Let me take you on a trip ...
niedziela, 17 sierpnia 2014
kto podpowie?


      Moi drodzy, szybkie pytanie - jak zahasłować bloga na pewien czas? By stał się chwilowo niewidoczny? Muszę oddać komputer do gruntownej renowacji i myślę, że nawet jak usunę historię przeglądania to strona bloga od razu zapewne wyskoczy komuś w serwisie, bo jest jedną z najczęściej (wyłącznie na tym osobistym lapku) przeglądanych przeze mnie pozycji.. A jasne jest, że nie chciałabym, by ktokolwiek miał do tego wgląd..

     Proszę o instrukcje, dziękuję z góry za podpowiedzi.





22:00, confetti
Link Komentarze (4) »
środa, 06 sierpnia 2014
one direction


     Nie tropię już tak jak kiedyś informacji o świecie ZK i SW w bibliotekach i mediach, którego się z nich w teorii uczyłam. Ale kiedy wpadła mi w rękę jedna z książek więziennego celebryty S, tego ułaskawionego przez prezydenta pierwowzoru bohatera filmowego Długu przeczytałam ją, a jakże. Bo otworzyłabym ją bez względu na moją obecną relację z osadzonym. Bo czytam takie historie prawdziwe, czasem niepokojące.. Jak o Olewniku, tragedii w Smoleńsku itp. Nie lubię się bać, nie oglądam filmów akcji, a horrory mnie śmieszą swoją nierealnością i bzdurnością. Nie lubuję się w krwistych sensacjach, nie, odchorowuję to raczej, ale tak mnie to interesuje, że zawsze zajrzę. Interesują mnie ludzkie dramaty, motywy tragicznych pomyłek i ich konsekwencje.

     Czytam więc sobie tę książkę i znów podłamuję się, bo na nowo odrzuca od tego obrzydliwego świata. Cweli, grypsery, układów z klawiszami, załamań psychicznych, przekrętów. Bo to nie jest tak, że ja to gładko przyjęłam i zaakceptowałam, nie. Dotyka mnie do żywego zdanie, że miłość facetów z ZK jest zawsze idealna (tzn pytam jaka: prymitywna, prostolinijna, naiwnie gorliwa, mniej wartościowa?), a kobiety są dla nich jak wigilijna gwiazdka z nieba. Które najczęściej i tak odchodzą, taka jest ponoć reguła.

     Nagle w środku lektury orientuję się, że osobiście znam kumpla autora, bo to i znajomy R. = Poznałam go rok temu w pracy R, mamy sposób na kontakt, rozmawiałam z nim kiedy lubego zdegradowano, wspierał mnie i opowiadał o P1. Inteligentny, bystry, zaręczony. 25lat wyroku, o czym wiedziałam ściskając na powitanie mu dłoń.

     Skóra mi ścierpła. Czy ja oby nie wkraczam mimowolnie w świat przestępczy? Skoro tacy a nie inni będą znajomi R? Nie uścisnę dłoni zabójcy, który wydłubywał w 1996r oczy JolancieB, bo ten akurat ma dożywocie. A jak to będzie z innymi?

     R żyje bardzo światem zewnętrznym, przyszłością, chce się kształcić, pracować, zapomnieć o najgorszym w co się władował. Odcina się mentalnie od ludzi z celi, nie wdaje w wątpliwe znajomości. Nie jest mafiozem, nie ma niby długów i zobowiązań. Tak, że jak nie był na P1 to wręcz zapominałam, że jest w ZK. Tak go interesuje życie, tak jest na bieżąco, na ile może. Nigdy nie opowiada o przeszłości, nie epatuje ciekawostkami zza jego str muru, klika razu zdawkowo wspominał gdy pytałam, wspominał, ale nie rozwijał wątku, a przecież siedział jeszcze w poprzednim ustroju, kiedy to w zakładach działy się rzeczy straszne i nikt nie miał pojęcia o szanowaniu praw człowieka, które ma każda osoba, nawet najgorsza. Mówił o izolatkach, biciu, szczurach w celi. Czasem się zastanawiałam, jak mogłam dotknąć człowieka z takiego syfu. Z syfu o jakim nawet nie mam pojęcia, bo co innego książki a co innego życie tam. Nie jestem pedantką, ale sterylna w higienie owszem. Gdyby w domu ktoś użył np mej gąbki zrobiłabym aferę. A kiedy spotykaliśmy się z R od razu korzystał z mojej pod prysznicem, heh. Nie mrugnęłam nawet okiem. Generalnie osadzeni mają prawo do natrysku raz w tygodniu parę minut. Ale on wtedy i teraz pracuje = może/musi dbać o siebie.

     A propos ostatniej notki. Wiem, że kocham i szanuję siebie na tyle, że nie chcę podświadomie pakować się w zagrożenie i spustoszenie. Wiem, że z R idę w przeciwnym kierunku - ciepła, dobra i światła. Gdyby wyczuł, że jego kobietę fascynują niezdrowe tematy gore, tanie sensacje i taplanie się w brudach tego świata - podziękowałby takiej partnerce. Ale to nie ja. Był czas, że upadałam moralnie, ale dzięki niemu bardzo się wyprostowałam, przylgnęłam do tego, o czym od dawna marzyłam - czułości i delikatności.

