmniejszej pomyłki czy problemów. Tak już mam, że jak jadę z kimś bardziej zorientowanym, to się rozleniwiam, zawieszam i nie wiem gdzie jestem, a jak solo lub za kogoś odpowiadam, włącza mi się tryb pełnej czujności, zapamiętuję nazwy, punkty orientacyjne, śmiało pytam, myślę i kojarzę. W Anglii jest to o tyle przyjemne, że ludzie są przemili i pomocni, z uśmiechem nawiązują rozmowy - nie wiem, gdzie jest ta ulica, ale jak masz mapę, poszukamy; masz piękną walizkę, na pewno nikt jej nie pomyli w przechowalni (pan na recepcji); lecisz do Francji? do Polski? znałam kiedyś jednego Polaka ... (Angielka w busie na lotnisko) itp - masa podobnych niby jałowych rozmów, które sprawiają, że podróż wcale nie wydaje się samotna. I jest bezpieczna. Najbardziej martwiła mnie ostatnia noc na lotnisku, bo nie opłacało się
brać noclegu na parę godzin, ale też minęła mi gładko i spokojnie. Pełno ludzi koczowało na ławkach, koło mnie chyba ze cztery girls, a każda leciała sama, pilnowałyśmy sobie na zmianę bagażu, trochę kimałam na walizce i zleciało! Stres przed odlotem puszcza mi zawsze kiedy widzę czekające rodziny z .. maleństwami. Płaczą, śmieją się, gaworzą .. patrzę i wiem, że absolutnie nic im (i całej przy okazji reszcie) nie może się stać i nigdy się nie stanie.

     Drobny kryzys ogarnął mnie za to na finał .. w mieście wojewódzkim X, na stacji pkp, gdzie dobiłam po nieprzespanej nocy z lotniska i zastałam totalny chaos z racji wielkiego remontu dworca przed 2012! W Londynie też reperują linie metra chyba na ich 2012, ale tam stoi uśmiechnięta pani i informuje każdego z osobna jak znaleźć inny dojad. W X. ludzie biegają za konduktorami, nikt nic nie wie, gdy złapałam jednego odburknął mi jak pies i uciekł, podstawiają pociągi jak chcą i gdzie chcą, a wszystko przy śpiewie z megafonu jakie to przewozy co przewożą. Ch .. z przewozami, dla mnie pkp to pkp!! = jeden czort. Przesadziłam z kg w walizce, ale w Anglii wszędzie są podjazdy i windy, a do busa bagaż ładują kierowcy. Tutaj .. zamarłam, gdy musiałam nagle zmienić peron i pobiec z 20 schodów w dół a potem 20 w górę! Naładowałam, to mój problem, nie liczyłam na tabuny pomocników. A tu podbiegł jeden, zaproponował to help, ale za .. 5zeta!!! Nafukałam na niego i dostałam takiego powera, że wciągnęłam sobie bagaż bez łaski.

     Wtedy poczułam, że jestem w domu!

     Ale najbardziej wtedy, gdy zobaczyłam w tivi cyrki w Wawie .. pod krzyżem. Cała zdrętwiałam. Co za kontrast mentalności z tym światem, z którego wróciłam! Ale o nim - wkrótce!

     Stay tuned!