Let me take you on a trip ...
wtorek, 25 sierpnia 2015
westwood world

    
       Wiosenny pobyt na Wyspach okazał się wspaniały. Młodzież nie sprawiała wielu problemów, odbywała staż u zachodniego pracodawcy, a ja z drugą opiekunką, którą sama sobie (bardzo trafnie) wybrałam do towarzystwa spędzałam czas głównie na spacerach po mieście i nad oceanem, w centrach handlowych, kawiarniach i restauracjach. Przez te kilka tygodni mieszkałyśmy w domu absolutnie wyjątkowej rodziny, bardzo majętnej burżuazji - lekarzy rozmiłowanych w kulturze, sztuce, historii i podróżach, którzy zwiedzili dosłownie cały świat, a wielki ich dom wiktoriański wyglądał jak muzeum sztuki nowoczesnej okraszone antykami, książkami i bibelotami z wyjazdów. Familia ta nie była bynajmniej grupą sztywniaków z muzeum, o nie! Jak to wyspiarze, nie stronili od odlotowych rozrywek (imprezy, odjazdy czy przebieranki, hehe) do których i nas skutecznie potrafili wciągnąć. Najbardziej niesamowitą osobą była jednak pani domu - energiczna, ciepła i zjawiskowa lady, niegdyś szef kuchni (!!), która serwowała nam co wieczór znakomite, tematyczne dinners - a to kuchnię włoską, grecką, francuską (tu np sery, wina, przekąski i zakąski), hinduską czy chińszczyznę.. Same bezbłędne i obłędne smaki, do których ja znająca chińskie dania jedynie z gazetek Lidla nie wiedziałam nawet jak się pałeczkami dobrać! Ale bardzo szybko opanowałam tę umiejętność i pałaszowałam ryże ponoć jak rasowy Chińczyk - trzymając miseczkę blisko siebie, sprawnie nabierając pyszne gluty i przegryzając chrupiącymi sajgonkami. Nie sądziłam, że kuchnie azjatyckie mogą być takie wyborne! I że mogę zasmakować tak wykwintnych dań w kraju znanym z okropnego jedzenia. Na deser wjeżdżały natomiast na stół przepyszne tarty cytrynowe, musy owocowe, bezy, lody i galaretki. Achhh.. Nie do opisania! Pobyt w tym domu to była nieustanna uczta dla zmysłów i ducha. Chwilami może nawet nieco przytłaczająca dla nas, dwóch gąsek z prowincji, ale przede wszystkim inspirująca, motywująca do barwnego, smakowitego życia przygoda, której nigdy w życiu nie zapomnę.

     Za cały ten wyjazd dostałam w sumie zawrotną kwotę, jaką w znacznej części rozwaliłam tam na ciuszki, sukieneczki, bluzeczki, a przede wszystkim na tanią acz bardzo efektowną bieliznę, śliczne staniczki, haleczki i wielopaki fig, majtek i do pończoch pasków. Skusiła mnie też mała, letnia torebka ze skórki, a w ostatni dosłownie dzień - przecudowne butki na bardzo wysokich obcasach, zaskakująco wygodne a niezaprzeczalnie w moim ulubionym kolorze, deseniu i z leciutkim połyskiem. Choć w sumie b rzadko biegam w takich obcasach. Kupiłam je, by nie kupił ich nikt inny, by wiedzieć, że mam w zanadrzu taki cudnie wysmuklający nogi obów, który może kiedyś wydobędę na szczególną okazję. Buty były tego dnia akurat w pięknej promocji, więc nie mogłam się oprzeć. Wzięłam je zapewne podświadomie i pod wpływem naszej lady, która znała się także na modzie i namawiała nas do eksponowania swojej kobiecości, nie tylko od święta.

     A może kupiłam dlatego, że byłam w kraju, który swoją różnorodnością ludzi, obyczajów, smaków, zapachów, ubiorów, fryzur, tatuaży zawsze bardzo wyzwala człowieka i nastraja do odrobiny odjazdu. Zapominam się zawsze tam, nad brzegiem chłodnego morza, w odurzających zapachach róż, lawendy, herbat, mydła i proszku do prania, gdzie ciągle wieje, ziębi, ale ja inhaluję się tym klimatem i upajam nim do dna.

     W kość dała mi bardzo za to podróż powrotna - problemy z bagażami, transfer na wielkim, bardzo chaotycznym lotnisku, gdzie tłumy ludzi rozdzieliły naszą grupę, zamieszania z autobusami, upał, wiele godzin bez kropli wody, w efekcie czego następnego dnia nie podniosłam się z łóżka - słaba i odwodniona. Ale szybko musiałam dojść do siebie, by wskoczyć w wir końca roku, egzaminów, wystawiania ocen, a kilka godzin po rozdaniu świadectw by ruszyć na pierwsze kilkudniowe spotkanie z R.


20:50, confetti
Link Komentarze (2) »