     I bardzo mnie to cieszy.



12:37, confetti
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 sierpnia 2014
I find I spend my time waiting on your call


     Gdzie się nie obejrzeć tam można usłyszeć czy poczytać fachowe porady psychologów zawierające się w jednym oklepanym haśle: chcesz by cię pokochano? Musisz pokochać siebie sama.

     Czasem zastanawiam się, czy tak się wreszcie z mej strony stało: czy pokochałam siebie? Czy wręcz przeciwnie? Czy spragniona miłości naiwnie wpadłam w pułapkę relacji trudnej, ryzykownej i bolesnej?

     Czy kocham siebie tego do końca nie wiem. Są aspekty mej natury takie, których nigdy nie zaakceptuję, z niektórymi ciągle się oswajam. Na pewno z wiekiem osiągnęłam dużą świadomość siebie, ale i pogłębiłam swą osobność, niepokorność, lekką neurozę a zarazem wielką radość życia. Pozostając solo balansowałam na granicy depresji, wycofania, jednak nigdy nie poddałam się powtarzając jak mantrę, że nie wolno mi załamać się będąc osobą młodą, zdrową i ciekawą świata. Czekanie na przysłowiowego księcia nie przesłoniło mi sensu życia, wyznaczałam sobie nowe cele i wyzwania, realizowałam swe pasje, rozwijałam się zawodowo i społecznie. Tak, w pewnym momencie tak aktywnego życia naprawdę jedynym brakującym ogniwem łańcuszka mego szczęścia był brak jednak miłości. Czasem byłam zrezygnowana, czasem wkurzona - jak to? Tylu osobom się to przytrafia, prawie każdemu, a mnie ciągle nie?

     Nie mówię tu o uczuciu na pokaz, z rozsądku, z nudy, dla zabawy, dla welonu, o uczuciu dla lepszego samopoczucia czy leczenia ran - słowem dla interesu czy ozdoby jak modny gadżet. Ale o mistycznej więzi, słodkiej uwięzi, metafizyce, magii, serca muzyce, transie, romansie, dla którego warto się urodzić i nie żal umrzeć. Ostatnio czytałam zaskakującą książkę Camilla kochanka księcia Karola. Historia miłości. Niejakiej C Graham. I powiem Wam, że zdumiała mnie siła miłości i namiętności tej z pozoru nietrakcyjnej wizualnie pary, która dobrała się jak w korcu maku, przetrwała przeróżne zawirowania i triumfalnie pobrała się po ćwierćwieczu (!!) mniej lub bardziej sekretnego romansu. Coś niebywałego moim zdaniem.

     Czy to takie dziwne, że brak miłości nie sprzyja rozkwitowi uczucia wobec siebie samej? A wręcz przeciwnie? Zgodnie z poradami expertów pewnie można rozkochać się w sobie do szaleństwa, ale nic nie da nam tyle radości ile uczucie drugiej osoby. Warto kochać siebie, lecz w pewnym momencie pewna iskierka, ożywcza energia musi przyjść do nas spoza nas. Czasem ciężko zrozumieć z jak nieoczekiwanej strony słońce to nadchodzi.

     Ale to nadal TO.


---

    Whitesnake - Is this love


19:42, confetti
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 sierpnia 2014
You never know what you're gonna get


     Może życie to i pudełko czekoladek - jak mówił klasyk. Ale nie zawsze są to same słodkie kulki rafaello. W moim przypadku (choć generalnie znalazłam w życiu prawdziwą radość, ciepło i spokój) to zwykle znajduję w bombonierce też twarde orzeszki, bo męczą mnie drobne sprawy i wielka tęsknota.

     Postawiłam wszystko na jedną, może złudną kartę, podarowałam tej historii swoje ostatnie najlepsze młode lata, mnóstwo energii, troski i czasu, wiem o tym. Ciężko było w to wejść, ale i nie tak trudno dać się uwieść, bo łatwo zrobić z człowieka legendę, z faceta, z którym kontakt jest tylko odświętny, a innych siebie nie znamy. Choć różne już drobne nieporozumienia mamy za sobą, jak w każdej normalnej relacji. Zawsze jednak potrafimy się dogadać, wyjaśnić, pożartować na finał, nigdy się nie dąsamy i fochamy. Zresztą ostatnio w trakcie tych kilkuminutowych rozmów nie ma nawet mowy o sporach i przekomarzaniach, heh.

     Tak dużo się we mnie zmieniło, a na zewnątrz nic a nic, nadal chodzę sama, uchodzę za samotną, nie wyjechałam nigdzie na wakacje bo nie miałam z kim. Długo byłam solo, więc nie sądzę bym nagle teraz kogoś przegapiła, kogoś kto mógłby być ze mną tu i teraz i od zaraz. Żyję jak dotąd = gdyby taki absztyfikant się nadarzył na pewno miałabym okazję go zauważyć. Nie zamknęłam się na ludzi, przeciwnie, podchodzę do nich bez stereotypów, ludzie bardzo mnie interesują i zawsze będą. Jedyne co, to porzuciłam wszelkie polowania na portalach, czatach i w innych netowych skupiskach zboczeńców i arogantów. Oszczędzam w ten sposób masę czasu, w letnie wieczory oglądam filmy, dużo więcej czytam i szybciej chodzę spać, zdrowym snem odsypiam miesiące pracy, regeneruję się i odpoczywam.

     Poza romantycznym uczuciem włożyłam w to masę wysiłku i oddania swemu wybrankowi. A także, hm, i sporo kasy. Na dalekie wyjazdy (w zeszłym roku - skromne ale jednak - hotele), dojazdy na widzenia, zakupy w kantynach, ciągłe doładowania kart, gazety, zdjęcia, a czasem nawet znaczki. Żadnej żywej gotówki przekazywać osadzonym nie wolno. R nie nadużywa mej pomocy, głupio mu o cokolwiek prosić, ale czasem nie ma wyjścia. Jego rodzice nieznacznie wspomagają go materialnie. Raz zrobiłam mu więc i wysłałam paczkę spożywczą. W sumie cudów w sensie naprawdę pożywnego jedzenia (konserw, słoików, owoców) i tak nie można przesłać, karton nie jest więc specjalnie ciężki, ale nazbierałam tam łakoci, a mama moja bez pytania przyniosła paczkę kawy i kazała dołożyć do kompletu. Od jakiegoś czasu robienie paczek przejęła jednak Jego mama. Jak i zauważyłam, że zakupy Jego na widzeniu znacznie się uszczupliły. Podejrzewam, że rodzice zwrócili mu uwagę by nadmiernie mnie tym nie fatygował.

     Są ludzie, którzy doskonale znają swoje wydatki i niejedna dama na moim miejscu już dokładnie by wiedziała ile luxusowych torebek czy wczasów zakupiłaby za wydane pieniądze - ja nie sumuję wydatków, nie wiem. Liczyłam się z tym wchodząc w tę relację. Czasem niezręcznie się czuję w roli sponsorki, ale cokolwiek by nie było nigdy tej kasy nie będę kalkulować czy Mu wypominać. R na początku powiedział, że od lat prowadzi księgę, w której notuje kto mu w czasie pobytu w ZK pomógł finansowo i kiedy wyjdzie chce oddać należności co do grosza. Śmiałam się z tego i śmieję nadal. Są sytuacje, w których pomaga ten kto ma więcej, ale nie oczekuję przecież zwrotu niczym kredytu! Delikatna to sprawa, lecz i z tym sobie radzimy. Mniej kasy rozwalam na byle szmatki czy zbędne gadżety, ale nie jest to dla mnie żadne wyrzeczenie. Ani inwestycja, która może się zwróci. Czasem tak się układa i tyle. Lina opowiadała mi, że też dużo wydała kasy na swego lovera-ucznia kiedy jeszcze nie pracował. I że niejedna kobieta nieraz płaci za faceta.

     A Wam, kochane, zdarzyło się kiedyś wspomagać finansowo swego lubego? Jak się to potoczyło? Pytałam chyba kiedyś o płacenie na randkach. Teraz pytam ogólnie :)



18:57, confetti
Link Komentarze (5) »
piątek, 01 sierpnia 2014
rozgwiazda


     Bardzo sprawnie przychodzi mi nadawanie ludziom ników i pseudonimów, tu na blogu i w życiu (co się oczywiście nie pokrywa, wszelkie podobieństwo do osób jest zupełnie przypadkowe) szczególnie zawodowym, gdzie całe nieomal grono, dyrekcję i obsługę przechrzciłam na potrzeby dyskretnej komunikacji z najbardziej wtajemniczonymi współpracowniczkami. Niki są krótkie, celne i chwytliwe stąd kiedy wypływają poza bezpieczne wody wtedy błyskawicznie zmieniamy je, zacieramy ślady na wodzie pisane. Szybko nazywałam na blogu każdego z napotykanych facetów, a Temu teraz obecnemu jakoś nie miałam dotąd weny imienia przyznać. Ale (po ponad roku) wymyśliłam.

     Rafael, Rafik, Rafuś, R.

     Bo słodki jak kulki rafaello z migdałem w środku, bo jest jak RAFineria miłości i czułości, bo RAF to lotnictwo i militaria, a On to uwielbia, bo RAFael Santi to był ten co namalował Madonnę ze słynnymi aniołkami, a On jest dla mnie jak anioł choć z piekła rodem. Jak diamencik znaleziony w szlamie albo przynajmniej niewypolerowany koral ciemnokrwisty z koralowej RAFy, w której ugrzęzłam albo o którą rozbiłam się, ale jeszcze o tym nie wiem.

     Tak, to On.



20:35, confetti
Link Komentarze (2) »